12 gniewnych ludzi *****
Nie sztuką jest w kinie wymyślanie nie wiadomo czego, gmatwanie opowieści, udziwnianie na wszystkie sposoby formy, lecz pomysły proste i chwytliwe, trafiające w podskórne oczekiwania widzów. Na takim prostym scenariuszowym założeniu jest oparty obraz “12 gniewnych ludzi” -arcydzieło drugiej połowy lat 50-tych, największa psychodrama wszech czasów Hollywood.
Dramaty sądowe mają to do siebie, że po przedstawieniu racji obu stron i wysłuchaniu świadków, wyrok słyszymy niemal od razu. Ominięty zostaje oczywiście żmudny etap debatowania ławy przysięgłych- gdzieś poza kulisami bez kamer i publiczności. Tylko 12 ludzi, którzy roztrząsają całą sprawę podług siebie, aby ostatecznie zadecydować o losie oskarżonego.
Film Sidneya Lumeta zaczyna się więc w momencie, w którym sędzia zarządza przerwę na sali sądowej na naradę ławy, a kończy się kiedy jej członkowie wychodzą z budynku sadu. Fabuła wypełnia więc tylko i wyłącznie posiedzenie “dwunastu gniewnych ludzi” w małym zamkniętym od zewnątrz pomieszczeniu. Sprawa dotyczy morderstwa. Osiemnastolatek pochodzenia hiszpańskiego mieszkający w slumsach: zabił swojego ojca, który go od dziecka maltretował, czy nie zabił?
Film mógłby oczywiście wyglądać tak jak zwykle: wielka sala w sądzie, wszystko niczym celebrowanie, wstawanie, wezwania do zeznań etc. dało by się, oczywiście. Historia byłaby taka sama, wszystkie fakty byśmy poznali. Twórcy jednak zdecydowali się przenieść całość gdzie indziej i tylko z udziałem 12 ludzi. Wydawałoby się, że przy takim minimalizmie film ugrzęźnie na mieliźnie własnego pomysłu: że będzie cholernie nudny i wyczerpujący.
Nic bardziej mylnego. Sprowadzając akcję do dialogowania między sobą dwunastu postaci, na co dzień nie mających nic wspólnego z sądem- scenarzysta zafundował nam świetną psychologiczną grę, która przez swoje ograniczenia przestrzenne nabiera większego napięcia i emocji.Początkowo wszyscy wydają się pewni: winny. Jednak nikt nie argumentuje, większość myśli o tym, że szybko sprawę załatwić i wrócić do domu. Za oknem upał, zbiera się na burzę, a wieczorem mecz.
Problem pojawia się po pierwszym głosowaniu. Jedna osoba mówi “niewinny” i się jazda zaczyna. Aby ława miała dojść do porozumienia, w takiej sprawie wszyscy muszą być zgodni. Toteż ponieważ każdy ma prawo do własnej opinii, czy im się podoba czy nie, muszą wysłuchać racji wyłamującego się przysięgłego. W sprawie tej kilka faktów wydaje się tak niepodważalnych, iż nie warto w ogóle się nad nimi zastanawiać. Tak też wszyscy rozumują. Wszystko było już na sali powiedziane i teraz tylko wlepić kartkę “winny” i na krzesło z nim. A jednak przysięgły , który wyszedł z szeregu uważa, że są pewne szczegóły , który przeoczyć nie wolno.
Powoli zaczyna przekonywać resztę. Sens filmu nie polega na takim łopatologicznym przejściu kolejnych ‘gniewnych” z jednej strony na drugą. Najpierw wszyscy niemalże ulegli własnemu i społecznemu konformizmowi: a po co być innym- odludkiem, a bo czas na mecz, a bo po co my tu siedzimy itd. Jednak ich przemiana nie polega na tym iż nagle następuje błysk i stwierdzają “on jest niewinny bezapelacyjnie”. Problem na jaki zwraca “przywódca buntowników” jest pytaniem tego rodzaju: Czy my aby na pewno mamy pewność, że nie ma żadnych wątpliwości co do winy chłopaka?
Widzicie?- nie chodzi o stwierdzanie oczywistych spraw, ale chodzi o możliwe wątpliwości. W końcu nie o byle co sprawa się toczy: chłopaka czeka w najgorszym wypadku krzesło elektryczne. Pierwszą rzeczą, jaką słyszymy od bohatera nie jest: on jest niewinny i fuck off. Tylko: decydujemy o ludzkim życiu! Chcecie to załatwić w 5 minut?
Film ukazuje nam jak demokratyczne społeczeństwo mające tak wielką władzę nad jednostką może być kompletnie niezdolne do dyskusji – do popierania swoich sądów logiczną argumentacją. Jak kieruje się własnym egoizmem, konformizmem, czy nawet lenistwem. Popatrzcie: to tacy jesteśmy my, takie jest społeczeństwo! Nikt nigdy nie wie co się dzieje na tajnym posiedzeniu ławy przysięgłych. Przerażające jest jakie instynkty kierują ludzkim umysłem, kompletnie nieświadomym własnej odpowiedzialności. Wydaje się , że wychodzimy z filmu wzbogaceni nie tylko jako widz, ale i jako człowiek: wrażliwszy, bardziej cierpliwy , mądrzejszy.
Film to kultowy, perfekcyjny, stary ale jary można by rzec. O aktorstwie to nawet żal wspominać, czy o zdjęciach- wszystko jest tu wybitne.
szymalan
ly. 20:59 on 19 październik 2009 Bezpośredni odnośnik |
przynajmniej TA piosenka wymiata
szymalan 21:12 on 19 październik 2009 Bezpośredni odnośnik |
zgadza się, TA tak ;)
Lola King 16:49 on 20 październik 2009 Bezpośredni odnośnik |
Ja też po Wrogach publicznych spodziewałam się czegoś więcej. Christian Bale wypadł marnie, bo jego rola została do granic normy okrojona. A więc nie ma się co dziwić. No i zgadzam się z tym co działo się pod koniec filmu, scena w komisariacie jest mistrzowska, a śmierć Dellingera wywołuje takie emocje, jakich brakowało przez ponad 2 godziny filmu. Z biografią to chyba jednak nie ma nic wspólnego. Pozdrawiam :]
pawcio 14:36 on 21 październik 2009 Bezpośredni odnośnik |
Ej, a gdzie zdanie o tym jak wypadła Marion Cotillard?! :P Liczyłem, że napiszesz że zagała cudownie, ratuje film, dla niej te 3 gwiazdki, a tu nic :P Ale na poważnie, właśnie ona i wspomniany przez Ciebie Depp sprawiają, że choćbym nie wiem co przeczytał obejrzę ten film w tym roku.
Pozdrawiam,
pawcio
szymalan 19:18 on 21 październik 2009 Bezpośredni odnośnik |
mało jej tam , oj mało. A szkoda, bo jak sie pojawia, film nabiera koloru właśnie. No, masz zdanie :D
pozdr. ;)
Agniecha 17:27 on 22 październik 2009 Bezpośredni odnośnik |
a ja i tak obejrzę. muszę go tylko zdobyć bo coś ciężko z jego dystrybucją ;P