Untraceable/Nieuchwytny.

Co raz bardziej zauważa się, że mass mediowy odbiorca ma nazbyt wielkie wymagania co do rodzaju rozrywki. Przyzwyczajamy się do oglądania problemów innych, rozpruwania czyjejś prywatności, śmierci innych - i to przyciąga naszą uwagę. Dlaczego? Bo napełnia do syta naszą ciekawość. Najbardziej przerażająca jest ostatnia opcja, która niebezpiecznie zdaje się zmierzać w stronę niezdrowej rozrywki. Oglądanie śmierci było niegdyś normą; w szczególności za czasów  istnienia kompleksu widowiskowego w Rzymie, jakim jest koloseum. Wtedy ludzi rajcowały masowe gwałty, czy normalne jak na ich czasy walki gladiatorów, zwykłych niewolników, które w większości przypadków kończyło się zgonami… i to bawiło wtedy publiczność. Teraz zdaje się, że koło historyczne zaczyna nawracać.

“Faces of death”, to seria filmów w latach ‘90-tych, która jest kompilacją próbek śmierci czy to człowieka, czy zwierząt w sposób najbardziej wysublimowany. Niektórych to odpycha - najgorsze - niektórych to bawi, ale wtedy było to w minimalnym stopniu dostępne. Dziś takich kompilacji mamy od groma na serwisach internetowych… Człowiek jest spragniony oglądania śmierci drugiego człowieka.

Nieuchwytny zdaje się również o tym mówić. Pokrótce o filmie: w wydziale ds. przestępczości internetowej, pracoholiczka Jennifer Marsh (Diane Lane) prowadzi dochodzenie na temat uśmiercania “na żywo” ludzi przez zwykłą stronę internetową. Perfidny morderca uzależnia szybkość zbliżania się do śmierci swoich ofiar przez liczbę użytkowników.

Ten film miał potencjał. Naprawdę. Dzięki trafnemu pomysłowi, dzięki niecodziennej reklamie, która jest dźwignią handlu - wzbudził moje zainteresowanie. Jeśli chodzi o reklamę, to zastosowano istnienie strony www.zabijzemna.com, na której widniała postać mężczyzny, który krwawił. Poza niby relacją “na żywo”, aktualnym stanem godziny, dalsza kolej rzeczy była zależna od wzrostu liczby użytkowników, którzy zniecierpliwieni zostawiali swoje komentarze… gro opinii było pokroju: “zabić skurwysyna!”, “dobić go!”…

Mamy jasny przykład zahaczenia o wynaturzone podejście do internetu. Niestety film jest tak cienki jak dupa węża. Spłycony do granic możliwości. Na dodatek wymoczony w kąpieli razem z “Piłą”, z tym że mamy tu taki gniot, że szkoda tracić swojego cennego czasu. Film od samego początku dłuży się niemiłosiernie. Nieprzyjemnie czeka się na dalsze losy historii Pani komisarz. Wielu rzeczy można się domyśleć, wiele rzeczy jest stworzonych na zasadzie naiwności i czystym infantylnym podejściem. Jeśli mówimy o społecznej moralności, która gdzieś jest wytarta, to jest to pole do popisu. Jest to ciężki i toporny temat, ale nie do pokazania przez takie g… jak “Nieuchwytny”. Nic tam nie zasługuje na uwagę, także z seansu jestem w ogóle niezadowolony. Liczyłem na coś więcej. Zwykły śmieć z Mc Donalda, który w ogóle nie jest wartościowy.

Ocena: 3/10

(pumex)

Oczy szeroko zamknięte

Oczy szeroko zamknięte ****

“Oczy szeroko zamknięte” Stanleya Kubricka to propozycja dla wytrwałych i odważnych. Ponad dwu i półgodzinny film nie ogląda się łatwo. Ale być może nie będziemy żałować, że go obejrzeliśmy. Jest to jeden z najbardziej kontrowersyjnych filmów wszech czasów. Śmiałość reżysera zaowocowały obrazem bardzo niedwuznacznym, który był często cenzurowany i zakazywany. Jednak warto- reżyser po raz kolejny zaprasza nas do świata swojego kina, tego samego świata, w którym żyjemy, a jednak po raz kolejny przedstawionego na swój, odmienny, oryginalny sposób.

Wysoko umiejscowione na drabinie społecznej małżeństwo Harfordów- dr. Bill i niegdyś zajmująca się sztuką Alice, udaje sie na kolejną imprezę organizowaną przez jednego z ich znajomych. Po niej żona wyznaje mężowi, że kiedyś zdradziła go z przystojnym oficerem. Po chwili ciszy doktor zostaje wezwany do jednego z swoich bogatych pacjentów. Kiedy wraca do domu, spotyka prostytutkę, której tylko zapłaci, ale do niczego z nią nie dojdzie. następnie uda się do klubu jazzowego, gdzie znajomy muzyk, zaoferuje mu imprezę dosyć niecodzienną. Wabiony pokusą zobaczenia niesamowitych  nagich, kobiecych ciał, bohater decyduje się pojechać do oddalonego od miasta zameczku, gdzie weźmie udział w balu maskowym, który okaże się niezwykłym rytuałem, przeradzającym się w zbiorową orgię seksualną.

To jest ostatni film Stanleya Kubricka. Oddany do wytwórni na cztery dni przed śmiercią reżysera. Od początku do końca, jak to jego każdy film, owiany ścisłą tajemnicą. I w sumie tak jest z jego filmami, najlepiej się ogląda jak nikt nam nie zespojleruje szczegółów. Otóż cały szkopuł fabularny polega na takim podwójnym oszukaniu widza. najpierw wydaje nam się, że oglądamy kolejną typową obyczajówkę. Potem, kiedy akcja przenosi się w sam środek groźnej masońskiej sekty wydaje nam się, że film do końca będzie szedł w zupełnie innym kierunku. Wreszcie okazuje się, że znów fabuła wraca do obyczajówki. Tylko po co to wszystko?

Reżyser po raz kolejny poeksperymentował. Zdaniem niektórych (a może i większości) widzów, tym razem przeszarżował. Mnie najbardziej przeszkadzało na siłe rozciąganie tego spektaklu, który śmiało mógł zmieścić się w dwóch godzinach. Bohaterowie dialogują ile wlezie, sceny balu ciągną się w nieskończoność, 160 minutowy film nie może się skończyć. Jednak mimo to, po raz kolejny Kubrick udowodnił, że ma wyobraźnię, która nie służy tylko do kreowania fascynujących obrazów, ale i do powiedzenia widzom czegoś znacznie głębszego.

Tym razem podjął się wyzwania opowiedzenia o ludzkich słabościach i pokusach. Podczas początkowej sceny przyjęcia jakiś straszy mężczyzna interesuje się Alice, a z kolei dwie młode modelki spędzają miło czas z Billem. Pokusa czai się wszędzie. Na wyciągnięcie ręki są miejsca (np. zwykła ulica w dużym mieście), gdzie można zrealizować swoje wszystkie fantazje.  Możemy nawet posunąć się tak daleko, że trafiamy w miejsca tak niebezpieczne dla nas, jak bohater filmu. Do tego, jak widzimy pokusy te dotykają również wysoko sytuowanych ludzi z elit.

Reżyser nie decyduje się ich oceniać. pokazywać, że to co robią, odsuwa ich od normy społeczeństwa, a zbliża do zdehumanizowania.  On chce tylko spróbować odpowiedzieć na pytanie: Co kieruje tymi ludźmi? Znudzenie życiem, które jest bezbarwne, jednostajne, bezpieczne i pozbawione grzechu? Może pieniądze, które otwierają wszystkie drzwi, co uwypukla reżyser niemal przez cały film ,kiedy bohater wyciąga na kolejne “atrakcje” coraz większe sumy gotówki?

Jesteśmy w stanie zamknąć oczy na małżonków, dzieci i wszystko inne co szanujemy, aby choć na chwilę poczuć nutkę szaleństwa, zdradzić swoją drugą połowę,  urealnić swoje chore sny i pragnienia. Czy jednak będziemy mieli potem odwagę otworzyć oczy i stawić czoła szokującej prawdzie o tym co zrobiliśmy? “Ja naprawdę cię kocham, i wiesz… musimy zrobić coś bardzo ważnego(…) pieprzyć się”. Ostatnie zdanie filmu wypowiedziane przez Alice sprawia wrażenie, jakby reżyser świadomie zaśmiał się widzom w twarz. Życiowy spektakl nakładania i zrzucania kolejnych masek ciągnie się w nieskończoność.

szymalan

Siedem

Siedem ****

Swego czasu David Fincher dostarczył mi sporo dobrej, czasem nawet ambitnej (”Zodiak”) rozrywki. Stąd cieszę się, że wreszcie miałem okazję przyjrzeć się filmowi, za który Fincher chwalony jest najbardziej.

“Siedem” to bardzo posępna, mroczna i senna historia, której bohaterami jest dwóch detektywów, Taylor (Brad Pitt) i Somerset (Morgan Freeman). Somerset jest o jedno, ostatnie zadanie przed emeryturą i już czuć jego zmęczenie pracą. Taylor to młody, energiczny detektyw, który nie chce robić za chłopca na posyłki. Obaj dostają wyjątkowo trudna i niewdzięczną sprawę: seria morderstw, których dokonuje człowiek, którego na podstawie barku dowodów nie można w ogóle zidentyfikować, co gorsza wydaje się,że mordercą jest szaleniec, który nie zabija w celach rabunkowych. Przez siedem dni zabija siedem ofiar, każdej piętnując jeden z siedmiu grzechów głównych.

O tym jak wpłynął ten film na popkulturę, świadczy chociażby cała seria “Pił”,  w których również sadysta próbował nawrócić nie wartych własnego życia,ludzi. Rodzi się pytanie: Czy w ogóle jest moralne , pokazywanie czegoś takiego? Przez przemoc do świadomości? Cóż…na szczęście Fincher wie, jak zachować umiar. Pokazywanie przemocy ogranicza do minimum. O samych jej aktach zresztą się tylko mówi, pokazuje się tylko już ofiary po skończonych torturach. Jak to zwykło u tego reżysera, w świat wciąga niesamowity nastrój rozpadającego się , niczym śledztwo bohaterów, na kawałki świata. Bo w istocie tu nie o złapanie mordercy, jak w typowym kryminale, chodzi. Tu zabawa toczy się wokół rzeczywistości Taylora i Somerseta, która powoli się rozlatuje. Im się wydaje, że tylko zakończenie tej sprawy (już obojętnie z jakim skutkiem) złoży ich świat na nowo.

Gdzieś w środkowej partii film robi się za bardzo bezbarwny i nużący, jednak na pół godziny przed zakończeniem scenarzysta serwuje nam taki zwrot akcji, że oglądamy już do samego końca na skraju fotela.

Wolę jednak, mimo kultu jakim darzony jest “Siedem”, film Finchera “Zodiak”, który mówi to samo, ale w o wiele ciekawszy sposób.

szymalan

Psychoza

Psychoza ******

Mistrz rządzi. Od czasu, jak nakręcił “Psychozę” w 1960 roku, nikt mu nie podskoczył, mimo wielu śmiałych prób. Z pewnością mogę nazwać “Psychozę” najlepszym thrillerem, jaki kiedykolwiek oglądałem. Wszyscy znają słynna scenę pod prysznicem, która przeszła do historii kina. To właśnie z Psychozy wyszły tak sztandarowe motywy gatunku, jak dom na odludziu, tajemniczy morderca, policjant\detektyw, który w pojedynkę wybiera się na miejsce przypuszczalnej zbrodni, co kończy się dla niego bardzo ponuro. Obejrzenie tego filmu splata nam w spójną całość wszystko to, co gatunek thrillera nam na razie zaoferował.

Główną bohaterką tej mrocznej historii jest Marion Crane (Janes Leigh), która podróżuje samochodem z bardzo dużą ilością gotówki (nie wyjaśnię tego wątku, bo zajęło by to zbyt dużo miejsca). Myśli, że ściga ją miejscowy policjant, więc postanawia spędzić noc w pobliskim motelu. Tam dochodzi do makabrycznej zbrodni, kiedy bierze prysznic. Zostaje zamordowana przez właściciela motelu. Jej siostra, chłopak i wynajęty prywatny detektyw, próbują rozwikłać zagadkę jej śmierci. Nikt nie wiedział wcześniej, że w ogóle wyruszyła w podróż.

Hitchcock to arcymistrz suspensu. Kiedyś tłumaczył komuś jak on nakręcił by film o graczach pokera, pod stołem których jest bomba, a jak zrobiłby to przeciętny reżyser. Nie przytoczę całej tej rozmowy, ale z niej wynikało, że Hitchcock był człowiekiem, który rozumie ludzki umysł, jak mało który filmowiec. On dokładnie wie, jak ustawiać aktorów i kamery, jak montować sceny, aby widz przypadkiem nie oderwał wzroku od ekranu. Do połowy “Psychozy” wzrasta w nas napięcie. Potem mamy “trzęsienie ziemi” i znów napięcie rośnie powoli do samego końca.

Hitchcock bawi się każdym kadrem filmu, który jest dopieszczony w każdym detalu. Jest z jednym z nielicznych reżyserów w historii, który potrafi oszukać widza. Wmówić mu coś, a potem się tego bezczelnie wyprzeć. A w finale pokazać, że to jednak on miał rację od początku. I być może o tym ten film jest: o tym, że nie wszystko jest takie, jakim się wydaje.Bo gliniarz z groźną twarzą może okazać się przyjacielem, a przyjacielski właściciel motelu psychopatycznym mordercą. Doczekaliśmy się “Psychozy 2″ i “Psychozy III” oraz remaku pt. “Psychol”. Żaden nie dorównał nieśmiertelnemu arcydziełu.

szymalan

Pojedynek

Pojedynek *****

Polska to naprawdę bardzo dziwny kraj. Na ekrany kin u nas trafiają takie arcydzieła Zachodu jak “Boogeyman”, czy “John Rambo”, podczas gdy ich miejsce jest na supermarketowej półce w zakurzonym pudełku przecenionego DVD. A niełatwo śledzi się rynek DVD, skoro nie ma serwisów, czy gazet które informują o dacie każdej premiery na bieżąco plus opinie fachowych recenzentów. Wtedy mogłoby się okazać, że raz na jakiś czas przegapiamy film, który z bardzo niezrozumiałych powodów nie trafił na duży ekran dzięki uprzejmości dystrybutora. To, że “Pojedynek” musimy oglądać w domu -zamiast wycieczki do kina, wycieczka do wypożyczalni- to wstyd.

“Pojedynek” w reżyserii Kenetha Branagha jest filmową adaptacją sztuki Anthony’ego Shaffera pt.  “Detektyw”. Jej premiera odbyła sie w 1970 roku w londyńskim St. Martin Theatr, gdzie spektakl grano potem przez wiele lat. Zachwycił publiczność i krytykę, która przypieła mu łatkę arcydziełs, najgenialniejszej gry kryminalnej wszechczasów. w 1972 roku powstał film Josepha L. Mankiewicza z Laurence’m Olivierem i młodym Michaelem Cain’em. I znów się udało. Teraz w 2007 roku mamy kolejny film i kolejny zachwyt (rozpoczęty na weneckim filmowym festiwalu).

Określanie tego jako arcydzieło jest dośc przesadne, choćby dlatego, że arcydzieło to coś raczej przełomowego, a najnowsza wersja “Pojedynku” to dla kogoś, kto nie zna oryginału, tylko o wiele bardziej wyrafinowana wersja “Pułapki”, a szczególnie “Interview” Steve’a Buscemi. Nie jest to też film, który pozostaje wpamięci nie wiadomo jak długo, że pamiętamy go jak coś niesamowitego. Przyjemność tego filmu odczuwamy tylko podczas samego oglądania. I tylko oglądania jeden, pierwszy raz, bez znania fabuły w szcegółach.

Dlatego też cokolwiek napiszę na temat akcji będzie grzechem spojlerowania. Powiem tylko tyle: mamy dwóch bohaterów (znów Cain i Jude Law w tych rolach). I wszystko rozgrywa się w domu jednego z nich. Dojdzie do intrygującej gry- gry o kobietę, żonę jednego z nich.

Ta psychodrama daje bohaterom jedną zasadę: żadnych zasad. Kto pierwszy kogo wycwani, kto pierwszy kogo poniży, upokorzy, czy nawet pociągnie za spust- wygra. My jesteśmy niczym widz w teatrze. Kino dało tylko wzmocnienie efektu ciasności, klimatu osaczenia. braku niehonorowej możliwości ucieczki. Takie rzeczy nie są brane pod uwagę. Bo tu chodzi nie o tandetne kino akcji, czy sensacyjne. Nie chodzi o rzeźnię  znienacka a la “Piła”. Tu chodzi o grę w udawanie. I wygrywa ten, kto lepiej udaje lub ten, kto lepiej udaje, że udaje.

Znakomicie rozegrany i zagrany, z klimatem i roznącym słownym napięciem to kwintesencja kina. Niby nic szczególnego- ot kameralny thriller dla dwóch aktorów, trwający 85 minut. Jednak ponieważ każdy z nich jest gotowy posunąć się naprawdę bardzo daleko i ciężko do końca roztrzygnąć komu współczuć bardziej- ostatecznie pojedynek ten ogląda się bez znużenia i patrzenia na zegarek. Z pewnością film lepiej oglądałoby sie na scenie, ale to lepiej, że kino dziś imituje teatr a nie odwrotnie.

szymalan

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj

*****

Dobra, powiem od razu: ten film nie zasługuje na piątkę obiektywnie. Na mocną czwórkę owszem. Ale ja nie potrafię mu postawić tylu gwiazdek, ja nie mogłem sie od niego oderwać. Dla mnie to jedna z najciekawszych premier mijającego półrocza.

Fabuła jest muszę przyznać dość dziwna. Dwóch niemalże zawodowych killerów na zlecenie (Colin Farrell, Brendan Gleeson) , po dość wyczerpującej “robocie” mają jechać na przymusowe wakacje do belgijskiej Brugii, gdzie mają czekać na telefon od szefa (Ralph Fiennes), dodajmy miłośnika tego miasta. Obydwoje nie potrafią sobie znaleźć zajęcia(mimo mnogości miejsc do zwiedzania), turyści z nich żałośni, jednak udaje się im być może dzięki temu nawiązać nić przyjaźni. Kłopot zaczyna się w momencie, kiedy w końcu dzwoni szef- jeden z nich musi zabić drugiego. A czemu? Do ten drugi przy swoim pierwszym zadaniu popełnił błąd niewybaczalny- zabił niewinnego chłopca. Przez przypadek. I musi za to zapłacić swoim własnym życiem- właśnie w Brugii, gdzie ma się cieszyć ostatnimi chwilami wśród średniowiecznych budynków i uliczek. Tam, gdzie odzywa się dopiero jego sumienie. I właśnie ma zostać zabity przez chyba najbliższego mu tam człowieka.

Szybko głównymi antagonistami tej komediowo-kryminalno-dramatycznej historyjki zostają szef i wykonawca zlecenia (Gleeson), co jest zresztą bardzo dziwne: z nie mogących się porozumieć mimo wszystko dobrych kumpli, robi przyjaciół, a przyjaciół robi wrogów. Żaden z nich tak naprawdę nie chce tu zabić, nawet nie chce (choć wydaje się, że bardzo chce, udaje tak) ten młody , grany przez Farrella chłopak. Nikt tu nie chce bez przyczyny pociągać za spust. Do samego końca wszyscy sprawiają wrażenie aktorów grecko-szekspirowskiego dramatu, który musi zostać perfekcyjnie rozegrany do ostatniej sceny ostatniego aktu. I tak się dzieje, jakby postacie tego filmu dokładnie wiedziały co zrobić, aby dramat został rozegrany jak trzeba. Czy nie może irytować? Taka zegarmistrzowska precyzja- wręcz wystudiowanie całego filmu? Mistrzowsko jest też film zagrany- wszyscy jak jeden mąż, grają role tak światowej klasy, że aż po seansie prosi się o oklaski i to głośnie ,i długie. Farrell to rola można by rzecz Oscarowa- on nie musi zbyt dużo mówić, aby pokazać paletę emocji na swojej twarzy. Rozbawić, przerazić, wzruszyć widza- on nie gra, on jest daną postacią, jest fenomenalny od pierwszej do ostatniej sekundy. Po za tym świetny Gleeson, agent od zadań specjalnych na drugim planie zwykle, tutaj z gracją sekunduje Farrellowi- gra człowieka zmęczonego życiem, pogodzonego ze światem, ale wciąż chcącego coś dla niego zrobić dobrego, mimo zła jakiego się w przeszłości dopuszczał. No i wreszcie wielki Ralph, urodzony czarny charakter, zresztą kto widział “Harrego Pottera”, czy “Listę Schindlera” wie jak on potrafi zagrać bad guya. Jak dla mnie tych trzech mogło by przez dwie godziny grać w karty i opowiadać anegdoty, a już bym się bawił setnie na takim filmie.

Najbardziej mnie cieszy robota reżysera, który nieco zakpił i wywyższył się ponad gatunek, w jakim zrobił swój film- głupawą komedyję o dwóch nieudacznikach (trzech?), którzy robią z siebie połtoragodzinne pośmiewisko. O, nie. Tu wyszło zabawnie, ale z klasą, do tego mrocznie. No i kto ma ochotę może się do tego doszukiwać moralnego przesłania.

szymalan

Jestem Legendą

****

Jeżeli tylko do dziwadełka jakim jest “Jestem Legendą” będziemy mieć odpowiednią cierpliwość i wyrozumiałość, to może okazać się to całkiem przyzwoitym hollywoodzkim thrillerem.

Akcja filmu rozgrywa się w roku 2012 (!), kiedy świat został zdewastowany przez niszczycielską siłę wirusa, który pierwotnie miał być po prostu rewolucyjnym lekarstwem na raka. Trzy lata później 90% ludzkiej populacji na Ziemi już nie dawno nie ma, zostało 10%, w tym 1% ludzi niezarażonych. Pozostałe dziewięć to biegające zmutowane ni to-wampiry, ni to-zombie, które szukają na opustoszałych ulicach pożywienia. Mogą polować jedynie w nocy, bo światło im szkodzi na zdrowie.

Bohaterem filmu jest Robert Neville, naukowiec, który znalazł się w tym jednym procencie ludzi, którzy żyją i są zdrowi. Jednak mieszka sam całkowicie, no może z psem, ale co to za towarzystwo? Jego życie składa się obecnie z powtarzających się dzień w dzień rytuałów w stylu śniadania, odwiedzenia wypożyczalni video, polowania na zwierzęta, które pałętają się po Nowym Yorku etc. Ciągle prowadzi badania i wierzy, że jego misją jest opracowanie lekarstwa na wirusa.

Świąteczny blockbuster, który nie za bardzo posiada jakiekolwiek cechy filmowych hitów box-office, poza rozmachem realizacji (choć i tak nie jakimś powalającym znowu) i chwilami bardzo udanymi efektami komputerowymi. Gwiazd prawie wcale- poza jedną, najważniejszą czyli Willem Smithem, który od razu napiszę, jest absolutnie przekonujący w tej roli, czepiać się go nie można. Mimo że wyzwanie nie małe: wziąć cały dramatyzm filmu na swoje barki, w ogóle cały film- to istny monodram Willa Smitha! Muzyka raczej oszczędna, akcja niespieszna (dlatego piszę, że trzeba do filmu cierpliwości), sceny akcji dosyć powściągliwe i realizowane tylko wtedy, kiedy jest to absolutnie koniecznie, bo np. robi się nudno. Gatunkowo to pasuje tu określenie thriller- bo chwilami film trzyma w napięciu, są sceny typowe dla kina grozy. W takim układzie jak na thriller, rozmach to kosmiczny, ale już na katastroficzny czy post apokaliptyczny- to szkoda, że wszystko ogranicza się do jednej postaci w jednym mieście (oczywiście NY). Stąd wiele tu różnych udziwnień i niedopowiedzeń formalnych, dlatego film budzi skrajne emocje. Trudno wyciągać jakieś konkretne wnioski natury egzystencjalnej z “Jestem Legendą”, czy czekać na jakieś brawurowe zakończenie. Nie za bardzo wiadomo co zresztą będzie dalej, bo cała ta historia gdzieś w finale zawiesza się w powietrzu i co będzie ze światem nie wiemy. Pewnie powstanie jakiś sequel i mnie to nie przeszkadza akurat.

Z pewnością jak na blockbuster mało tu rozrywki, prawie wcale (przede wszystkim głównie zachwycanie się scenerią, choćby dla wizji NY po apokalipsie warto film obejrzeć) humory czy scen pościgów i strzelanin. Całość toczy się swoim tempem, ma swój klimat, a nawet wzbudza do pewnych przemyśleń dosyć odruchowo: co do całego dorobku kultury ludzkości, kiedy Will Smith recytuje teksty ze “Shreka” czy mówi Bobie Marleyu. Albo kiedy jego wiara w Boga lega w gruzach na dobre, a sam staje się on niemal nowym mesjaszem. Jest to z pewnością ciekawsza propozycja niż tuzin podobnych filmów w stylu “28 tygodni później” czy “Inwazji”. Przynajmniej mamy zero krwawej jatki dla samego patrzenia, za to sporo emocji, których nie czujemy podczas oglądania podobnych hollywoodzkich hitów sezonowych.

szymalan, któremu się już chce spać