Jaja w tropikach ****

Już dawno spisałem Bena Stillera na straty. “Starsza pani musi zniknąć”, “Poznaj moich rodziców”, czy “Noc w muzeum” to były kolejne gwoździe do jego trumny- w końcu jego “notowania” u mnie sięgnęły zera. Grywający w trzeciorzędnych komedyjkach aktor nigdy nie zaskakiwał, nie zachwycał i nie bawił jak należy. Bynajmniej taki ja miałem do niego stosunek. Jednak jak Hollywood jest dziwne i pełne niespodzianek, tak Stiller jednym obejrzanym przeze mnie filmem (zresztą właśnie o owym Hollywood mówiącym) nabił sobie sporo pozytywnych punktów. On nie tylko tam zagrał, był też producentem, jednym ze scenarzystów i reżyserem całego przedsięwzięcia.
“Jaja w tropikach” (kto odpowiada za to koszmarne polskie tłumaczenie tytułu?!) opowiadają historię kilku aktorów wielkiego hollywoodzkiego filmu wojennego, którego szanse nie tylko powodzenia, ale samego powstania staczają się po równi pochyłej z chwili na chwilę. Egocentryczni aktorzy, wielkie gwiazdy wielkich amerykańskich produkcji (jeden z nich ratował świat w całej serii filmów fantasy już po wielokroć) nie potrafią odpowiednio zagrać, ich kaprysy doprowadzają sfrustrowanego reżysera do szału, a koszty rosną w zastraszającym tempie. Media trąbią, że film upada. Ostatnią możliwością jego uratowania jest pomysł wysłania aktorów w najdziksze tereny Azji południowo-wschodniej , kompletnie samych, otoczonych zewsząd na żywo nagrywającymi ich kamerami, bez żadnej ekipy i asystentów, pozbawieni nawet telefonów komórkowych. Tam spotykają…groźną bandę handlarzy narkotyków. Prawdziwych.
Choć mogłoby się wydawać, że film będzie głupi i w złym guście, zwłaszcza jak gra w nim Ben Stiller i Jack Black, to jednak “Jaja w tropikach” zaskakują bardzo pozytywnie. Pierwszy raz zresztą chyba mam do czynienia z czymś takim jak “komedia wojenna”. Film przez to jest, jak na komedię raczej nie przystało, bardzo głośny i widowiskowy. Od razu na myśl przychodzi “Pluton” (parodiowany przez Stillera zaraz na samym początku) i “Czas Apokalipsy” (motyw wybuchu szpaleru drzew ahhhh..mmmmniam!). W głośnikach zaś słyszymy…sami posłuchajcie zresztą, co słyszmy: http://pl.youtube.com/watch?v=Vi-fQMGYyMo&feature=related
Klimat zatem jest- bo i zdjęcia bardzo dobrze, montaż szybki, a muzyka porywająca. Same gagi są różnej jakości, jednak zdecydowana przewaga tych dobrych niż tych w złym smaku, stanowczo podnosi ocenę. Choć przyznać trzeba, film chwilami uderza dosyć mocno: śmiejemy się od oderwamnych dłoni żołnierza, z jego wypływających wnętrzności, czy ogólnie z różnych brutalizmów wymyślonych przez autorów scenariusza. To nie jest więc film dla każdego widza. Trzeba uzbroić się w stalowe nerwy, podejśc z dużym dystansem do tego, co widzimy na kinowym ekranie. Absurd goni absurd.
Co więcej owa absurdalność tego filmu, zaczyna się już na samym początku, a właściwie jeszcze przed samym początkiem, kiedy oprócz normalnych kinowych reklam oglądamy zestaw dogranych specjalnie fałszywych trailerów, tyle że z bohaterami filmu, czyli gwiazdorami. Każdy z tych zwiastunów mnie rozwalił, ale kiedy zobaczyłem na ekranie Tobey Maguire’a, to już leżałem na ziemi kompletnie zniszczony.
Zresztą zręcznych i błyskotliwych nawiązań do Hollywood i jego towarzyskiej śmietanki, jest tu tyle, że wprawiony widz, będzie się czuł jak dziecko w sklepie z zabawkami. Naprawdę pod tym względem to kawał solidnej roboty. Ale też owo dowcipkowanie z fabryki Snów ma być tu rzeczą najważniejszą- to satyryczne spojrzenie nie omija nikogo. Wyobrażacie sobie, że jeden z aktorów w tym filmie nazywa się…Alpa Chino?? Bohaterowie dialogują na tematy w stylu “jak zdobyć sympatię Akademii przyznającej Oscary” czy popisują się swoją filmową wiedzą. Niektórzy marzą tylko o tym, aby dostać się znów do wygodnego hotelu, byle z dala od piekła, w którym się znajdują. Film uderza tez w zamiłowanie do patosu w amerykańskich filmach wysokobudżetowych (świetnie oddane przez muzykę i spowolnienie kadru).
Wszystko to w konwencji hollywoodzkiego kina “buddy movies” i filmu akcji, który ogląda się naprawdę dobrze. Można zarzucić, że pewne rzeczy są tu na wyrost, że za dużo tu bryzgania krwi i odrywania kończyn, że niektóre gagi nisko lądują, a sam scenariusz chwilami chwieje się w dziwne rejony, zupełnie niepotrzebne dla ogólnej jego wymowy. Jednak piszę to, bo jako złośliwy recenzent mam obowiązek wytknięcia każdej możliwej wady. Udany film to udany film. Stiller rządzi- po raz pierwszy w karierze!
szymalan