Posts Mentioning RSS Toggle Comment Threads | Klawiaturowe skróty

  • szymalan 18:50 on 19 October 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz |  

    Wrogowie publiczni ***

    Clipboard01

    Michael Mann ma swoją renomę, oddanych fanów i dotychczas naprawdę świetną prasę. Niestety nadszedł moment, kiedy reżyser uwielbianej “Gorączki” popełnił film nieudany. Jego “Wrogowie Publiczni” są bodaj największym hollywoodzkim rozczarowaniem wakacyjnego sezonu na blouckbustery 2009 roku. Są tu przebłyski wielkiego kina, ale co nam po nich, skoro tego lata mieliśmy pełniejsze, bardziej wyraziste i bardziej wciągające produkcje? (Więcej…)

     
    • ly. 20:59 on 19 październik 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      przynajmniej TA piosenka wymiata

    • Lola King 16:49 on 20 październik 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Ja też po Wrogach publicznych spodziewałam się czegoś więcej. Christian Bale wypadł marnie, bo jego rola została do granic normy okrojona. A więc nie ma się co dziwić. No i zgadzam się z tym co działo się pod koniec filmu, scena w komisariacie jest mistrzowska, a śmierć Dellingera wywołuje takie emocje, jakich brakowało przez ponad 2 godziny filmu. Z biografią to chyba jednak nie ma nic wspólnego. Pozdrawiam :]

    • pawcio 14:36 on 21 październik 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Ej, a gdzie zdanie o tym jak wypadła Marion Cotillard?! :P Liczyłem, że napiszesz że zagała cudownie, ratuje film, dla niej te 3 gwiazdki, a tu nic :P Ale na poważnie, właśnie ona i wspomniany przez Ciebie Depp sprawiają, że choćbym nie wiem co przeczytał obejrzę ten film w tym roku.
      Pozdrawiam,
      pawcio

    • Agniecha 17:27 on 22 październik 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      a ja i tak obejrzę. muszę go tylko zdobyć bo coś ciężko z jego dystrybucją ;P

  • szymalan 18:46 on 8 September 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz |  

    Stan gry ****

    Clipboard02

    Znakomity dokumentalista Kevin McDonald coraz lepiej radzi sobie z filmami fabularnymi. Najpierw interesująca biografia Idiego Amina, przywódcy Ugandy w obrazie “Ostatni Król Szkocji”, a teraz film jeszcze lepszy- rozrywkowy thriller “Stan Gry”, w którym scenariusz pozornie składa się ze starych hollywoodzkich tricków i zagrywek. W istocie warto jednak naciągnąć ocenę w tym wypadku- dawno 2-godzinny seans tak mnie nie pochłonął. (Więcej…)

     
    • Lola King 20:41 on 8 wrzesień 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Właśnie przymierzam się do obejrzenia tego filmu i dobrze, że wspomniałeś o tym, że fabuła jest zagmatwana i trzeba wysilić szare komórki, dzięki temu wybiorę sobie odpowiednią porę do jego obejrzenia. Tylko te ponad 2 godziny mnie trochę przerażają ;] Pozdrawiam ;]

    • menetheris 13:29 on 9 wrzesień 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Porządne kino w stylu retro, ale nie uważam tego za jakąś rewelację. Mimo wszystko oczywiście zobaczyć warto, na odtrutkę chociażby.

    • pawcio 13:03 on 13 wrzesień 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Filmu nie widziałem, ale przez nasze kina przeszedł (przechodzi?) chyba dość niezawuażony. Bo tytuł kojarzę, ale za choinkę nie mogę go przypasować do jakiejkolwiek recenzji, czy oceny :P Nawet po przeczytaniu Twojej recenzji mam wrażenie że pierwsze o nim słyszę :/ Chyba muszę nadrobić braki, bo te się ostatnio nawarstwiają w moim byciu na bieżąco w filmach ;)
      Pozdrawiam,
      pawcio

  • szymalan 23:37 on 30 June 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz |  

    Szybko i wściekle *

    Clipboard01

    Postacie z pierwszej części, Letty , Dominic Toretto oraz Mia Toretto powracają wraz z bohaterem dwóch części z całej serii – Brian O’Conner , który wychodzi z więzienia, aby pomóc federalnym schwytać importera heroiny – Braga. Dominic i Brian, dzięki informatorowi, przedostają się do grupy dealera i próbują złapać swojego przeciwnika. (Więcej…)

     
    • sUawek 00:29 on 1 lipiec 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      rzalibul. Coś, czym jaraja się ‘dresowie’ :D I chyba tylko dla nich ten film jest przeznaczony.

    • pawcio 11:01 on 1 lipiec 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Oj, to się nazywa krótko, ale treściwie ;) Dostało się biednemu filmowi. Ale mimo wszystko chcę ‘Szybko i wściekle’ obejrzeć, bo tą serię jakąś tam sympatią darzę. Taki odmóżdżacz ;)
      pzdr,
      p.

    • Andrzej 13:32 on 1 lipiec 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      4 film z tej serii bez specjalnej fabuły ciężko będzie oglądać :)

  • szymalan 11:35 on 1 June 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz |  

    Killer-ów 2-óch ******

    Clipboard02

    Film jest bezpośrednią kontynuacją kasowej komedii Juliusza Machulskiego “Killer” z 1997 roku (to naprawdę już 12 lat!?) -dodam, kontunuacją udaną i to w równym, jak nie w większym stopniu niż poprzednik. Taki film historii kina zmienić nie ma szans, arcydziełem być nie może, ale dać dwie godziny kompletnie odejchanej i zabawnej do utraty przytomności rozrywki udzielić potrafi- niczego właściwie w zamian nie oczekując. (Więcej…)

     
    • Huge 12:11 on 1 czerwiec 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Naprawdę dobry film(podobnie jak recenzja).
      Czytając ten fragment o tym, że Polacy nie potrafią nakręcić dobrego hollywódzkiego filmu przypomniał mi się cytat z pierwszego ‘Killera’: “Pan Jerzy Kiler przekazał wszystkie pieniądze na produkcję filmową. Potem żałował…”

    • ly. 13:17 on 1 czerwiec 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Chwała Ci za tą reckę i za te 10 minut ;)

    • menetheris 16:02 on 1 czerwiec 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      To był czas, kiedy jeszcze Polacy potrafili robić komedie. Teraz nawet Machulski czasem zawodzi, ale i tak to chyba najlepszy nasz reżyser z tego gatunku. Obydwu “Kilerów” zaś bardzo lubię, i również wczoraj przypadkiem nieco obejrzałem, mimo iż już chyba z 20-sty, to dalej jest to dla mnie naprawdę kapitalna rozrywka.

    • marakeshpl 20:28 on 1 czerwiec 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Zabójcza komedia. Od tego czasu nie nakręcono równie dobrej komedii. Śmietanka aktorska pod postacią: Pazura, Kożuchowska, Figura, Englert, Rewiński. Mit o sequelach został obalony w tym przypadku.

      P.S Niezły dubler w 4:57

    • elan 11:09 on 2 czerwiec 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      ja żałuje, że już tyle lat, a jeszcze 3 części nie ma

  • szymalan 23:18 on 13 October 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz |  

    12 gniewnych ludzi *****

    Nie sztuką jest w kinie wymyślanie nie wiadomo czego, gmatwanie opowieści, udziwnianie na wszystkie sposoby formy, lecz pomysły proste i chwytliwe, trafiające w podskórne oczekiwania widzów. Na takim prostym scenariuszowym założeniu jest oparty obraz “12 gniewnych ludzi” -arcydzieło drugiej połowy lat 50-tych, największa psychodrama wszech czasów Hollywood.

    Dramaty sądowe mają to do siebie, że po przedstawieniu racji obu stron i wysłuchaniu świadków, wyrok słyszymy niemal od razu. Ominięty zostaje oczywiście żmudny etap debatowania ławy przysięgłych- gdzieś poza kulisami bez kamer i publiczności. Tylko 12 ludzi, którzy roztrząsają całą sprawę podług siebie, aby ostatecznie zadecydować o losie oskarżonego.

    Film Sidneya Lumeta zaczyna się więc w momencie, w którym sędzia zarządza przerwę na sali sądowej na naradę ławy, a kończy się kiedy jej członkowie wychodzą z budynku sadu. Fabuła wypełnia więc tylko i wyłącznie posiedzenie “dwunastu gniewnych ludzi” w małym zamkniętym od zewnątrz pomieszczeniu. Sprawa dotyczy morderstwa. Osiemnastolatek pochodzenia hiszpańskiego mieszkający w slumsach: zabił swojego ojca, który go od dziecka maltretował, czy nie zabił?

    Film mógłby oczywiście wyglądać tak jak zwykle: wielka sala w sądzie, wszystko niczym celebrowanie, wstawanie, wezwania do zeznań etc. dało by się, oczywiście. Historia byłaby taka sama, wszystkie fakty byśmy poznali. Twórcy jednak zdecydowali się przenieść całość gdzie indziej i tylko z udziałem 12 ludzi. Wydawałoby się, że przy takim minimalizmie film ugrzęźnie na mieliźnie własnego pomysłu: że będzie cholernie nudny i wyczerpujący.

    Nic bardziej mylnego. Sprowadzając akcję do dialogowania między sobą dwunastu postaci, na co dzień nie mających nic wspólnego z sądem- scenarzysta zafundował nam świetną psychologiczną grę, która przez swoje ograniczenia przestrzenne nabiera większego napięcia i emocji.Początkowo wszyscy wydają się pewni: winny. Jednak nikt nie argumentuje, większość myśli o tym, że szybko sprawę załatwić i wrócić do domu. Za oknem upał, zbiera się na burzę, a wieczorem mecz.

    Problem pojawia się po pierwszym głosowaniu. Jedna osoba mówi “niewinny” i się jazda zaczyna. Aby ława miała dojść do porozumienia, w takiej sprawie wszyscy muszą być zgodni. Toteż ponieważ każdy ma prawo do własnej opinii, czy im się podoba czy nie, muszą wysłuchać racji wyłamującego się przysięgłego. W sprawie tej kilka faktów wydaje się tak niepodważalnych, iż nie warto w ogóle się nad nimi zastanawiać. Tak też wszyscy rozumują. Wszystko było już na sali powiedziane i teraz tylko wlepić kartkę “winny” i na krzesło z nim. A jednak przysięgły , który wyszedł z szeregu uważa, że są pewne szczegóły , który przeoczyć nie wolno.

    Powoli zaczyna przekonywać resztę. Sens filmu nie polega na takim łopatologicznym przejściu kolejnych ‘gniewnych” z jednej strony na drugą. Najpierw wszyscy niemalże ulegli własnemu i społecznemu konformizmowi: a po co być innym- odludkiem, a bo czas na mecz, a bo po co my tu siedzimy itd. Jednak ich przemiana nie polega na tym iż nagle następuje błysk i stwierdzają “on jest niewinny bezapelacyjnie”. Problem na jaki zwraca “przywódca buntowników” jest pytaniem tego rodzaju: Czy my aby na pewno mamy pewność, że nie ma żadnych wątpliwości co do winy chłopaka?

    Widzicie?- nie chodzi o stwierdzanie oczywistych spraw, ale chodzi o możliwe wątpliwości. W końcu nie o byle co sprawa się toczy: chłopaka czeka w najgorszym wypadku krzesło elektryczne. Pierwszą rzeczą, jaką słyszymy od bohatera nie jest: on jest niewinny i fuck off. Tylko: decydujemy o ludzkim życiu! Chcecie to załatwić w 5 minut?

    Film ukazuje nam jak demokratyczne społeczeństwo mające tak wielką władzę nad jednostką może być kompletnie niezdolne do dyskusji – do popierania swoich sądów logiczną argumentacją. Jak kieruje się własnym egoizmem, konformizmem, czy nawet lenistwem. Popatrzcie: to tacy jesteśmy my, takie jest społeczeństwo! Nikt nigdy nie wie co się dzieje na tajnym posiedzeniu ławy przysięgłych. Przerażające jest jakie instynkty kierują ludzkim umysłem, kompletnie nieświadomym własnej odpowiedzialności. Wydaje się , że wychodzimy z filmu wzbogaceni nie tylko jako widz, ale i jako człowiek: wrażliwszy, bardziej cierpliwy , mądrzejszy.

    Film to kultowy, perfekcyjny, stary ale jary można by rzec. O aktorstwie to nawet żal wspominać, czy  o zdjęciach- wszystko jest tu wybitne.

    szymalan

     
    • ly. 11:12 on 15 październik 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Kolejna recenzja, po której czuję się usatysfakcjonowana :]
      Ale nie byłabym sobą, gdybym nie napomniała, iż “ława przysięgłych” przywołała do mej pamięci poranny sprawdzian z języka angielskiego. Explain: ‘jury’. It’s a group of people who take part in a trial and help the judge to give sentence xD

  • szymalan 22:00 on 11 August 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz |  

    Mroczny rycerz *****

    Christopher Nolan pokazał nam wszystkim teraz: to , co zaprezentował w “Batmanie Początku” było tylko ciszą przed burzą. “Mrocznym rycerzem” udowodnia wszem i wobec- “to ja tu rządzę”.

    W mieście, którego dotychczas strzegł od przestępczości Mroczny Rycerz, Gotham, pojawia się najgorsze jak dotąd możliwe zagrożenie. I to w momencie, kiedy Batman chce odejść na zasłużony urlop. Grozę rozpętuje niejaki Joker- facet bez imienia i nazwiska, szaleniec, któremu nie zależy na pieniądzach, czy ideach. Z dnia na dzień Gotham popada w anarchię, sytuację próbują ratować, nie tylko słynny superbohater, ale i detektyw Jim Gordon oraz prokurator okręgowy Harvery Dent.

    Wciąż ciężko mi uwierzyć w to, co zobaczyłem. Wydawało mi się, że w kinie o superbohaterach z komiksów nie można już powiedzieć nic ciekawego. Nic nowego. Nolan jednak wzniósł się ponad wszystkie “Supermany” i “Spidermany”. Wyniósł ów gatunek na zupełnie inny, bardziej filozoficzny poziom. Już nie liczy się, czy “kocha go, czy nie kocha, ale ją i tak potem uratuje od tego Złego, więc i tak kocha”. Już nie ma wyraźnie podzielonego świata na tych, którzy są dobrzy i tych, którzy są gorsi, a nawet bardzo źli. Już nie ma dobra, ani zła. Jest tylko zabawa, która nie wszystkich bawi tak samo.

    Gotham to już nie normalne miasto- to miejsce, które nie zna zasad, moralności. Mroczne i bardzo niebezpieczne. Przy tym pozbawione fantazyjnej wizji Gotham z filmów Tima Burtona. Tu liczy się realizm-realizm akcji, realizm przemocy. Już pierwsza scena zapowiada nam, że bierzemy udział w cynicznej grze, która z czasem coraz bardziej nas wciąga. Igra sobie Nolan z konwencją jak mu pasuje, to wstawi sceny jakby żywcem wyjęte z typowego hollywoodzkiego blouckbustera z tego gatunku (melodramatyczne umizgi Bruce’a Wayna wobec swojej byłej kobiety), to pokaże nam, że “mroczny rycerz” to de facto coś na kształt dramatu kryminalnego w stylu “Ojca Chrzestnego”.

    Ciężko dać wiarę, że w wakacyjnym hicie z USA za 200 baniek można poruszać tak głębokie tematy jak tutaj, ale jednak. “Mroczny rycerz” stawia inteligentnie , bez nachalnego łopatologizmu, pytania o naturę Zła. Joker w wykonaniu Heatha Ledgera to nie szef mafii, któremu zależy na kasie, czy sławie. Jokerowi zależy na ubawie, jaki ma z oglądania płonącego świata. Szokująca kreacja zmarłego aktora (godna Oscara) pokazuje nam (i tym nas pociąga) zło w najczystszej postaci. Bez biadolenia nad nieszczęśliwym dzieciństwem. On nawet nie jest automatem do zabijania. Bo zabawa u niego zaczyna się tam, gdzie zwykła się kończyć. Przed śmiercią. Ona sama, same pospolite napady są dla niego nudne. “To miasto zasłużyło na przestępcę z klasą. I ja mu go dam”.

    Ledger bawi się swoją postacią na tyle udanie, że owy fun udziela się widzom, którzy czują jak Joker kradnie film. Znakomicie porusza się po planie (pamiętacie jak wyciszona, niemal zawstydzona była jego rola w “Tajemnicy Brokebach Mountain”?), robi praktycznie z widzem co chce. Nieobliczalny, przerażający, groteskowy. Dodatkowo ktoś napisał mu kapitalne dialogi. Prowokujące do dyskusji: Jakie jest przeznaczenie każdego superbohatera? Czym byłby superbohater bez budguya? Po co ludziom superbohater i jaki powinien on jak już, być?

    Nie obyło się zatem też bez aluzji do 11 września i irackiej wojny- jak powstrzymać zło, które nie zna lęku? Nie zna zasad, honoru, litości?

    Wszystko to (a może i sporo więcej) w dwu i półgodzinnym widowisku z świetnymi dodatkowo rolami Aarona Eckharta, Gary’ego Oldmana i Michaela Caina (choć on nie ma dużo do grania, podobnie zresztą jak Morgan Freeman-obydwie małe, acz znaczące role), fantastyczna muzyką Hansa Zimmera i Jamesona Newtona Howarda. Do tego smakowite zdjęcia i sceny akcji. I choć przydała by mu się o wiele lepsza pointa (finał filmu to jak śmiech scenarzysty prosto widzowi w twarz) przy takim stężeniu wątków,to możemy mówić już dziś mówić o filmie, który powalił. “Mroczny rycerz” to kwintesencja kina. Prawie arcydzieło.

    szymalan

     
  • szymalan 22:38 on 4 July 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz |  

    21 ***

    Główny bohater-Ben (Jim Sturgess)- ma 21 lat (celowa zbieżność z tytułem filmu) i jest geniuszem z przedmiotów ścisłych, szczególnie z matematyki. Bardzo chce studiować medycynę na Harvardzie, ma 44 punkty z egzaminu na swój kierunek, średnią ponad 5,0 ale nie ma pieniędzy- potrzebnych na ten cel 300 000 dolarów. Jest szansa na stypendium, ale kolejka chętnych już jest dość długa. Cóż, u czy się chłopak dalej i liczy na łut szczęścia, trochę zarabiając na boku (ale jak można w sklepie zarobić na Harvard?). Na dziewczynę ze szkoły, która mu się podoba też spogląda jak na księżniczkę nie do zdobycia. Do czasu….

    …kiedy jego nauczyciel równań nieliniowych nie zaproponuje my weekendowych wypadów do Las Vegas, aby tam grać o dużą kasę (na studia oczywiście) w Black Jacka. Tym bardziej, że od lat nauczyciel organizuje nieoficjalne takie wyjazdy wraz ze stałą grupką jego uczniów, którzy mają wyćwiczony system dzięki któremu porozumiewają się tajnie na terenie kasyna. Jako prawdziwy geniusz, Ben ma dołączyć go drużyny jak tzw. Wielki Gracz, czy Złoty Gracz- whatever. I tak: co tydzień interesik się kręci, kaski na Harvard co raz więcej odłożone, życie coraz bardziej przypomina luksus gwiazd hollywood niż ponurą jazdę na tanim rowerze jak na początku filmu, a do tego poznaje się ciekawych ludzi- w tym ową piękną dziewczynę ze szkoły, która również należy do teamu belfra od matmy.

    To co robią bohaterowie nie jest nielegalne, jednak stawka idzie o sumy powiem wręcz tak kosmiczne, że bohaterem i jego grupą interesuje się szef ochrony kasyna, który wszystko obserwuje przez kamery, Cole Williams (Laurence Fishburne). W hollywoodzkim filmie zawsze wszystko jest coraz bardziej super, a potem musi się wszystko schrzanić.

    Hollywood uwielbia historie o szczęściarzach, o ludziach, którym po prostu w życiu się udało. Dla nas “21″ będzie seansem, podczas którego jedni się wyleczą z kompleksów, ale inni się ich nabiorą. Dla nas sytuacja przedstawiona w tym filmie jest jakby totalnie abstrakcyjna, w ogóle nie będąca wariantem. Las Vegas, setek tysięcy zielonych ot, tak. No i taki umysł! Facet do tego przystojny, charyzmatyczny i zaradny. Inteligencja pewnie ze 170 co najmniej (ale na pewno wyższa od Dody). Ogląda się to jak bajkę z dalekiego kraju, jak historię która spełniła się we śnie. A tymczasem oparta jest faktach, jeśli wierzyć zapowiedziom “21″.

    Po za tym to bardzo typowa schematyczna, naiwna filmowa historia w stylu “od zera do milionera”, gdzie bohater nie ma nic, potem ma wszystko, potem znów dla podtrzymania napięcia nie ma nic, a na końcu ma najwięcej. Nie ma ten film pokory, nie ma powściągliwości. Tempo narzucone jest tak ponad-nad-ponad nad naturalne(jak to kiedyś ujęła Kasia na naszym blogu), że aż brawa dla montażysty. Niestety sceny w kasynie to nie jest poziom “Casino Royale”, napięcia prawie że brak. Wszystko w tym filmie zaserwowane jest z odpowiednim łopatologizmem. Więc bez mózgu też można zobaczyć.

    Także jako film o jakichś ambicjach, (głównie mówi, że nie tylko kasa w życiu się liczy),film nie sprawdza się w ogóle. Mówi, że trzeba trochę odwagi, sprytu i wyczucia a wszystko będzie cool i ziomalskie. Nie omieszkano nam też zaserwować namiastki kina sensacyjnego, tu sprawdził się właśnie Laurence Fishbourne. Pozostaje nam tylko rozrywka, napatrzenie się na neony Las Vegas i wczucie się w atmosferę tego miasta w nocy. Pokibicujemy Benowi, aby mu się udało, pożyczymy źle jego potencjalnym wrogom. Potem wrócimy z kina do domu. Do naszej prawdziwej rzeczywistości.

    szymalan
    PS Jedyne co tak naprawdę sensownego wyniosłem z “21″ to (z chyba najlepszej sceny w całym filmie, jak przy tym granej!) to novum matematyczne dla mnie: Paradoks Monty Halla. Zainteresowanych odsyłam do Wikipedii.

     
c
compose new post
j
następny post/następny komentarz
k
previous post/previous comment
r
odpowiedz
e
edytuj
o
pokaż/ukryj komentarze
t
go to top
l
go to login
h
show/hide help
esc
anuluj