500 days of Summer ***

500 dni miłości ***

Komedia romantyczna(?). Ciężko jest w tym przesłodzonym i jadącym na utartych do bólu schematach gatunku, zrobić dobre kino. „500 dni miłości” nie są w warstwie fabularnej niczym nowatorskim. Narracja z puntku widzenia mężczyzny, przeznaczenie, marzyciel – romantyczny idealista, kobieta niezależna- wyzwolona, z góry przegrana sprawa…Wątków i podobnych do innych komromów scen jest tu bez liku(choćby w bohaterach drugiego planu: dziewczynka-mądrala, najlepszy kumpel, szef) . Reżyser jednak nie na treści, a na formie się  skupia, i przez formę ten film opowiada. I robi to chwilami kapitalnie. No ale po kolei.

Tom pracuje w wytwórni kartek okolicznościowych. To tam poznaje nową sekretarkę swojego szefa, Summer. Zaczyna się jak zawsze- od prostych rozmów o zainteresowaniach i uśmiechów. Potem akcja przyśpiesza, a uczucia bohatera do kobiety narastają. Stają się coraz bardziej kimś znacznie więcej niż kolegami z pracy, czy przyjaciółmi. Ona jednak uparcie powtarza, że stałego związku nie szuka. Mimo to spędzają ze sobą wiele pięknych dni. Dni mijają, a oni raz kochaja się na zabój, raz kłócą i patrzą krzywo. A i tak od początku wiadomo, jak się to wszystko zakończy…

Niby wszystko się zgadza co do gatunku: on, ona, miłość, perypetie, sympatyczna oprawa i piosenki. A jednak ja bym się wzdrygał przed określaniem filmu jako strice komedii romantycznej . Raczej anty-komorom by mi tu pasował. Twórcy ewidentnie chcą rozprawić się ze schematami i skostniałą formą, tym bardziej, że jest to produkcja niezależna, niskobudżetowa, choć zrobiona niewątpliwie z pasją i wdziękiem.No i sama realizacja jest chwilami imponująca: achronologia, przeskoki czasowe (i nie ma się wrażenia chaosu wątków), autoparodie, czarno białe wstawki, dwuwymiarowa animacja , podział ekranu, rozliczne pomysłowe koncepcje narracyjne, nawiązania do „Gwiezdnych Wojen” , „Annie Hall”, „Absolwenta” a także Ingmara Bergmana (Kapitalna scena!).

Film wydaje się świeży, zaskakuje, stając się niemal czystą formą, kinowymi wycinankami, które się wspaniale ogląda (w końcu czyż film nie jest przede wszystkim sztuką wizualną? ). Tylko, że na ile są to tylko sztuczki, dzięki którym reżyser chce zauroczyć widza, a na ile funkcjonalny język tego filmu?

Bo przecież, czy gdybyśmy poustawiali sceny zgodnie z czasowym następstwem i pozabierali wszystkie odzobniki, to czy byłby to w dalszym ciągu znakomity obraz? Tu rodzą się moje wątpliwości, i przez nie zastanawiam się nad oceną. Jasne, jest chwilami bardzo romantycznie, zaś główny bohater ma charyzmę i właściwie dźwiga cały film na swoich barkach. Zasługa w tym znakomitego Josepha Gordona Levitta, który gra całą paletą emocji. Niestety nie idzie to w drugą stronę. Zooey Dechanel jako Summer już wydaje mi się irytująca, zmanierowana i nieupilnowana przez reżysera (miny, które sprawdziły się w „Autostopem przez galaktykę”, wcale nie muszą się sprawdzić też tutaj). W dodatku niezbyt interesująco napisana. Podporządkowana jednej tezie (zero stałych związków) i kiedy w kulminacyjnej rozmowie z Tomem, ma się wszystko wyjaśnić, ona właśnie psuje mi swoją manierą cały -straszne słowo! -dramatyzm i w efekcie w ogóle nie czuję emocji. Jej przemiana jest też niezbyt wiarygodna i właściwie nie robi wrażenia.

A może tak własnie miało być? Skupiony na stronie estetycznej film, może jest więc tylko żartem? „500 dni miłości” zaczynają się od napisów:  „Przedstawiona historia jest fikcją. Podobieństwo do prawdziwych osób jest przypadkowe. W szczególności do Ciebie, Jenny Backman. Suka”. Skonsternowany widz nie wie jak zareagować. A może Jenny to jakaś BYŁA pana reżysera? Ale dramatyzowania nie będzie- film do końca poprawodzony jest lekko i zwiewnie, a końcowe przesłanie na pewno jest kojące. Koniec związku to przecież żaden koniec świata, po prostu nstępny etap , nowa „pora roku”(celowe imiona bohaterek) , po której może przyjśc następna itd..Należy się cieszyć codziennością i przyjąć do wiadomości, że pełne spełnienie samego siebnie jest w tych czasach praktycznie niemożliwe.  Smutne? Nie, to stwierdzenie faktu, do którego reżyser , na szczęście, podchodzi z dystansem.

Ładny film,  polecam.

szymalan

Reklamy

4 thoughts on “500 days of Summer ***

  1. Mnie ten film urzekł, czemu dałam wyraz na moim blogu pozytywną recenzją. Ja jednak chciałabym wierzyć, że jest to komedia romantyczna, której reżyser nadał zupełnie nowy wymiar. Ok, zgadzam się, że film nie jest niczym nowatorskim, ale jest to już i tak duży krok. A świetna frekwencja w kinach, jest dowodem na to, że takich filmów ludzie oczekują i właśnie takich powinno powstawać jak najwięcej. Bo schematu typu „boy meets girl” chyba już wszyscy mają dość. Pozdrawiam :]

  2. Obejrzę. Tylko nikt nie chce ze mną na niego iść :( Może jak zacznę ludziom wmawiać, że to anty-komorom (genialne określenie) to ktoś ze mną pójdzie :D
    Pozdrawiam,
    Pawcio

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s