The Lost world: Jurassic Park/Zaginiony świat: Jurajski Park.

Image Hosted by ImageShack.usMinęły cztery lata. Coś przetrwało. Isla Sorna - bliźniacza wyspa Isla Nublar - okazuje się być faktyczną fabryką dinozaurów dla Parku Jurajskiego. Hammond (Richard Attenborough), chcąc dowiedzieć się jak najwięcej o Sornie wysyła na nią grupę naukowców, z Ianem Malcolmem (Jeff Goldblum) na czele. Na miejscu naukowcy spotykają najemników przybyłych na Sornę z misją schwytania kilku gatunków i przetransportowania ich do San Diego…

Chyba każdego kiedyś, czy to w dzieciństwie, czy już w wieku dorosłym dopadła mania dinozaurów. Saga Jurassic Park jest właśnie smaczkiem dla takich dino-maniaków. Biorąc pod uwagę sequel, to jest ciut w tyle od pierwowzoru. Druga część przełomowej trylogii Spielberga wydaje się być toporniejsza, być może przez przesyt nadmiaru akcji. Widać gruntowną zmianę, jeśli chodzi o sequel, bo jest więcej akcji, więcej nowych gatunków dinozaurów, i mamy już przeniesienie akcji w stronę miasta. Jednak wydaję mi się, że Spielberg trochę się zagalopował i stworzył dziełko mniej przejmujące acz również godne uwagi. Nowością jest również pojawienie się nowych twarzy: Vince Vaughn czy Julianne Moore. Vince - jakby w tyle, ni to zabawnie, ni to poważnie. Julianne Moore - również niezbyt wyraźnie. Za to nieprzezroczysty jak dotąd był Goldblum. Nie muszę również wspominać o doskonałych efektach specjalnych i wspaniałej muzyce Williamsa, bo tego nie można zbagatelizować…

Ocena: 7/10
(pumex)

The Pirates Who Don’t Do Anything: A Veggietales Movie

The pirates who don’t do anything: A veggietales movie ***

Lata 70 XX wieku. Gdzieś tam, hen chyba in USA, młody ogórek, pan cytrynka i pan takiezielonecoś zmywają i podają do stołu jako tzw. cabin boy w niewielkiej restauracji, w której co wieczór odbywa się spektakularne przedstawienie o morskich piratach.  Nasi bohaterowie to nieudacznicy: jeden się panicznie wielu rzeczy boi (ma listę tych rzeczy!), drugi marzy tylko o tym, aby objadać się przed telewizorem, a trzeci czuje się już za stary na przygody. Ale wszyscy gdzieś w głębi swego warzywnego serca marzą o wielkiej przygodzie i chwale. I będa mieli szansę udowodnić, że się do czegoś jednak nadają: magiczna kula przenosi ich do XVII wieku, na sam środek morza. Wkrótce odnajdują statek, na którym jest młoda księżniczka zatroskana o losy swego brata, który został porwany przez złego wilka morskiego i uwięziony w swojej jaskini. Czy podejmą wyzwanie i stawią czoło niebezpiecznej przygodzie? No, nie zdradzajmy takich przecież nieoczywistych szczegółów.

Na tle innych amerykańskich animacji wielkich wytwórni w stylu Pixara czy DreamWorks Animation, “Pirates who bla bla bla..” (co za tasiemcowy tytuł!)  to jednak druga liga, jeśli nie trzecia. Nie mam nawet pewności czy film ten ukazał się w ogóle w amerykańskich kinach, czy od razu nie trafił na półki z DVD. Animacja to skromna, o małym budżecie, w której największą zaletą są sympatyczni bohaterowie. Nasze warzywka ładnie układają pyszczki do mówienia, potrafią okazywać bez krępowania się przeróżne emocje, wierzą w siłę współpracy, ich działaniami kierują szlachetne pobudki. Mało w tym wszystkim rozkładającego na łopatki humoru, równie mało tu wizualnych atrakcji (choć dawno przyznam się, nie widziałem tak ładnych wyrazistych kolorów w animacji), mimo iż twórcy chcą się zbliżyć do stylistyki “Piratów z Karaibów” (parę razy ich dosłownie cytują, np. nawiązanie do sceny wiru morskiego).

Całość ogląda się bardzo przyjemnie, ale niestety równie szybko wylatuje z pamięci. Nie powiem, że mi się nie podobało, ale ja po prostu nie widzę sensu powstania tego filmu- bo niestety ale choćbym się wściekł nic nie zrobię, jak widzę tak jawne nielogiczności jak zostawianie na zupełnie nieznanej wyspie jednego z towarzyszy i chęć powrotu do domu nawet bez zapytania : To wracamy po niego, co? Sam scenariusz zresztą tonie w licznych schematach i banałach. Rzecz na jeden raz.

szymalan

Cast away/Poza światem.

Image Hosted by ImageShack.usToma Hanksa uwielbiałem od zawsze. Dziękuję za jego “Bezsenność w Seattle”, “Masz wiadomość”, “Zieloną milę”.. etc. Dzięki jego talentowi i wspaniałemu popisowi, filmy, w których gra pierwszorzędne role są niezapomniane. “Cast away - poza światem” również do nich się zalicza. Jest to współczesna, zurbanizowana opowieść o człowieku, który miał pecha i przez wypadek samolotu wylądował na bezludnej wyspie. Dzięki silnej wewnętrznej mobilizacji i uczuciu pałającym do swojej ukochanej Kelly (Helen Hunt) próbuje przetrwać ciężkie lata w swoim życiu. Tom Hanks aka Chuck Nolan, jako Robinson Południowego Pacyfiku dzięki prowizorycznym przyrządom znalezionym gdzieś w morzu musi stworzyć swój własny świat - poza światem.

Ta epicka opowieść, to świetny przykład zgranej pracy Zemeckisa i Hanksa, jako malowniczego i barwnego obrazu człowieka, który chce być poza czasem, próbuje z nim walczyć, jednak to czas jest ponad nim. Samotne życie na wyspie sprowokuje go do przestawienia się na tryb czysto naturalny - blisko “jaskiniowy”. Piękne są momenty, w których udaje mu się stworzyć podstawowe narzędzia, wzniecić ogień, czy zbudować przyjaźń z Wilsonem, który jest zwyczajną piłką. Lecz wydaje mi się, że jednak takich zdarzeń, takich “smaczków” było za mało… więcej czasu zajmowały momenty pokazujące życie “przed” i “po” życiu na wyspie. Choć nie uważam, że nie były potrzebne.

B. dobry dramat z Hanksem, który jak zawsze pokazuje klasę swoją osobą. Świetny film o człowieku pokonanym przez czas… Samotnym do końca, który traci w sumie wszystko, dzięki jednemu wypadkowi i musi przejść przez szkołę dramatu, pozostawiony na pastwę losu.

Ocena: 8/10

(pumex)

Napisane w Dramat. Bez komentarzy

Jaja w tropikach

Jaja w tropikach ****

Już dawno spisałem Bena Stillera na straty. “Starsza pani musi zniknąć”, “Poznaj moich rodziców”, czy “Noc w muzeum” to były kolejne gwoździe do jego trumny- w końcu jego “notowania” u mnie sięgnęły zera. Grywający w trzeciorzędnych komedyjkach aktor nigdy nie zaskakiwał, nie zachwycał i nie bawił jak należy. Bynajmniej taki ja miałem do niego stosunek. Jednak jak Hollywood jest dziwne i pełne niespodzianek, tak Stiller jednym obejrzanym przeze mnie filmem (zresztą właśnie o owym Hollywood mówiącym) nabił sobie sporo pozytywnych punktów. On  nie tylko tam zagrał, był też producentem, jednym ze scenarzystów i reżyserem całego przedsięwzięcia.

“Jaja w tropikach” (kto odpowiada za to koszmarne polskie tłumaczenie tytułu?!) opowiadają historię kilku aktorów wielkiego hollywoodzkiego filmu wojennego, którego szanse nie tylko powodzenia, ale samego powstania staczają się po równi pochyłej z chwili na chwilę. Egocentryczni aktorzy, wielkie gwiazdy wielkich amerykańskich produkcji (jeden z nich ratował świat w całej serii filmów fantasy już po wielokroć) nie potrafią odpowiednio zagrać, ich kaprysy doprowadzają sfrustrowanego reżysera do szału, a koszty rosną w zastraszającym tempie. Media trąbią, że film upada. Ostatnią możliwością jego uratowania jest pomysł wysłania aktorów w najdziksze tereny Azji południowo-wschodniej , kompletnie samych, otoczonych zewsząd na żywo nagrywającymi ich kamerami, bez żadnej ekipy i asystentów, pozbawieni nawet telefonów komórkowych. Tam spotykają…groźną bandę handlarzy narkotyków. Prawdziwych.

Choć mogłoby się wydawać, że film będzie głupi i w złym guście, zwłaszcza jak gra w nim Ben Stiller i Jack Black, to jednak “Jaja w tropikach” zaskakują bardzo pozytywnie. Pierwszy raz zresztą chyba mam do czynienia z czymś takim jak “komedia wojenna”. Film przez to jest, jak na komedię raczej nie przystało, bardzo głośny i widowiskowy. Od razu na myśl przychodzi “Pluton” (parodiowany przez Stillera zaraz na samym początku) i “Czas Apokalipsy” (motyw wybuchu szpaleru drzew ahhhh..mmmmniam!). W głośnikach zaś słyszymy…sami posłuchajcie zresztą, co słyszmy: http://pl.youtube.com/watch?v=Vi-fQMGYyMo&feature=related

Klimat zatem jest- bo i zdjęcia bardzo dobrze, montaż szybki, a muzyka porywająca. Same gagi są różnej jakości, jednak zdecydowana przewaga tych dobrych niż tych w złym smaku, stanowczo podnosi ocenę. Choć przyznać trzeba, film chwilami uderza dosyć mocno: śmiejemy się od oderwamnych dłoni żołnierza, z jego wypływających wnętrzności, czy ogólnie z różnych brutalizmów wymyślonych przez autorów scenariusza. To nie jest więc film dla każdego widza. Trzeba uzbroić się w stalowe nerwy, podejśc z dużym dystansem do tego, co widzimy na kinowym ekranie. Absurd goni absurd.

Co więcej owa absurdalność tego filmu, zaczyna się już na samym początku, a właściwie jeszcze przed samym początkiem, kiedy oprócz normalnych kinowych reklam oglądamy zestaw dogranych specjalnie fałszywych trailerów, tyle że z bohaterami filmu, czyli gwiazdorami. Każdy z tych zwiastunów mnie rozwalił, ale kiedy zobaczyłem na ekranie Tobey Maguire’a, to już leżałem na ziemi kompletnie zniszczony.

Zresztą zręcznych i błyskotliwych nawiązań do Hollywood i jego towarzyskiej śmietanki, jest tu tyle, że wprawiony widz, będzie się czuł jak dziecko w sklepie z zabawkami. Naprawdę pod tym względem to kawał solidnej roboty. Ale też owo dowcipkowanie z fabryki Snów ma być tu rzeczą najważniejszą- to satyryczne spojrzenie nie omija nikogo. Wyobrażacie sobie, że jeden z aktorów w tym filmie nazywa się…Alpa Chino?? Bohaterowie dialogują na tematy w stylu “jak zdobyć sympatię Akademii przyznającej Oscary” czy popisują się swoją filmową wiedzą. Niektórzy marzą tylko o tym, aby dostać się znów do wygodnego hotelu, byle z dala od piekła, w którym się znajdują. Film uderza tez w zamiłowanie do patosu w amerykańskich filmach wysokobudżetowych (świetnie oddane przez muzykę i spowolnienie kadru).

Wszystko to w konwencji hollywoodzkiego kina “buddy movies” i filmu akcji, który ogląda się naprawdę dobrze. Można zarzucić, że pewne rzeczy są tu na wyrost, że za dużo tu bryzgania krwi i odrywania kończyn, że niektóre gagi nisko lądują, a sam scenariusz chwilami chwieje się w dziwne rejony, zupełnie niepotrzebne dla ogólnej jego wymowy. Jednak piszę to, bo jako złośliwy recenzent mam obowiązek wytknięcia każdej możliwej wady. Udany film to udany film. Stiller rządzi- po raz pierwszy w karierze!

szymalan

Untraceable/Nieuchwytny.

Co raz bardziej zauważa się, że mass mediowy odbiorca ma nazbyt wielkie wymagania co do rodzaju rozrywki. Przyzwyczajamy się do oglądania problemów innych, rozpruwania czyjejś prywatności, śmierci innych - i to przyciąga naszą uwagę. Dlaczego? Bo napełnia do syta naszą ciekawość. Najbardziej przerażająca jest ostatnia opcja, która niebezpiecznie zdaje się zmierzać w stronę niezdrowej rozrywki. Oglądanie śmierci było niegdyś normą; w szczególności za czasów  istnienia kompleksu widowiskowego w Rzymie, jakim jest koloseum. Wtedy ludzi rajcowały masowe gwałty, czy normalne jak na ich czasy walki gladiatorów, zwykłych niewolników, które w większości przypadków kończyło się zgonami… i to bawiło wtedy publiczność. Teraz zdaje się, że koło historyczne zaczyna nawracać.

“Faces of death”, to seria filmów w latach ‘90-tych, która jest kompilacją próbek śmierci czy to człowieka, czy zwierząt w sposób najbardziej wysublimowany. Niektórych to odpycha - najgorsze - niektórych to bawi, ale wtedy było to w minimalnym stopniu dostępne. Dziś takich kompilacji mamy od groma na serwisach internetowych… Człowiek jest spragniony oglądania śmierci drugiego człowieka.

Nieuchwytny zdaje się również o tym mówić. Pokrótce o filmie: w wydziale ds. przestępczości internetowej, pracoholiczka Jennifer Marsh (Diane Lane) prowadzi dochodzenie na temat uśmiercania “na żywo” ludzi przez zwykłą stronę internetową. Perfidny morderca uzależnia szybkość zbliżania się do śmierci swoich ofiar przez liczbę użytkowników.

Ten film miał potencjał. Naprawdę. Dzięki trafnemu pomysłowi, dzięki niecodziennej reklamie, która jest dźwignią handlu - wzbudził moje zainteresowanie. Jeśli chodzi o reklamę, to zastosowano istnienie strony www.zabijzemna.com, na której widniała postać mężczyzny, który krwawił. Poza niby relacją “na żywo”, aktualnym stanem godziny, dalsza kolej rzeczy była zależna od wzrostu liczby użytkowników, którzy zniecierpliwieni zostawiali swoje komentarze… gro opinii było pokroju: “zabić skurwysyna!”, “dobić go!”…

Mamy jasny przykład zahaczenia o wynaturzone podejście do internetu. Niestety film jest tak cienki jak dupa węża. Spłycony do granic możliwości. Na dodatek wymoczony w kąpieli razem z “Piłą”, z tym że mamy tu taki gniot, że szkoda tracić swojego cennego czasu. Film od samego początku dłuży się niemiłosiernie. Nieprzyjemnie czeka się na dalsze losy historii Pani komisarz. Wielu rzeczy można się domyśleć, wiele rzeczy jest stworzonych na zasadzie naiwności i czystym infantylnym podejściem. Jeśli mówimy o społecznej moralności, która gdzieś jest wytarta, to jest to pole do popisu. Jest to ciężki i toporny temat, ale nie do pokazania przez takie g… jak “Nieuchwytny”. Nic tam nie zasługuje na uwagę, także z seansu jestem w ogóle niezadowolony. Liczyłem na coś więcej. Zwykły śmieć z Mc Donalda, który w ogóle nie jest wartościowy.

Ocena: 3/10

(pumex)

Superbad/Supersamiec.

Image Hosted by ImageShack.usCzy pamiętacie jakiś film, który reaktywuje waszą energię, powoduje ekstazę wizualną i śmiech do nieprzytomności? Na pewno! “Supersamcowi” duuuużo do takiego pułapu brakuje. Po niedalekiej “Wpadce” przychodzi czas na seksualność w dorastaniu chłopaków z liceum. Filmowe trio, to oryginały wybijające się ze schematyczności. Coś nowego, coś niestandardowego. Powalają na kolana wszelakie inne - ostatnie bezwartościowe komedyjki dla amerykańskich dzieciaków.Czym? “Supersamiec” to obraz tak popieprzony, że aż śmieszny. Repertuar werbalny Seth’a (Jonah Hill) jest tak zróżnicowany, jak lista kategorii na stronie pornograficznej. Niektóre wiązanki, jakie puszcza na lewo i prawo, nie raz potrafią rozwalić człowieka. Evan (Michael Cera), to przeciwieństwo Setha - kurtuazyjność i miła aparycja w jednym, za to McLovin (Christopher Mintz-Plasse), to gość, którego się ceni za to, że jest - samym wyrazem twarzy wzbudza sympatię; co więcej to była jego debiutancka rola i całkiem sprytnie sobie poradził. Także na aktorstwo chłopaków nie można narzekać.

Historia Seth’a, Evan’a i Fogella aka McLovin’a obraca się wokół ostatniej imprezy przed pójściem na studia. Wszelkie perypetie dorastających chłopaków w poczuciu osiągnięcia najwyższej rangi “Supersamca” koncentrują się na zakupie alkoholu, czy zaliczenia w końcu jakiejś laseczki… Ziomki pragną wreszcie być prawdziwymi mężczyznami - lecz sami się przekonają, że to nie takie łatwe a czasami nawet bardzo zabawne.

Ogólne wrażenia? Pozytywne zaskoczenie bez jakiegoś specjalnego zapowietrzenia. Przyzwoita komedia z nieprzyzwoitą historią na sobotni wieczór. Rozwalające dialogi, wciągająca historia, komizm na dobrym poziomie… to kolejna komedia rodząca się w cieniu American Pie.

Ocena: 7/10

(pumex)

Napisane w Komedia. 1 Komentarz »

Predwiośnie

Przedwiośnie ****

Nie będę się dziś rozpisywał. Film to oczywiście ekranizacja słynnej szkolnej lektury Stefana Żeromskiego i nie dajmy sobie wmówić, że powstał z innych pobudek niż jako pomoc biednym maturzystom.  “Przedwiośnie” to rzecz zrobiona poprawnie, bez większych zgrzytów, ogląda się od początku do końca bez przestojów. Fabuły też nie będę opowiadać, bo było by to śmieszne- każdy przynanajmniej powinien ją znać. A jeśli nie zna, to zwykle po to ogląda film, aby ją poznać. Aktorzy? Gajos Ok, Janda ok, nawet Damięcki ok. Struktura jak w powieści? Udało się również- można wyraźnie wydzielić trójdzielną kompozycję w scenariuszu. Do tego ta rozmaszysta produkcja nie utraciła głównego podtekstu oryginału, który mówił o dylematach w dopiero co rodzącej się Polsce po odzyskaniu niepodległości. Warte naszych 140 minut życia. Obiecuje, że w następnej recenzji nie zejdę poniżej 5 akapitów :]

szymalan