Updates from Listopad, 2011 Toggle Comment Threads | Skróty klawiaturowe

  • szymalan 12:35 on 20 November 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Lincz (2010, Krzysztof Łukaszewicz) 

    Lincz **

    Najpierw był żenujący zwiastun “Linczu”, w którym nie tylko straszyła apokaliptyczna chóralna muzyka (jakbyśmy mieli do czynienia z finałem 12 częściowej sagi o nastolatku ratującym świat od Złego), parodystyczny w stosunku do hollywoodzkich produkcji montaż, ale też notka jakoby film był najnowszym dziełem  producentów takich arcydzieł jak chociażby “Różyczka” czy “Galerianki”. A jakby tego było i mało to jeszcze przed właściwym trailerem pojawia się na ekranie wielki Sławomir Sikora i reklamuje “Lincz” chwaląc się ile spędził dni w więzieniu (ale za co, że zatłukł człowieka na śmierć to już nie), że był  inspiracją dla “Długu” Krauzego (już samo zestawienie wybitnego dzieła Krauzego z tym szitem wzbudza we mnie autentyczne zdumienie) i że bla bla bla ta historia może się każdemu przydarzyć… (serio, każdy może stać się mordercą i tak po prostu skopać człowieka na śmierć? Każdy?).

    Strach mi było oglądać ten film po takiej zapowiedzi, ale się w końcu przemogłem (przygotowywując się psychicznie do tego wyczynu kilka miesięcy). No i obejrzałem. (Więcej…)

     
    • milczacy_krytyk 15:23 on 20 Listopad 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Dobrze przeczytać, że masz podobne zdanie na temat tego filmu co ja. Po kilkunastu cudownych odpowiedziach niektórych użytkowników filmwebu, zacząłem swego czasu się zastanawiać, czy to ze mną jest coś nie tak, że zupełnie nie podobał mi się ten film, czy co się dzieje.
      Pozdrawiam

      • szymalan 17:59 on 20 Listopad 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        nom. Mnie aż odrzuciło od monitora jak zobaczyłem średnią na fw, na szczeście spojrzałem na oceny znajomych i wyszło, że chyba jednak wszystko ze mną Ok. pozdrawiam!

    • ajar 17:31 on 26 Listopad 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Nie byłbym takim zdecydowanym krytykiem tego, czego dokonali ludzie w obronie własnej. Być może oni nawet przekroczyli znamiona tego co nazywamy obrona konieczną, ale byli chyba doprowadzeni do ostateczności. No cóż, czasami trzeba wziąć sprawy w swoje ręce.
      A co do filmu, to powiem tylko, że jest słaby. Nawet jak na możliwości polskiego kina.

      • szymalan 19:49 on 27 Listopad 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        Tylko co by było gdyby wszyscy zaczęli brać sprawy w swoje ręce? To chyba nie uczyniłoby świata lepszym miejscem do życia.

  • szymalan 11:20 on 19 September 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    The Bride of Frankenstein (1935, James Whale) 

    Narzeczona Frankensteina ***

    Najgłupszy tytuł w historii kina i jednocześnie (zgodnie z tym, co twierdzą znawcy) ponoć najlepszy film o Frankensteinie , jaki kiedykolwiek powstał. Przypomnijmy dla porządku: Frankenstein to NIE potwór powstały z części ludzkiego ciała , ale doktor -  szalony naukowiec z obsesją na punkcie stworzenia człowieka idealnego, który w “Frankensteinie” (1931) owego potwora do życia powołał. W bezpośrednim sequelu powstałym 4 lata później pojawia się wykreowana przez naukowców kobieta, która zgodnie z zamysłem innego (jeszcze bardziej nieobliczalnego) naukowca, doktora Pretoriusa, ma się stać towarzyszką Potwora.   Ani to więc żadna narzeczona (nawet nie koleżanka!), ani tym bardziej Frankensteina, który żadnej narzeczonej nie szukał. Tytuł jest tym bardziej idiotyczny, że na 72 minuty filmu, tytułowa-  pożyczająca fryzurę od Nefretete – piękność , pojawia się dopiero na 4 minuty przed końcem seansu. Do tego momentu film jest bezpośrednim sequelem “Frankensteina” (dziś już raczej ciekawostki, która nie robi specjalnego wrażenia, a częściej przynudza lub bawi niedoróbkami technicznymi), w którym twórcy, rozochoceni sukcesem pierwszego filmu, pozwolili sobie na dużo więcej. Większy budżet, więcej czasu poświęconego stronie wizualnej, wyciągnięcie wniosków z tego, co dotychczas osiągnięto: “Narzeczona” nie jest może filmem wielkim i sporo się zestarzała (przede wszystkim nie straszy) , ale daje radę jako klimatyczna podróż w czasie do kina grozy połowy lat.30 (ważnego dla dalszego rozwoju gatunku). Jest przede wszystkim porządnie zrobiona i zagrana. Niesamowite wrażenie robi w pierwszej kolejności Ernest Thesiger jako de-mo-ni-czny szalony doktor Pretorius , trzymający w słoikach malutkich mini-ludzi (a  kamera go fenomenalnie klimatycznie ujmuje w klaustrofobicznych, przyciemnionych, gotyckich wnętrzach ponurych zamczysk). Poza tym niezawodny Boris Karloff w roli przerażającego żądne krwi i zemsty miasteczko monstrum. Warto film obejrzeć chociażby dla słynnej sceny, w której niewidomy pustelnik gości w swoim domu Potwora i próbuje się z nim zaprzyjaźnić. Od tej pory to już nie pusty, głupkowaty stwór, ale istota, która nabrała samoświadomości i próbuje jakoś egzystować wśród ludzi, którzy go sami stworzyli. Jego tragizm polega na tym, że aby być człowiekiem nie wystarczy mu nauczyć się mówić i jeść jak inni – potrzebuje prawdziwego uczucia od drugiej mu podobnej istoty, choćby przyjaźni. I dopiero wtedy, kiedy przeznaczona mu kobieta odrzuca go jako potencjalnego przyjaciela (?), bo wydaje jej się odrażający – sytuacja staje się dla niego jasna. Że  – jako wynik fatalnego eksperymentu ludzi – nie pasuje do ich  świata i musi z niego zniknąć. Nawet do dzisiaj potrafi to poruszyć. 

    szymalan

     
    • Peckinpah 13:17 on 20 Wrzesień 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Dawno oglądałem, ale pamiętam, że podobał mi się bardziej niż pierwsza część. Lepszy był klimat dzięki muzyce Franza Waxmana, no i niezłe efekty Johna Fultona (scena z liliputami). Pierwowzór literacki Mary Shelley uważam za ciekawą i oryginalną powieść i podobało mi się to, że wprowadzono do tego filmu motywy zaczerpnięte z książki (było ich niewiele, ale włączenie do filmu sceny z niewidomym pustelnikiem było akurat dobrym pomysłem).

  • szymalan 23:29 on 15 November 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Salt ****


    Wiluś Kojot i Struś Pędziwiatr w wersji  technokratycznego kina akcji na XXI wiek. Kreskówka Looney Tunes i Zwariowanych Melodii była tak niedorzeczna, prześmiesznie głupkowata i energiczna zarazem, że rozsadzała szklany ekran na strzępy. Dziś, hollywoodzki „Salt” Philipa Noyce’a dziedziczy w spadku wszystkie te cechy – nie ma w tym filmie nic , dosłownie nic,  poza akcją. I poza Angeliną Jolie, oczywiście. Nie ma historii (o czym to w ogóle było i co się zdarzyło w finale?) , nie ma bohaterów, nie ma motywacji , a o zgodności z podstawami logiki i fizyki, radzę zapomnieć już na etapie loga stajni Columbia Pictures.

    Jest dziś rzeczywiście sztuką zrobić inteligentny film akcji („Inception”), ale patrząc chociażby po „Drużynie-A”, drugiej części „Transformers” Michaela Baya, czy „2012” Emmericha, znać, że Hollywood boryka się z problemem znacznie bardziej  podstawowym- utrzymaniem elementarnego porządku akcji, zapanowaniem nad całą rozpierduchą tak, aby już w punkcie wyjścia nie było bajzlu. „Salt” w swoich pierwszych 30  minutach (kapitalnych zresztą) miażdży bajkę o Buźce i jego kolegach  na całej linii– tam równoległy montaż masakrował całe napięcie, gdyż  dawał nam jednocześnie istotne „Tu i teraz”  , ale także zupełnie niepotrzebne to , „co za chwilę ma się odbyć”. w „Salt” Noyce trzyma się owego „tu” kurczowo,  przy okazji łaskocząc delikatnie widza- drażniąc się z nim, przybliżając i oddalając go od  „mięska” na zmianę. (Więcej…)

     
    • milczacy_krytyk 20:29 on 17 Listopad 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      O, aż 4 gwiazdki, nie spodziewałem się tylu :D
      Mi się w tym filmie podobało najbardziej to, że przez bardzo długi czas twórcy wodzą nas za nos i nie wiemy dokładnie czy Salt jest dobra czy jednak nie. Oczywiście przez to, że postać tę gra Jolie spodziewamy się, że to bohaterka pozytywna (to by było coś, gdyby na końcu okazało się inaczej), ale z każdą kolejną minutą zachowania bohaterki stają się coraz dziwniejsze i coraz bardziej kłócą się z wersją pt “ktoś mnie wrabia”. Za to plus. Ciekawe jaki będzie sequel…
      Pozdrawiam

      • szymalan 13:02 on 18 Listopad 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        szczerze też się nie spodziewałem :) ale nie miałem wyjścia ;D
        I ja również myślę, że ta gra z widzem to główny atut “Salt”(oprócz tempa akcji) – całkiem skuteczna, tym bardziej, że to wspomniane dziwne zachowanie Salt, Jolie potrafi świetnie oddać.
        O, a to robią sequel? :D
        pozdrawiam

    • Lola King 21:14 on 26 Listopad 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Bajka o Strusiu Pędziwiatrze była moją ulubioną bajką :) Angelina Jolie i kino akcji to absolutnie nie moja bajka, ale i tak obejrzę :) Miłego wieczoru :)

    • ly. 22:10 on 26 Listopad 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      wiesz jaka jest różnica między saltem a strusiem pędziwiatrem? wiemy dlaczego kojot gonił strusia , natomiast totalnie nie wiemy jaki jest sens akcji w salcie xD

    • ly. 21:45 on 28 Listopad 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      w mojej wypowiedzi było jeszcze [am am] tylko, że użyłam złego nawiasu i zniknęło, ale bro zrozumiał :D

  • szymalan 17:53 on 7 July 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Mulholland Drive ****


    W kategorii filmów “OMGWTF” – produkt z pierwszej półki . Mam wrażenie, że przedziwne Imaginarium Doktora Lyncha dotarło w “Mullholland Drive” do jakiejś ściany i się przez nią przebiło. Szalone, eleganckie, dziwne, chore, odjazdowe, a przede wszystkim ciekawe i hipnotyzujące to doświadczenie. Warto mu się poddać.

    Streszczanie fabuły tego filmu to było by istne samobójstwo, dlatego proszę się nie gniewać, że tym razem ograniczę się jedynie do wydłubania co ważniejszych wątków scenariusza. Otóż  więc co następuje: trafiamy do samego Hollywood, na ulicę Mullholland Drive, na której ma miejsce wypadek samochodowy z udziałem dwóch mężczyzn i kobiety- im się przeżyć nie udaje, natomiast ona- ucieka z miejsca zdarzenia , ale nie bez “uszkodzeń”: traci pamięć i świadomość kim w ogóle jest. W tej samej chwili do Hollywood przyjeżdża mało znana aktorka (wybitna jak nigdy przedtem i nigdy potem Naomi Watts)  i zamieszkuje w domu swojej ciotki. Kiedy po raz pierwszy rozgląda się po apartamencie, spotyka tam ..znaną z pierwszego wątku bohaterkę, uciekinierkę z miejsca wypadku. Obydwie kobiety zaskoczone zastałą sytuacją usiłuję rozwiązać zagadkę tożsamości jednej z nich: co robią setki dolarów w jej torebce? Jak się nazywa i gdzie jechała samochodem? Jest jeszcze inny wątek: młody reżyser jest naciskany do zatrudnienia w głównej roli jednej dziewczyny, bez względu na to, jak wypadną na castingu inne kandydatki. Aha, i jeszcze dwóch mężczyzn rozmawia w restauracji- jeden opowiada drugiemu, że dręczą go sny o człowieku(?/ stworze?)  – który mieszka za tą właśnie restauracją, a którego przeraźliwie się boi. Teraz chce strach przezwyciężyć. (Więcej…)

     
    • pafffcio 21:58 on 7 Lipiec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Zgadzam się tak w 90% ;) W sumie ze wszystkim poza ostatnim akapitem – bo dla mnie to jest arcydzieło. Od tego filmu zaczęła się moja przygoda z Lynchem, po nim go pokochałem. Pamiętam, jak mnie Mulholland Drive wciągnęło, pamiętam też jak spodziewałem się jeszcze jakiejś godziny filmu, żeby wszystko się wyjaśniło spokojnie, a tu nagle BACH! KONIEC! Kopara mi odpadła i nie wiedziałem co się dzieje :P A samo wyjaśnienie moim zdaniem wcale nie jest tak oczywiste – żeby odczytać wszystko po jednym seansie trzeba być dobrym w te klocku :)
      Tak podsumowując ten mój komentarz (chyba trochę chaotyczny ;) ) – dla mnie MD jest top 3 filmów jakie widziałem do tej pory :)
      Pozdrawiam,
      Pawcio
      PS. Swoją drogą Twoja recenzja jest pierwszej klasy :)

      • szymalan 00:22 on 8 Lipiec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        wow top3 ? to ja nie mogę nie zapytać cóż to za pozostała dwójka najlepszych? :)

        Ogólnie dziękuję za miłe słowa :) Wyjaśnienie głównego wątku to jeszcze ,jeszcze w Mulholland Drive, ale poskładanie wszystkich pozostałych tropów jakie pojawiają się po drodze, to już robota na kolejne 10 seansów :D Na przynajmniej drugi się z pewnością skuszę zresztą.
        A do Lynchlandu na pewno jeszcze wrócę (chciałbym zobaczyć Zagubioną Autostradę , Miasteczko TP, Blue Velvet) . Liczę na podobne wrażenia.

        pozdrawiam

        • pafffcio 13:53 on 8 Lipiec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

          Moje TOP 3 jest chyba trochę niekonwencjonalne ;) Wrzuciłbym do niego jeszcze Fight Club i Once ;) Miszmasz totalny, ale te filmy mnie totalnie rozwaliły, każdy w inny sposób.
          Jeśli chodzi o resztę Lynchlandu, to widziałem już prawie wszystko z tego co wspomniałeś – kończę właśnie oglądać Twin Peaks. Ogólnie czegoś takiego jak MD już w jego filmografii nie znalazłem – Zagubiona Autostrada jeszcze bardziej (czyli przesadnie) pokręcona, Twin Peaks jest bardzo nierówny, ale w najlepszych odcinkach miażdży klimatem, poza tym ten serial jest o tyle dziwny, że tam jest wszystko, od dramatu, przez komedię, po telenowelę :P A Blue Velvet jest kawałem solidnego kina, które jednak mnie nie zachwyciło, ale kiedyś na pewno obejrzę to jeszcze raz :) Czyli ogólnie podobnych wrażeń jak przy MD pewnie nie doświadczysz, ale obejrzeć warto ;)

          • szymalan 13:49 on 9 Lipiec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

            dziękuje za odpowiedź :) i za te krótkie résumé odnośnie Lynchlandu ;) będe mieć Twoje spostrzeżenia na uwadze przy oglądaniu
            pozdrawiam

    • Lola King 07:19 on 8 Lipiec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      A, czyli Lynch w pełnej krasie! Tego się można było spodziewać. Brak powiązań przyczynowo-skutkowych, poszatkowane wątki, rozpoczęte i niedokończone wątki, nie wnoszące nic do głównej osi wydarzeń – cały Lynch! Ale jednak wciąga i powoduje wspomniane przez Ciebie – wypieki na twarzy! Na pewno obejrzę MD, nie wiedzieć dlaczego polubiłam Lyncha i te jego chore, acz hipnotyzujące i wciągające filmidła :)

    • maxcine 16:20 on 8 Lipiec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Widziałem MD, a także Zagubioną Autostradę , Miasteczko TP i Blue Velvet. Najbardziej pokręcona z tego wszystkiego jest Zagubiona Autostrada, ale prawdę powiedziawszy każdy z tych filmów ma swój moment w którym jedyne co przychodzi do głowy to wspomniane przez Ciebie OMGWTF?! Pierwsza połowa MD jest całkiem przystępna, wszystko ma “ręce i nogi”, ale już końcówka sprawia wrażenia filmu naćpanego – ni ładu, ni składu, po prostu kosmos. Lynch komplikuje, wydziwia, tylko nie za bardzo wiem po co – żeby proste rzeczy ubrać w trudne słowa? Manewruje świadomością, podświadomością, jawą, snem, fobiami, ogólnie surrealistyką i rzeczywistością, i rozumiem, że niektórzy lubują się w takich łamigówkach, ale dla mnie twórczość Lyncha jest nie do przeskoczenia. Cieszy mnie natomiast to, że w jego przypadku powiedzieć “niewiele rozumiem z jego filmów” nie jest żadnym wsytedem :P Wszyscy sie z tym zgodzą, ci co go kochają i ci co go nienawidzą.

      • szymalan 11:28 on 9 Lipiec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        “Lynch komplikuje, wydziwia, tylko nie za bardzo wiem po co – żeby proste rzeczy ubrać w trudne słowa?”

        Wydaje mi się, że tu chodzi o to , co napisałem w recenzji- widz jest zahipnotyzowany niemalże pierwszymi 3\4 filmu i nie jest świadomy że to sen. A nagle pod koniec następuje gwałtowne ożywienie na widok tych wszystkich dziwactw jakie mają miejsce. Jak napisałem- dla mnie to narracyjny trick, który miał nas przybliżyć przed ekranem do sytuacji snu bardziej niż kiedykolwiek.

    • marakeshpl 14:31 on 10 Lipiec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Po*ebany film :D
      8/10 *****

  • szymalan 14:35 on 3 July 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Alicja w Krainie Czarów ***


    Tim Burton starzeje się w świecie, w którym kultura popularna się infantylizuje, marketingowe prawidła mordują wolność artysty, czyniąc z każdego dzieła towar na masową sprzedaż, a nowoczesne technologie (typu zbędny ‘trójwymiar’ wyciągający od każdego widza 4-5 złotych więcej) stają się celem priorytetowym całej produkcji. Człowiek obdarzony taką wyobraźnią i umiejętnością posługiwania się filmowymi środkami, sam tylko na tym cierpi. Cierpi też niestety widz- zamiast “nowego filmu Tima Burtona”, dostaje “nowy film Walta Disneya”- a to jest spora różnica.

    Sprytny jest pomysł na fabułę- film zamiast wiernej ekranizacji oryginału Lewisa Carrolla, jest jego nieoficjalnym sequelem. Alicja jest już dojrzałą 19-latką i staje przed problemem niechcianych, zaaranżowanych bez jej zgody zaręczyn. Na moment przed podjęciem ostatecznej decyzji robi unik i trafia do króliczej nory, która okazuje się być portalem do cudacznego świata- w którym już raz ponoć była. Co w nim zastała- wiemy już ze zwiastuna i miliona podobnych recenzji. (Więcej…)

     
    • Lola King 20:23 on 3 Lipiec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Chyba wszyscy jednogłośnie się zgadzają, że Burton zawiódł na całej linii. Spodziewałam się, nieco ponurej i przepełnionej czarnym humorem nowej interpretacji książki Carrolla, nie tylko nie wyszło, ale film okropnie nudzi w wielu momentach. Scena finałowa – bardzo słaba, coś co powinno stanowić najmocniejszy punkt filmu, okazał się być najsłabszym momentem. Zgadzam się, że Depp wypadł najlepiej z całej obsady. I cieszę się, że Burton w dużej mierze zachował grę słów, która jest tak bardzo charakterystyczna dla stylu Carrolla, gdyby tego zabrakło, to z pewnością nie pozostawiłabym na Burtonie suchej nitki. A i bardzo słaby trójwymiar, który stanowił tu zbędny bajer, niszcząc przekaz sam w sobie. Pozdrawiam =)

    • Kacper o filmach 12:18 on 5 Lipiec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Jednym slowem mowisz ze skomercjalizowane? Sam jeszcze nie ogladalem, dopoki nie weszlo do kin to bardzo chcialem…

      Imaginarium dr Pernassusa tez nie jest zbyt Gilliamowskie, a raczej to kolejny film przygodowy z Deppem (lub bez Deppa)

      pozdrawiam

      • szymalan 14:53 on 5 Lipiec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        w pewnym sensie tak, choć właściwie każdy film Burtona był komercyjny (ale to zasługa faktu, że samego jego nazwisko świetnie przyciągało sporą publiczność do kin). Tyle tylko, że akurat w przypadku “Alicji” mamy po raz kolejny Burtona idącego na kompromisy, a nie kreaującego autorskie dzieło. Szkoda.
        Zgadzam się również co do Parnassusa.
        pozdrawiam :)

    • Zielkq 17:23 on 5 Lipiec 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      A ja będę inny – pomimo licznych wad, które dostrzega się zaraz po seansie, film przypadł mi do gustu właśnie za sprawą tego, że odbiega od tradycyjnej interpretacji “Alicji (…)”.
      Zgoda, nudne i przydługie sceny – są, 3D – nie wiem po co, ale jakieś jest (jakoś nigdy się chyba na takie wersje filmu nie przestawię i nie będę ich odbierał pozytywnie…), że wiele motywów już było – racja, ale i tak film jako całokształt jest dobrym pomysłem na spędzenie czasu, jeżeli nie mamy pod ręką nic ciekawszego. Po “Gnijącej Pannie Młodej” można było oczywiście wymagać czegoś w tym klimacie i utrzymanego w podobnej konwencji, jednak i tutaj moim zdaniem nie jest tak tragicznie – zawsze może być gorzej ;-)
      No i jeszcze jedno: “Królowa Biała” – tu miałem jednoznaczne skojarzenia z “Narnią”…

    • Kacper o filmach 10:00 on 31 Październik 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Ja jestem świeżo po seansie. Ten film jest do niczego jak na Burtona. Chciałem zobaczyć coś mrocznego odbiegającego od standardu. A dostałem piękny wizualnie beznadziejny film.

c
compose new post
j
następny post/następny komentarz
k
poprzedni post/poprzedni komentarz
r
reply
e
edytuj
o
Wykaz /brak wykazu uwag
t
go to top
l
zaloguj się
h
show/hide help
shift + esc
cancel
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.