Updates from Marzec, 2012 Toggle Comment Threads | Skróty klawiaturowe

  • szymalan 10:37 on 30 March 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Idi i smotri (1985, Elem Klimow) 

    Idź i patrz ******

    Rosyjski reżyser Elem Klimow (odszedł w roku 2003 w wieku 70 lat), choć przez całe swoje życie zdążył zrealizować tylko 5  pełnometrażowych filmów, to ostatnim z nich zapewnił sobie stałe miejsce w historii kina. To niezwykły “Idź i patrz”, psychologiczny dramat (choć może lepszym określeniem byłby “horror”?) o traumie, jakiej poddany zostaje nastoletni chłopiec w trakcie II wojny światowej na Białorusi w roku 1943.

    14-letni Florian Gajszun pragnie opuścić rodzinny dom i przystąpić do partyzantów walczących na terenie Białoruskich lasów i wiosek. Jednak, aby móc do nich dołączyć musi spełnić jeden warunek: posiadać broń. Dlatego Florian dużo czasu spędza na przeszukiwaniu byłych okopów w poszukiwaniu karabinu. Wbrew prośbom i zakazom matki (samotnie wychowującej jego i dwie siostry-bliźniaczki), wkrótce opuszcza rodzinę i dołącza do małego posterunku kolaborantów. Tam oczywiście, jak to najmłodszy wśród dorosłych mężczyzn – Flora traktowany jest jako “ten młody”. Coś posprząta, postoi na warcie, ale do walki wziąć go nikt nie chce. Kiedy przywódca decyduje o wyruszeniu Niemcom naprzeciw , Florian zostaje  sam na terenie obozu. Od tej chwili dla chłopaka zaczyna się przydługi etap samotnej i wyczerpującej tułaczki bez niczyjej szczególnej ochrony. Spotyka dziwnie zachowującą się dziewczynę, z którą odkrywa, że w jego byłym rodzinnym domu nikt już się nie ostał, jest świadkiem kolejnych niemieckich ataków i bombardowań, próbuje (najpierw w grupie, potem już samotnie) zorganizować małej wiosce trochę jedzenia, ale najgorsze dopiero przed nim: w pewnej chwili trafia do miasteczka, które nagle zostaje przejęte, spacyfikowane i wymordowane przez Niemców. (Więcej…)

     
    • Peckinpah 12:49 on 30 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Kiedyś oglądałem ten film do połowy i pamiętam, że film mocno mnie wciągnął (nie pamiętam jednak co sprawiło, że oglądałem go tylko do połowy). Dlatego kiedy zobaczyłem ten film w TVP Kultura to nastawiłem się, że koniecznie muszę go obejrzeć. Niestety, nie przewidziałem, że zostanę przegłosowany – osoby, z którymi oglądałem telewizję wolały spektakl Teatru TV na żywo w programie pierwszym (“Szkoła żon” wg Moliera). Tak więc na film Klimowa muszę znowu poczekać. Kino wojenne nie należy do moich ulubionych gatunków, ale te rosyjskie produkcje potrafią wstrząsnąć widzem.

    • krotkoofilmie 14:39 on 30 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Kino Rosyjskie potrafi wstrząsnąć, jak i władze komunistyczne po II wojnie.
      Szymalan hipnotyzujesz recenzją, więc nie pozostaje mi nic innego jak zobaczyć film. Lubię, jesli w tym przypadku można tak powiedzieć, oglądac wizję wojny w ten nie hollywoodzki sposób w ten bliższy rzeczywistości.

      • szymalan 21:13 on 30 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        @Peckinpah:
        Ciesze się, że tym razem zgadzamy się w opinii, mimo, że dotyczy ona dopiero połowy filmu ;) mam nadzieję, że z resztą będzie podobnie, trzymam kciuki żeby się w końcu udało obejrzeć( ja od początku nie miałem szans na przekonanie wszystkich do oglądania, ale odkąd mam dekoder z nagrywarką problem się sam rozwiązał)

        @krótkoofilmie: cieszy mnie bardzo, że tekst podziałał zachęcająco :) będę wypatrywał jak zawsze recki na blogu ;)

        pozdrawiam!

  • szymalan 17:13 on 16 March 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Battle Los Angeles (2011. Jonathan Liebesman) 

    Inwazja: Bitwa o Los Angeles **

    Schematyczny, śmiertelnie nudny film akcji, który powstał z ręki człowieka, który wyreżyserował niedawno taki przedziwny twór kinowy jak prequel remake’u “Teksańskiej Masakry Piłą mechaniczną” (remake udany, prequel już nie). Podobnie jak w tamtym filmie, Liebiesman do przesady stosuje ujęcia z ręki operatora (spróbujcie zrozumieć co się dzieje i kto jest głównym bohaterem w pierwszym akcie filmu), ale kompletnie wykłada się na poziomie efektowności widowiska. Kolejny raz bierze słaby, pozbawiony ludzkiego elementu scenariusz i kolejny raz dostajemy od niego jedynie szybkie, sprawne filmidło pozbawione ambicji, które nie wywołuje najmniejszej reakcji emocjonalnej i zapomina niestety, by trzymać w napięciu. Fabuła? Jest taka: na Ziemię trafiają kosmici, bo potrzebują wody. Atakują nas , a my się bronimy przy pomocy najlepszych: jak zawsze niezawodnych amerykańskich marinies. Wszystkie z perspektywy destrukcji miasta Los Angeles. 

    Pomysł, aby kino science fiction o obcych pożenić z konwencją kina wojennego o małym plutonie wykonującym kolejne wojskowe operacje na polu bitwy (którym jest tu całe miasto) może się wydawać ciekawy i nawet oryginalny, ale efekt jest niestety zdumiewająco nijaki. Całość potraktowana została  przez producentów z subtelnością, na jaką było stać dawne kino propagandowe (co chwilę słyszmy dialogi w stylu:  ”nie cofniemy się! nigdy!”) i przypomina średnio zajmującego FPSa, w którym poszczególne sceny wolne od demolki prezentują podobny poziom psychologii co cut-scenki w grach komputerowych. Nie rozumiem w związku z tym, w jakim celu poświęca się w “Bitwie” pierwsze kilkanaście minut czasu ekranowego na wprowadzenie najważniejszych bohaterów, skoro potem i tak w późniejszym czasie się niespecjalnie do tego nawiązuje (i nie rozwija). Nie rozumiem też,  po co nam wreszcie ci kosmici, skoro przez większą część czasu trudno powiedzieć,  do kogo tutaj się właściwie strzela (pod tym względem nawet nowy “Terminator” miał do zaproponowania jakąś wizję), zaś film stylistycznie i wizyjnie nie odbiega od tego, co kino bitewne zdążyło już po wielokroć pokazać. 

    (Więcej…)

     
    • krotkoofilmie 19:55 on 16 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Ułatwiłeś mi zadanie nie używając w recenzji słowa patos. Tak ja mogę uznać, że Tegoż jest tu sporo, za dużo i kłuje w oczy co scena, a nie służy niczemu. Oglądałem niedługo po premierze, dziś w głowie został tylko słaby plakat promujący film.

    • ajar 19:53 on 24 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Filmu nie oglądałem, ale jestem zdziwiony tym co mówisz, że nie ma ciekawych efektów specjalnych. Zwiastun daje na to nadzieję.

    • Mikser 22:09 on 2 Kwiecień 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Film widziałem niedawno a ledwo co go pamiętam. Chyba samo to wystarcza na poparcie Twojej recenzji. Kicz, totalny kicz.

  • szymalan 00:45 on 5 February 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Róża (2011, Wojciech Smarzowski) 

    Róża *****

    Kiedy po premierze “Róży” na Festiwalu w Gdynii czytałem recenzje najnowszego filmu Smarzowskiego (“Wesele”, “Dom zły”) , zauważyłem, że każda z nich wyglądała mniej więcej tak samo. Zachwyty nad warsztatem wręcz tonęły w sugestywnych opisach poseansowej deprechy i konieczności oglądania okrutnych scen gwałtów i wojennej przemocy.  Smarzowski to reżyser, który lubuje się w naturalizmie, dlatego nie dziwne, że idąc do kina spodziewałem się  kolejnej  “Pasji”  - 1,5 h rzeźni ,  festiwalu tortur i okrucieństwa doprowadzonych  na granice dobrego smaku. Tymczasem film Smarzowskiego  zaskakuje:  “Róża” nie jest histeryczna, ale  zadziwiająco subtelna, w jakiś dziwny sposób oczyszczająca i bardzo po ludzku szlachetna. No ale od początku. 

    Pierwsze minuty nie pozostawiają wątpliwości, że nie będzie to łatwy seans. Znakomity opening: absolutna cisza na napisach początkowych  i nagły ogłuszający atak  z pola bitwy, na którym na oczach głównego bohatera żołnierz najpierw gwałci jego żonę, a następnie strzela jej w tył głowy. Jednak im dalej, tym film się jakby uspokaja, koloryzuje  wydarzenia lekkim poczuciem humoru, jednocześnie pozostając szarpiącym co jakiś czas nerwy czyms w rodzaju historycznego thrillera dla dorosłych. Niezmienny pozostaje jednak ton filmu: warstwa zdjęciowa jest przez cały czas wyblakła, ziarnista i zabrudzona, jakby zupełnie nie przystająca do epoki cyfrowych multipleksów.  (Więcej…)

     
    • momo 12:59 on 9 Luty 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Odebrałam ten film w taki sam sposób, myślę o nim kolejny dzień, teraz kojarzy mi się ze… “Znachorem”:) W jednym i drugim jest dobro, które porusza.

    • Peckinpah 18:03 on 18 Luty 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      “Róży” jeszcze nie widziałem, ale obejrzałem ostatnio “Dom zły” i jestem ogromnie rozczarowany. Jak dla mnie film płytki, stronniczy, pozbawiony napięcia (a podobno miał to być thriller), nie dostarczający emocji (a podobno miał to być dramat). Film nudny, prostacki, a momentami żenujący i głupi. Jedynie aktorstwo jest na wysokim poziomie. O ile “Wesele” Smarzowskiego było w miarę udane to jednak “Dom zły” okazał się filmem po prostu złym. Takie jest moje zdanie. “Róży” raczej nie obejrzę w kinie. Domyślam się, że w tym filmie będzie podobnie – aktorzy dali z siebie wszystko po to, by reżyser mógł zaszokować widzów kolejnym brudnym i nieprzyjemnym obrazem polskiej wsi i zaludniającej ją zboczeńców i degeneratów.

      • szymalan 18:40 on 18 Luty 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        Też nie lubię “Domu złego”, i tak samo obawiałem się groteskowej jatki po “Róży”. Rozczarowałem się bardzo pozytywnie: dla mnie to najbardziej ludzki film Smarzowskiego. Proste love story z mocnym tłem (zaznaczam; tłem) historycznym. Wszyscy piszą w recenzjach, jaki to horror nie dowytrzymania, ten film, a ja widziałem historię o miłości dwojga ludzi. I nie miałem wrażenia , że przemocy jest jakoś specjalnie dużo czy że Smarzowski jedzie po bandzie w pokazywaniu co bardziej obrzydliwych detali. Naturalistyczny ok, ale tez ludzki i szczerze poruszający. Ja polecam bardzo, film poza tym naprawdę pięknie wygląda na dużym ekranie , ale to już zrobisz co zechcesz :P ja tylko powiem, że to o kilka klas lepsze kino niż Dom Zły.

  • szymalan 13:50 on 31 January 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    War Horse (2011, Steven Spielberg) 

    Czas Wojny ***½

    Hollywoodzki super szmalec: Spielberg jeszcze nigdy tak bardzo nie zbliżył się do granicy kiczu, jak w swoim najnowszym filmie, nominowanym do głównych Oscarów “Czasie wojny” (“War Horse”). Kto widział przynajmniej jeden ze zwiastunów tej produkcji, ten wie, że po wejściu na kinową salę nie będzie odwrotu: film jest bezwstydnym hołdem i powrotem do hollywoodzkiego crapu lat 30. , 40. i 50. Czasów Johna Forda, ckliwych melodramatycznych westernów, epickości Davida Leana i czasów “Przeminęło z wiatrem” jako największego światowego arcydzieła kina. 

    Znów cieszymy się pomarańczowymi filtrami z “Gone with the Wind”, znów tandetne dialogi nie mają znaczenia, jeszcze raz chodzi  o tanie wzruszenia, patetyczny ton i wiejskie pejzaże, które w obiektywie kamer Janusza Kamińskiego  autentycznie zapierają dech w piersiach. Film atakuje nas stylem retro od pierwszych chwil: muzyka Johna Williamsa wprost wymusza konkretne emocje, jakie w trakcie seansu trzeba przeżywać, znane z wszystkich filmów Spielberga sztuczne, niczym namalowane  panoramy pięknych miejsc  otwierają film i przewijają się do samego końca, a co jakiś czas atakują nas obowiązkowe manipulatorskie najazdy na mocno przeżywające twarze bohaterów (w tym tego tytułowego).

    Historia konia Joey’ego , wychowanego przez nastolatka z biednej, zagrożonej sprzedażą farmy swojego ojca (który to – koń -  wyrusza po krótkim czasie na wojnę i jest wykorzystywany jako zaprzęg do armat i  środek transportu dla żołnierzy, a czasem po prostu tkwiący w niebezpiecznej tułaczce)  to zwyczajnie ckliwa, statyczna w oldschoolowy sposób bajka dla całej rodziny, w której niektóre sekwencje bitewne wydają się wobec całości pasować niczym drzwi do lasu. Niby mamy umowność (wszyscy w filmie mówią po angielsku, czasem wrzucając dziwnie wstawki z ojczystego języka), bajkowość pięknie rozrysowanego świata przygody, z drugiej strony intensywność okopów I wojny światowej , użycie trującego gazu, śmierć, broń, zniszczenie (aż czuć z ekranu proch strzelniczy, daję słowo). Trudno powiedzieć dla kogo to film: czy w niedzielny świąteczny poranek musimy całą rodziną oglądać sceny zagazowywania żołnierzy i brutalnych szarż z dwóch stron barykady? (Więcej…)

     
    • Peckinpah 14:19 on 31 Styczeń 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Grażyna Torbicka mówiła, że to beznadziejny film i nawet jej uwierzyłem. Dlatego jeszcze go nie oglądałem :) Widząc Twoją ocenę filmu spodziewałem się, że będzie tu trochę krytyki, ale nie spodziewałem się, że przy okazji nazwiesz ‘kiczem’ filmy Johna Forda, Davida Leana, a nawet “Przeminęło z wiatrem”. Jeśli “Czas wojny” ma wiele wspólnego z tymi klasykami to ja koniecznie muszę go obejrzeć. Lubię filmowe powroty do czasów klasycznego Hollywoodu. Dlatego czekam z niecierpliwością na “Artystę”, który jest powrotem do czasów kina niemego.

      • szymalan 14:40 on 31 Styczeń 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        Bo to jest w pewnym sensie beznadziejny film. Powiedziałbym , że beznadziejnie sentymentalny i ckliwy :) Kwestia czy ktoś jest w stanie to kupić, poddać się tej konwencji. Ja, oglądając Przeminęło z Wiatrem czy Davida Leana jestem w stanie, wiec wcale nie mam nic do tych filmów :) Po prostu one już dzisiaj się postarzały jeżeli chodzi o styl i nikt nie ma chyba wątpliwości, że tak się już dzisiaj filmów epickich nie tworzy. I Czas wojny wpisuje się w ten nurt, ale tym razem mam już więcej wątpliwości czy powinien.
        Gdyby mi ktoś bez mojej wiedzy wmówił, że to War Horse film z lat 40. pewnie bym mu uwierzył bez większego zawahania:)
        W ogóle ten rok to rok powrotów do klasyki “Mój tydzień z Merylin”, ‘czas wojny”, “Artysta”, “Hugo” Scorsese to ponoć też hołd dla kina niemiego i Georga Melies w szczególności. Dziwne odwrócenie trendu po roku bardzo nowoczesnych Incepcji i Social Network (choć oscarowym zwycięstwie King’s Speech). pozdrawiam!

    • milczacy_krytyk 21:15 on 31 Styczeń 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Zgadzam się w pełni z tym co napisałeś. Nie podpasował mi ten film i nadal nie wiem do kogo miał być skierowany. Bo jak na rodzinną rozrywkę to za wiele tu brutalności i wojennego brudu, jak na nietypowy film dla doroślejszego widza, za wiele okropnej ckliwości i przesadnej bajkowości. Mocno się na nim wymęczyłem i w sumie rozczarowałem.
      Pozdrawiam

    • krotkoofilmie 09:44 on 1 Luty 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Zapowiedz z końca wpisu i Twoje słowa mi wystarczą by wyrobić sobie opinie o filmie. Co prawda scena galopującego Konia wypadła wyśmienicie, jednak jeśli to faktycznie zwierze jest stawiane na pierwszym miejscu, to chyba podziękuję. 2 minuty trailera wystarcza także by wiedzieć, że z ekranu wylewa się patos, kicz, tanie sztuczki przez cały seans, co konkretnie może zmęczyć.
      Jeszcze drobnostka co do głównego bohatera. Wydaje mi się, czy spojrzenie tego wierzchowca (innych z resztą też) ma w sobie nutkę obłędu i zagubienia? :)
      pozdrawiam

      • szymalan 14:01 on 1 Luty 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        @Milczący: Nie chciałbym, żeby mnie źle zrozumiano ;) Mnie się trochę bardziej chyba podobało, zwłaszcza 2 połowa była moim zdaniem znośniejsza od pierwszej. Nie uwązam, że jest to aż tak może zły film, ale widzę, że i tak się ogólnie zgadzamy w zarzutach.

        @MarcinK:
        Scena, o której piszesz jest moim zdaniem najlepsza z całego filmu :) jak dla mnie jedna z lepszych sekwencji spielberga ostatnich lat.
        Co do spojrzenia konika to tak, ale to akurat uzasadnione, w końcu dookoła wojna, a on sam co chwilę przechodzi z rąk do rąk (tak jest napisany cały scenariusz, epizodycznie o każdym kolejnym właścicielu jest każda następna sekwencja) i pewnie marzy o powrocie na tę bajeczną farmę z pierwszych chwil filmu :)
        pozdrawiam komentatorów!

  • szymalan 21:48 on 26 March 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Essential Killing ****

    Uff, zobaczyłem nareszcie “Essential Killing” ,  prawdopodobnie największy sukces polskiego kina od wielu lat, film obsypywany laurami na światowych festiwalach, wielki zwycięzca Złotego Orła dla najlepszego polskiego filmu roku,  a także kandydat do tegorocznych Oscarów (m.in. za scenariusz oryginalny).

    Przede wszystkim jednak najoryginalniejszy, najbardziej enigmatyczny i najchętniej dyskutowany polski film roku (“Wszystko co kocham” podobało się wszystkim- zero dyskusji, “Różyczkę” większość uznała za średnią – również zero dyskusji).

    Film Skolimowskiego wyraźnie  stworzył wyłom wśród widzów- dla jednych ‘Essential Killing” to pretensjonalna, przeszarżowana symboliką porażka , dla drugich wielki triumf reżyserii i skuteczności w realistycznym prowadzeniu akcji . Mówię zawczasu: wg mnie ani ci  nieustający w zachwytach, ani ci wieszający psy, nie mają do końca racji.  “EK” to rodzaj eksperymentu- film, który sprawia, że oczy widza raz po raz w trakcie seansu dramatycznie się powiększają (like: WHAAAAAT?!) i w czasie którego wiele rzeczy może nie  mieć dla niego sensu (miałem tak w finałowym akcie) ale za to po samym filmie ten dziwny ekranowy twór będzie chodził za nim tygodniami.  Chodził i dręczył mózgownicę.

    Reżyser przyjął sobie za cel do końca poprowadzić swój film w konwencji cinema verite- pierwsze sceny przypominają znane dokumenty wojenne (jak świetna, niedawno nominowana do Oscara “Wojna Restrepo”), w których kamera trzymana jest w ręce operatora, wykonuje gwałtowne ruchy w ciasnych przestrzeniach , a oddalone panoramy wyraźnie naśladują ujęcia nagrane z widoku lecącego helikoptera. To samo z bohaterami – tutaj to grupka anonimów- jacyś żołnierze, helikoptery i czołgi,  i  jacyś więźniowie prowadzeni do tajnej bazy.  Strzały, wybuchy a za chwilę porażające sceny tortur i przesłuchań. Skolimowskiego wyraźnie nie interesuje żaden faktyczny kontekst przedstawionych wydarzeń. Nie nazywając nikogo  po imieniu i nie prowadząc widza za rączkę wyświetlając mu daty, miejsca i nie wiadomo co jeszcze, pozwala nakarmić jego wyobraźnię. (Więcej…)

     
  • szymalan 00:39 on 16 March 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    The Hurt Locker. W pułapce wojny ****

    Możliwe poważne spoilery!

    Film ten jest jeszcze jednym dowodem na potwierdzenie mojej obserwacji, iż gry komputerowe co raz bardziej upodabniają się do hollywoodzkich filmów oraz na odwrót- że filmy coraz bardziej przypominają nie-interaktywne gry video z wysoką rozdzielczością grafiki. “Hurt Locker” przez większą swoją część jest kolejną odsłoną “Call of Duty” – amerykańska armia i sprzęt, szybka shooterowa akcja, opisowe dialogi, montaż i zdjęcia przypominające typowe dla fpsów szybkie zmiany punktów widzenia kamery, a scenariusz to kolejne misje na drodze do zaliczenia kampanii. A jednak film zdobywa Oscara i zjawiskowy wręcz respekt recenzentów. Jak to się dzieje? Czy rzeczywiście to film na miarę “Czasu Apokalipsy” i “Łowcy jeleni”?

    Osobiście uważam takie głosy za daleko przesadzone. Skąd jednak nagrody? Dla jednych to wynik politycznej poprawności – że aktualna wojna, że kobieta za kamerą, że niski budżet, ale wielka pasja, że nie można ulec wysokobudżetowym bajkom dla mas pokroju “Avatara” itd. Dla drugich:  “Hurt Locker” to techniczne arcydzieło, mistrzowska reżyseria, chłodna niepatetyczna narracja, osaczający realizm oraz wreszcie  prawdziwość pola irackiej bitwy , która rzekomo bije z każdej sceny filmu. (Więcej…)

     
    • lola king 15:58 on 16 Marzec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Przyznam szczerze, że już nie mam sił mówić/pisać o Hurt Lockerze, ale spróbuje wydukać z siebie jeszcze kilka zdań. Chociaż moją opinię już znasz ;] Ostatnia scena (ta wspomniana przez Ciebie) rzeczywiście jest bardzo znacząca. Szczerze, bardzo wybiła mnie z rytmu. Bo co widz ma myśleć, kiedy widzi, że piekło, jakim jest wojna, zatacza swój krąg. Z drugiej strony, taki minimalizm w pokazaniu zakończenia, mnie bardzo odpowiada, dobrze, że Bigelow nie uczyniła z niego pompatycznej wydmuszki. Sama postać Williama jest świetna skonstruowana, taki cwaniaczek, miejscami zbyt pewny siebie, miejscami zagubiony, z mnóstwem wad, który ma więcej szczęścia niż rozsądku. No i świetnie zagrany przez Rennera. Pozdrawiam ;]

    • milczacy_krytyk 18:32 on 16 Marzec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      ““Hurt Locker” to techniczne arcydzieło, mistrzowska reżyseria, chłodna niepatetyczna narracja, osaczający realizm oraz wreszcie prawdziwość pola irackiej bitwy , która bije z każdej sceny filmu.” – dokładnie tym jest dla mnie film Bigelow.
      Co do tych niektórych sekwencji, to mnie najbardziej nie podobała się nocna eskapada bohatera do miasta – tutaj reżyserka bardzo się zagalopowała, a film zbliżył się okropnie mocno do ckliwej, podniosłej bajki. Scen z bombami i płonących samochodem bym się nie czepiał, bo pierwsza nieźle wygląda, a druga dodaje trochę napięcia. ;)
      Pozdrawiam

    • Grzesiek 19:40 on 16 Marzec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      “The Hurt Locker” jest moim ulubionym filmem wojennym. Zasłużył na swoje Oscary, z wyjątkiem tego za najlepszy film. Najlepsze były w zestawieniu “Bękarty wojny”, chociaż zdań na ten temat tyle, ile nominacji do głównej nagrody.

    • pafffcio 23:48 on 16 Marzec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Nie wierzę, wreszcie ktoś, z kim mogę się w 100% zgodzić. Z tym że ja podszedłbym do tego jeszcze bardziej krytycznie – obawiam się, że ten film nie miał być męczący. Nie mniej jednak, zgadzam się, że scenariusz jest mocno naciągany, ale to fabuła, więc da się przeżyć. Natomiast nic nie wynagradza mi nudy wiejącej z ekranu. To że główne motto jest ambitne (‘Wojna uzależnia’ – fajnie, tego chyba jeszcze nie było) nie znaczy, że trzeba film nagradzać, przypomina mi się ‘To nie jest kraj dla starych ludzi’, w którym poza mądrym tytułem też nic nie było.
      Co do Oscarów – widziałem 6 nominowanych filmów, każdy lepszy od Hurt Locker. Tyle w temacie.
      Pozdrawiam,
      Pawcio

      • szymalan 23:29 on 18 Marzec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        E tam film Coenów jest jak dla mnie wybitny :P Siedziałem na skraju fotela z napięcia, a do tego trochę cynicznego poczucia humoru, oscarowe kreacje (Bardem, ale nie tylko on był genialny) , świetna robota (montaż, zdjęcia, dźwięk) przy użyciu skromnych środków , czytelny i aktualny przekaz,, znakomity scenariusz (na zasadzie domina: jedna zła decyzja powoduje lawinę nieszczęść). To jednak chyba trochę więcej niż “nic” ;)

        • pafffcio 13:54 on 19 Marzec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

          To jest trochę więcej niż nic, może trochę przekoloryzowałem ;) Ale jednak do mnie scenariusz nie trafił, a przy dramacie scenariusz to podstawa. Od strony technicznej i aktorskiej faktycznie TNKDSL wypadło bardzo dobrze :) A całościowo na pewno lepiej od Hurt Lockera.
          Pozdrawiam,
          Pawcio
          Pawcio

    • Josh 12:15 on 17 Marzec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Mnie mimo wszystko się podobało i uważam Hurt Locker za film interezujący i ważny.
      Werdykty Akademii często są “polityczne”, a nawet “kumpelskie” (oskar dla Scorsese za Infiltrację). Zastanawiam się, czy gdyby prezydentem USA dalej był Bush, równie hojnie zachowało by się jury.
      Jeśli masz ochotę na udział w konkursie zapraszam na http://filmowy.blog.onet.pl/ – do wygrania DVD z filmem “Halo:Legendy”.

c
compose new post
j
następny post/następny komentarz
k
poprzedni post/poprzedni komentarz
r
reply
e
edytuj
o
Wykaz /brak wykazu uwag
t
go to top
l
zaloguj się
h
show/hide help
shift + esc
cancel
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.