The Lost world: Jurassic Park/Zaginiony świat: Jurajski Park.

Image Hosted by ImageShack.usMinęły cztery lata. Coś przetrwało. Isla Sorna - bliźniacza wyspa Isla Nublar - okazuje się być faktyczną fabryką dinozaurów dla Parku Jurajskiego. Hammond (Richard Attenborough), chcąc dowiedzieć się jak najwięcej o Sornie wysyła na nią grupę naukowców, z Ianem Malcolmem (Jeff Goldblum) na czele. Na miejscu naukowcy spotykają najemników przybyłych na Sornę z misją schwytania kilku gatunków i przetransportowania ich do San Diego…

Chyba każdego kiedyś, czy to w dzieciństwie, czy już w wieku dorosłym dopadła mania dinozaurów. Saga Jurassic Park jest właśnie smaczkiem dla takich dino-maniaków. Biorąc pod uwagę sequel, to jest ciut w tyle od pierwowzoru. Druga część przełomowej trylogii Spielberga wydaje się być toporniejsza, być może przez przesyt nadmiaru akcji. Widać gruntowną zmianę, jeśli chodzi o sequel, bo jest więcej akcji, więcej nowych gatunków dinozaurów, i mamy już przeniesienie akcji w stronę miasta. Jednak wydaję mi się, że Spielberg trochę się zagalopował i stworzył dziełko mniej przejmujące acz również godne uwagi. Nowością jest również pojawienie się nowych twarzy: Vince Vaughn czy Julianne Moore. Vince - jakby w tyle, ni to zabawnie, ni to poważnie. Julianne Moore - również niezbyt wyraźnie. Za to nieprzezroczysty jak dotąd był Goldblum. Nie muszę również wspominać o doskonałych efektach specjalnych i wspaniałej muzyce Williamsa, bo tego nie można zbagatelizować…

Ocena: 7/10
(pumex)

Wyspa Nim

Wyspa Nim ***

Przygodowo-komediowe kino familijne. Dziewczynka o imieniu Nim mieszka wraz z ojcem na bezludnej wyspie, gdzieś pośrodku oceanu Atlanckiego. Żyje sobie beztrosko, a jej największą miłością są książki Alexandry Rover, o słynnym poszukiwaczu przygód zwącym się….Alex Rover. Pewnego razu Nim zostaje sama, gdyż jej ojciec wyrusza w kilkudniowy rejs. Po jakimś czasie urywa się z nim kontakt i dziewczynka obawia się, że mogło dojść do czegoś złego. Mailując z Alexandrą Rover, myśli że pisze ze słynnym Alexem, który chce przybyć do niej i pomóc uratować tatę. Tylko, że on nie istnieje, a autorka powieści to kobieta cierpiąca na skrajną agorafobię.

Film reklamuje się jako obraz twórców “Opowieści z Narnii” i “Mostu Do Terabithii”- niepotrzebnie. “Wyspa Nim” jest i owszem chwilami bardzo emocjonująca, pozbawiona nudy i jest do tego dobrze grana (Jodie Foster znów w kłopotach przekonywująca, Abigail Breslin widać, że rośnie na utalentowaną młodą gwiazdę, jedynie Gerard Butler nie popisał się, ale cóż pobije jego “This is Sparta!” z “300″?). Jednak ja po prostu nie należę do targetu tego filmu. Foki biegają po ekranie, jakieś tam płazy…Wszystko to ma być oczywiście bardzo zabawne, no i z pewnością jest. Jak się ma tyle lat, co Nim. Ja to bym jakąś nawalankę zobaczył. Przed postawieniem temu kiczowatemu lunaparkowi za gorsze, przewidywalnemu dodajmy od drugiej minuty seansu, dwóch gwiazdek,  trzyma mnie jedynie złota myśl płynąca z filmu: Chwal wyobraźnię, bo ona potęgą wielką jest. Ale jeśli i ona Cię zawiedzie, tylko drugi człowiek Ci pomoże.Nawet jeśli będzie to dla niego pokonywanie własnych granic.

szymalan

Mumia: Grobowiec cesarza smoka

Mumia. Grobowiec Cesarza Smoka ***

Igrzyska Olimpijskie w Pekinie to dobra okazja, aby zainteresować sie choć na chwilę tajemniczą i fascynującą kulturą Wschodu- co w przypadku Hollywood oznacza głównie wyciągnięcie dużych zysków z kinowych kas. Najpierw opowieść o pandzie Po, który zostaje prawdziwym mistrzem sztuki walk kung-fu, a teraz trzecia część “Mumii”, gdzie nieustraszony odkrywca Rick O’connell, wraz z żoną Evelyn i krnąbrnym synem Alexem, ścierają się z chińskim Cesarzem Smokiem, który powraca z świata umarłych i teraz pragnie władzy nad światem.

“Dawno temu miała miejsce wojna pomiędzy dobrem i złem”. Takie zdanie słyszymy już początku filmu po to, aby nie mieć żadnych wątpliwości- oglądamy bajkę. Co to jest zło? A co to jest dobro? Błahostki. Ważne,że znów na ekranie zjawia się Rick i jego wesoła kompania. Fabuły i tak nie ma sensu streszczać, bo jest tak idiotyczna, że szkoda klawiatury marnować.  Na moment twórcy próbują nam mydlić oczy: najważniejszy jest wątek rozpadającej się rodziny. Ale nie łudźmy się, nie o rodzinne dylematy tu chodzi.

Bo tu chodzi o wstających z martwych cesarzy, ich przemiany w smoki i inne bestie, o szaleńczy lot samolotem, który ląduje na stoku gór, o parę niezłych tekstów Ricka i oczywiście o wielkie bitwy pomiędzy szkieleto-zombiakami, będącą słynną chińską armią terakotową, a wojskami Cesarza smoka. Wyobraźcie sobie państwo, że mamy tu nawet Yeti. “Yeti kopie w dupę żołnierza, a ten szybuje wysoko ponad szczytami Himalajów”. Czysta finezja scenarzysty.

Nigdy nie lubiłem tej serii. Infantylna, zwykle dość nudna jak dla mnie, podróbka serii-króla filmów przygodowych. Nie ważne, że ma sześćdziesiątkę, nie ważne, że  widzieliśmy go w akcji już tysiące razy na własne życzenie- on, Indiana Jones-król, jest jeden. Proste porównanie: scena pościgu w “Mumii” przez środek Szanghaju nie umywa się nawet do sceny pogoni w dżungli z “Królestwa Kryształowej Czaszki”. “Mumia 3″ nie jest filmem dobrym. Jest filmem wakacyjnym, na chwilę- zobaczyć, zaliczyć, zapomnieć. Zresztą spróbujcie go postawić obok “Mrocznego rycerza”. Śmieszy same pytane, co nie?

szymalan

Piraci z Karaibów: Na krańcu Świata

Piraci z Karaibów: Na Krańcu Świata ******

I rozbrzmiała piracka pieśń. Logo Walta Disneya, zielona autostrada oznaczająca filmy Jerry’ego Bruckheimera i rozpoczynamy seans. Na tle pochmurnego nieba widzimy stryczek. Za chwilę zawiśnie na nim mały chłopiec. Piraci rozpoczynają ponurą pieśń- wezwanie członków pirackiego Trybunału Braci do połączenia sił przeciwko zagrażającemu piratom całego świata lordowi Cutlerowi Beckettowi, wysłannikowi Kompanii Wchodnioindyjskiej, który ma na swoich usługach Władcę mórz: Davy’ego Jonesa. Aby piraci byli zdolni pokonać ich przebiegłego wroga, muszą wezwać do pomocy dawno zaklętą na Trybunale boginię Kalipso, która teraz zaklęta jest w ludzkiej formie. Aby to zrobić z kolei należy wykonać rytuał wraz z 9 talarami, których posiadaczami są piraccy Lordowie z całego świata. Niestety jeden z nich znajduje się aktualnie gdzieś na krańcu świata- w Luku Jonesa. Tia Dalma najpierw przywróciła życie kapitanowi Barbossie, teraz jest szansa na uratowane Jacka Sparrowa. Trzeba tylko znaleźć załogę (w Singapurze), statek (w Singapurze) oraz kapitana (w Singapurze- w osobie majestatycznego Sao Fenga). I już można ruszyć do Luku i ruszać do Zatoki Rozbitków na zgromadzenie Trybunału. Ale w filmie zrealizowanym za 300 milionów amerykańskich dolarów, nie wszystko może okazać się tak łatwe.

Głównym motorem napędzającym fabułę jest zdrada. Wszystkich możliwych wariantów zdrady w tym filmie nawet nie da się policzyć. Chwilami widzowie mniej uważni, nie będą wiedzieć kto aktualnie staje po czyjej stronie i dlaczego. Dzięki temu film, którego akcja dzieje się na morzach karaibskich, który kręcony był na Bahamach, robi się szalenie ciekawy i intrygujący niczym polityczny thriller. W zasadzie tak od 30 minuty możemy się dać porwać trzecim “Piratom” praktycznie w całości, ciałem i duszą. To najlepsza jak dotąd część trylogii. Skondensowano w niej wszystko co było znakomite w tej sadze, zmieniono lub dodano to czego brakowało. W pierwszej części brakowało efektownych zdjęć, w drugiej kapitana Barbossy, w obydwu nie było porządnej bitwy. A w trzeciej bitw jest w cholerę, w tym tytaniczna pod sam koniec. Do tego w jedynce nie było Davy’ego Jonesa, Tii Dalmy, Cutlera Becketta i Sao Fenga. Tutaj jest wszystko to, co dotychczas wymieniłem w ilościach niemożliwych do objęcia rozumiem, a nawet jest dużo dużo więcej (sam czas trwania: 161 minut!) . Powrócił Jack Sparrow (choć dość późno tym razem, ale za to nawiązką, bo w kilkunastu wersjach). do tego mamy klimaty azjatyckie, do tego mamy łomot w deszczu, zabawny ślub, a nawet kołysanie statku, który trzeba obrócić do góry pokładem.

W zasadzie musiałbym zamiast tej recenzji napisać list dziękczynny dla Gore’a Verbinskiego i jego ekipy. Nie potrafię pisać recenzji filmów, które uwielbiam, podczas których w ogóle nie zwracam uwagi na jakiekolwiek wady, czy błędy. No bo po jaką cholerę mam sobie psuć niezłą jazdę? W zasadzie takich filmów być może w ogóle nie powinno się krytykować, albo po prostu stwierdzić jak napisałem przy “Skrzyni Umarlaka”- albo film jest porywający i prześliczny, albo film nudny i odpychający. “Piraci” zawsze będą należeć do tej drugiej kategorii u mnie. Nie ma słów, które opiszą to co dzieje się z widzem kiedy widzi się kolejne salwy kul armatnich podczas bitwy, wszystko uświetnione wspaniałą nutą Hansa Zimmera, prawdziwego mistrza od kinowych widowisk. Nie ma słów, które opiszą piękno zachodów słońca, które komponuje się z falami morza w żywy obraz tuż przed nami. Za te 15 złotych, czy kilkadziesiąt jak ktoś kupił na DVD. 300 mln dolców budżetu, zaledwie 10 miesięcy produkcji (tyle wynosi różnica pomiędzy premierami dwójki i trójki) i cała ekipa, która stawiła się jak na rozkaz. Widać, że Ci ludzie kochają kino. Widać to w każdej scenie.

szymalan

Piraci z Karaibów: Skrzynia Umarlaka

Piraci z Karaibów: Skrzynia Umarlaka *****

“Piraci z Karaibów: Skrzynia Umarlaka” to nie tylko rozbuchany spektakl, kinowy hicior dla popkornnowej publiki z przed dwóch lat. To w zasadzie czołówka kina rozrywkowego ostatniego dziesięciolecia. Przy tym energicznym, prześlicznym obrazie, z gamą tak ulubionych nam postaci, taka “Mumia” to puste, bezbarwne nudziarstwo.

Jack Sparrow (Johnny Depp), niepoprawny łotr, niegdyś kapitan Czarnej Perły, musi spłacić swój dług, który 12 lat temu zaciągnął u wilka morskiego, potężnego i złowrogiego Davy’ego Jonesa(Bill Nighy). Teraz nadszedł dzień jego spłaty. Jones wysyła przeciw Jackowi legendarnego odrażającego potwora mórz i oceanów- Krakena. Jack ma szansę przejąć kontrolę nad poczynaniami Jonesa (a co za tym idzie zmusić go do odwołania bestii), musi tylko odnaleźć Skrzynię Umarlaka, która kryje serce jego przeciwnika. A na razie Jack dysponuje jedynie rysunkiem klucza do tej skrzyni. Ma jednak też kompas, który wskazuje co, czego człowiek najbardziej na świecie w danej chwili pragnie. Jack nie może się wybrać sam do Jonesa po klucz, bo skończyło by się to dla niego mega wpadką na całe życie.

Tak się akurat składa, Will i Elizabeth (Bloom, Knightley) zostają zatrzymani przez Cutlera Becketta (tom Hollander) , wysłannika Kompanii Wschodnioindyjskiej, który zarzuca im uczestniczenie w piractwie, za co mają zostać skazani na śmierć. chyba, że Will odnajdzie busolę Jacka, która również ma doprowadzić Becketta do skrzyni umarlaka, bo przecież dzięki niej Kompania będzie zdolna panować na tamtych wodach.

Awantura rozkręca się bardzo szybko, my w zasadzie nie mamy czasu, ani powodu aby się nudzić. Co się udało? Udało się zrobić lepszy film niż “Klątwa Czarnej Perły”- bardziej luzacki, efektowniejszy wizualnie, jeszcze bardziej wciągający. Zwykle jest to tak z sequelami takich blockbusterów, że niemal powtarza się fabułę oryginału, poprzez powielenie schematu. Tutaj wszystko jest oryginalne, przemyślane tak, abyśmy nie odczuli jakiegokolwiek deja vu. Owszem znajome motywy się tam zjawiają, ale często służą tu humorystycznie niż mają cokolwiek wspólnego z popychaniem fabuły do przodu.

W zasadzie na temat filmu “Control” rozpisałem się sporo, podobnie innych filmów, ale o “Piratach” w sumie nie mam co. Po prostu: albo macie ochotę zobaczyć kolejne dwie i pół godziny przygód postaci takich jak Jack Sparrow czy Will Turner albo nie macie. To nie jest film do oceniania, bawienia się w jakiekolwiek analizy. Albo jest nudny i brzydki, albo jest przepiękny i porywający. Tu nie ma, że “dobry film albo zły”- nie podobała się jedynka, masz dość, to nie Twój gatunek- to daj sobie spokój z tym.

Mnie oglądając ten film już chyba 15 raz, dał kolejny raz tyle zabawy i radości, że nie umiem sobie wyobrazić, że jakikolwiek inny mógłby być w tym lepszy. Sama kolorystyka tego filmu, potęgowana wyrazistymi zdjęciami Dariusza Wolskiego, który umiejętnie wykorzystuje to, co dzieje się na planie- nie można oderwać wzroku od tych dopracowanych do perfekcji kadrów. Dla samego patrzenia czasem warto włączyć ten film, dla takich czysto estetycznych wrażeń. Zobaczcie jak kolor ognia świec komponuje się z mrokiem nocy, a także z zielenią, czerwienią,

Za efekty specjalne film skasował Oscara. Zasłużenie. Nie chodzi nawet o te wszystkie krakeny o wielkości godzilli, nie chodzi o statki wyłaniające się z mórz. Chodzi o wymyślenie przez zespół z Industrial Light and Magic sposobu kręcenia w taki sposób, aby efekt był taki sam jak przy motion capture (w ten sposób ożywiono na ekranie Golluma z “Władcy Pierścieni”) tyle, że wszystko odbywało by się od razu na planie (tak, tak te wszystkie naście kamer od razu na planie filmowym). Udało się i to wspaniale. Davy Jones i jego załoga “Latającego Holendra” wyglądają na ekranie jak żywi.

Cała ta niebanalna, daleka od mainstreamu Hollywood, historia rozgrywa się w niesamowitych plenerach. Liczbę zdjęć w cyfrowych pokoikach ograniczono do minimum. Cały film praktycznie nakręcono na Karaibach. Wiem, że sporą część zrobiono na wyspie Dominice, gdzie zbudowano do tego celu mnóstwo dróg, a Verbinski musiał aby dostać się wysoko w góry w dżungli, wynająć pana z maczetą, który robił mu przejście do celu. Zresztą bardzo polecam zobaczenie dodatków do tego film z płyty 2DVD, która wyjaśnie proces tworzenia niemal całej produkcji, szczegółowo omawiając problemy które stały na przeszkodzie. Na przykład sporo czasu poświęcono kłopotom finansowym, które miały wręcz przerwać fazy przedprodukcyjne i w ogóle cały projekt miał upaść.

Do tego dopiszmy jeszcze świetną od pierwszej do ostatniej sekundy muzykę Hansa Zimmera (”Kod da Vinci”) i mamy film, który można oglądać w kółko. Mnie się on chyba nigdy nie znudzi. To wspaniałe, że możemy dziś iść do kina i tam choćby na 2 godziny zapomnieć o otaczających nas sprawach i przeżyć tak wyjątkową, prawdziwą przygodę. Uwierzcie, że film działa na wyobraźnię. Każdy marzy chyba, aby znaleźć w samym środku takiej opowieści. Albo przynajmniej przypratrywać się jej z boku. Bitwy morskie, pomysłowe pojedynki, trochę horroru i komedii w jednym- czego chcieć więcej. Chyba więcej tego samego.

Aby dobrze bawić się na tym filmie, nie licząc na palcach błędów i nie wyłapując problemów z logiką, czy fizyką akcji, czy scen pojedynków, trzeba po prostu….być. I mieć wyobraźnię.

Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły

*****

Wchodzisz do kina lub włączasz DVD i z kinowej sali lub swojego pokoju opływasz na Karaiby, konkretnie na Karaiby XVII wieku, okresu największej świetności działalności piratów morskich. Fabuła “Piratów”, filmu równie długiego i pociągającego jak jego tytuł,jest w gruncie rzeczy mało streszczalna, budowana z setek wątków, które bardzo zgrabnie łączą się w spójną całość.

Spokojne życie w Port Royale, wielkim handlowo-portowym ośrodku zakłócają dwa wydarzenia: przyby osławionego kapitana Jacka Sparrowa (Johnny Depp) oraz następujący chwilę potem atak pirackiego okrętu Czarna Perła, który miał niechlubną sławę. Załoga okrętu dokonuje masakry w mieście.

Zanim to jednak nastąpi, mieszkańcy zajęci będą wielką uroczystością: mianowania Jamesa Norringtona na komodora (Jack Davenport), zaciekłego przeciwnika pirackich obyczajów. Norrngton chce poślubić do pełni szczęścia piękną kobietę, córkę gubernatora Port Royale, Elizabrth Swann (Keira Knightley) na co ona przystaje niechętnie, bo w duchu podoba się miejscowy “nikt”- kowal William Turner (Orlando Bloom), którego poznała parę lat wcześniej, kiedy jeszcze jako dziecko uratowała małego Willa przed śmiercią zatajając przed ojcem i Norringtonem, że chłopiec którego znaleziono na morzu samego jest piratem (miał piracki medalion, ale czy faktycznie był piratem nie wiadomo na razie).

I stało się: na wysokim klifie komodor oświadcza się naszej gubernatorównej, która nie mogąc złapać oddechu z powodu ciasnego gorsetu wpada do wody. I ratuje ją: łotr Jack Sparrow. I nie ważny jest ten jeden dobry uczynek: Sparrowa za piractwo czeka stryczek. Wskutek jednak małego zamieszania Jack ucieka śmierci, w ucieczce spotyka Willa, który również chce go powstrzymać, co się po pewnym czasie udaje (choć to duże uproszczenie co teraz piszę), Jack trafia do lochu.

I tu zaczyna się moment napadu pirackiej Czarnej Perły. Elizabeth zostaje porwana, a jedyną osobą, która może wiedzieć gdzie dokuje Perła jest ..Jack Sparrow, jej poprzedni kapitan. Ech, wszyscy wkrótce wezmą udział w krwawym rytuale, który ma zdjąć klątwę z piratów, która powoduje że są nieśmiertelni, ale nic nie odczuwają. Wszystko przez jakieś złoto Azteków.

Ech, dużo by pisać, trzeba by osobno napisać recenzję, osobno samo streszczenie. Na szczęście jest dosyć spójne, zawężone odpowiednio, aby nie przeładować nas samymi dialogami, a te trzeba przyznać są dobrze rozpisane.

Filmy o piratach w gruncie rzeczy wymarły jakieś 50 lat temu, kiedy powstawały ostatnie nadające się do oglądania filmy przygodowe z tego gatunku. Gore Verbinski dokonał niejako wskrzeszenia romantycznej legendy pirackiej i to wszystko widać spasowało, bo nie wiem czy można było przewidzieć taki sukces.

A ten wg mnie to zasługa właśnie doboru tematu i takiego przystawania go do potrzeb współczesnego widza (od nastoletniego do tego bardzo zaawansowanego wiekiem). Nawet krytycy bili brawa po seansie “Klątwy Czarnej Perły. Może największą zasługą jest tak naprawdę to, że twórcy wyszli z ciasnych pomieszczeń studyjnych i ruszyli w teren. Może właśnie to nas urzekło- przygoda realna, namacalna, czujemy wiatr, powiew morskiej bryzy, oglądamy bajeczne widoki i majestatyczne statki- wszystko tuż przed naszym oczami na dużym|małym ekranie.

Nie ma tu przeładowania efektami, mimo iż chwilami prezentują wysoki poziom. Do tego mamy bardzo sympatyczne postacie, które chcemy oglądać: Jack Sparrow, który sam jeden podnosi wartość tego filmu, plus mój ulubieniec kapitan Barbossa, grany fenomenalnie przez Geoffreya Rusha (najlepiej grana postać całej trylogii Verbinskiego). Zresztą nie ma tu chyba ani jednego 100% łotra, a i szlachetne postacie mają swoje większe lub mniejsze grzeszki i zdrady na koncie.

Trzymające w napięciu spektakularne kino przygodowe, wraz z humorem, grozą, znakomicie wykonane na dużą skalę, to film który już kto miał zobaczyć, to już zobaczył. Jednak jeśli ktoś jeszcze nie próbował radzę to zrobić jak najszybciej. Kiedyś to będzie wstyd powiedzieć, że “ja nie widziałem ani jednego filmu z kapitanem Jackiem”.

szymalan

Apocalypto

*****

Intrygujący i bardzo widowiskowy “Apocalypto” to kolejny znakomity, wyalienowany od mainstreamu, a mimo to zrealizowany za grube miliony dolarów film Mela Gibsona, twórcy kontrowersyjnej “Pasji”- niezwykle krwawej wizji ostatnich godzin z życia Jezusa Chrystusa, filmu który z Gibsona zrobił antysemitę, psychopatę, multimilionera, ale przede wszystkim- udowodnił jego reżyserskie umiejętności.

“Apocalypto” Gibson zrobił niemal w całości za swoje pieniądze. Zrealizował go w wymarłym języku jucatec, którym posługują się nieliczni ostali mieszkańcy Jukatanu. Do tego film kategorię “R”- znienawidzoną przez producentów i wytwórnie, która zaniża frekwencję (młodzież tylko pod kontrolą rodziców), nie grają w nim żadne gwiazdy. Nie ma żadnych bitew, żadnego humoru (no prawie żadnego). Fabuła jest bardzo dziwna, wszystko jest tu dziwne. Taki Jerry Bruckheimer zastanawia się co zrobić, aby uszczęśliwić widza masowego. Co zrobić aby na film przyszły tłumy, całe rodziny nawet. Gibson ma to w nosie. Tak jak w nosie ma krytyków, którzy oceniają jego dzieła przez pryzmat jego osoby, jego głośnych wybryków, czy głośno głoszonych poglądów. W nosie ma oczekiwania widzów. Idąc na film myślałem, że wiem co zobaczę. Miałem pewne oczekiwania wobec filmu po przeczytaniu o czym on jest. Podczas seansu wszystko runęło, zobaczyłem film zgoła odmienny, którego fabuły nie byłem jednak w stanie przewidzieć ani na jotę.

Kluczem do zrozumienia tego bardzo ciekawego traktatu o cywilizacjach ziemskich i sposobie ich funkcjonowania, jest mała wskazówka reżysera zaraz na początku filmu w postaci cytatu z Duranta, który brzmi: “Żadna cywilizacja nie może zostać zniszczona od zewnątrz, jeżeli wewnątrz nie ulega rozkładowi”. W małej majańskiej wiosce mieszkańcy śmieją się z młodego mężczyzny, że nie może spłodzić dzieci, których oczekuje jego teściowa. Później w środku nocy napadają na nich mieszkańcy stolicy Majów, bo potrzebują jeńców, których mogliby złożyć w krwawej ofierze swojemu bogu- Kukulkanie, który miałby ich wybawić od klęski głosu i nieurodzaju (zwracam uwagę na ujęcia pól kukurydz). Główny bohater- Łapa Jaguara- podczas napaści ukrywa swoją ciężarną żonę wraz z dzieckiem w studni. Kiedy w końcu nóż ofiarny zawisa w powietrzu nad Łapą, oprawcy decydują się przerwać ceremonię. Łapa Jaguara ucieka ze stolicy, aby wyciągnąć swoją żonę ze studni zanim spadnie ulewny deszcz, a w pościg za nim rusza grupa wojowników na czele z pragnącym pomsty za syna wodzem Indian.

Najczęściej krytycy nazywali ten film grą komputerową, pustą rzeźnią, wizualizacja marzeń psychopaty. Jednak takie podejście mocno upraszcza ten film. Czy zdanie Duranta nie skłania do przemyśleń? Czy Ostatnia scena z konkwistadorami na brzegu z wielkimi krzyżami nie skłania do przemyśleń? Stosy ciał niczym ofiary holocaustu nie skłaniają do przemyśleń? Czy analiza ludzkich zachowań w społeczeństwie to dalej przykład spłyconej gry przygodowej w kotka i myszkę? IL GRANDE BULLSHITO - ja powiadam. Są ludzie, którzy kręcą ambitne niezależne filmy. Tylko dlaczego zwykli śmiertelnicy nie chcą ich oglądać? Bo są w istocie często (choć nie zawsze, nie gloryfikujmy), emocjonalnie martwe, obrazy są bezbarwne, odrzucające. Krytycy rozpływają się nad dramatami o minimalistycznej formie, ale chyba zapomnieli że DRODZY PAŃSTWO KINO TO SZTUKA PRZEDE WSZYSTKIM OBRAZU!

Możemy się popisywać naszą wiedzą historyczną,, znajomością realiów w jakich żyli Majowie, możemy się zastanawiać nad sensem tego czy tam,tego, czy wszystko jest logiczne, czy nikt nie popełnił błędu w scenach akcji. W istocie ja bym z takimi nadętymi nudziarzami nic nie chciał mieć wspólnego, o czym już parę razy pisałem. Film Mela Gibsona spełnia obydwie funkcje: obrazu i do tego dokłada tak pożądaną przez recenzentów treść. Jeśli chodzi o ot pierwsze, to Mel Gibson po raz kolejny udowodnił, że jest mistrzem kina. Potrafi się taki sposób posługiwać planem i kamerą, tak ustawiać swoich aktorów (wszyscy nieznani nam bliżej, rdzenni mieszkańcy Meksyku), że to co widzimy zapiera dech w piersiach.Sporo naturalistycznej przemocy- jednak prawie nigdy, reżyser nie posunął się za daleko, a bynajmniej nie ma tuż tyle jatki co w “Pasji”. Zachwycające są za to scenerie, niemal pozbawione ujęć z lotu ptaka dla naszej chwilowej podniety. Wszystko rozgrywa się w lesie. Widzimy wszędzie ruch, bohaterowie biegają, a kamera potrafi wychwycić dzikie ruchy liści na drzewach. Zwykle używa się zwykłego obrazu: 24 klatki na sekundę. Gibson podwoił ilość: mamy ich 50. I nie jest to tylko ciekawostka, zalety takiego rozwiązania widoczne są w każdej scenie akcji, kiedy kamera nie stoi, nie obraca się z jednej strony na drugą, ale podąża za biegnącym aktorem. Obraz się nie rozmazuje, jest wciąż ostry. Techniczna maestria. Popatrzcie na tą charakteryzację- na wizerunku Majów, ich króla, wodzów, na ich kolczyki, tatuaże (oczywiście ci źli mają ich więcej hehe).

Najpierw reżyser rysuje nam sielankowy obraz Majów, których największymi bolączkami jest np. kłopotliwa teściowa. Wszystko kręci się wokół wioski, polowania, rodziny. W dzień wszystko zajmują się tym, co powinni, a wieczorem słuchają tajemniczych opowieści gawędziarza przy ognisku i tańczą. W środku nocy jak już wiemy dochodzi do masakry. Gibson [przedstawia ludzi, którzy w obliczu zagrożenia są równi, są jakby jednym organizmem, szkieletem. A wiadomo, że jeśli choćby mały ząb zaczyna boleć, nie potrafimy normalnie funkcjonować. Sielanka, w której nic nie jest podporządkowane silnej władzy, kiedy nie wszystko jest ze sobą scalone, ludzie się naśmiewają z siebie bo nie ktoś inny nie umie spłodzić dziecka: takie społeczeństwo nie jest przygotowane do obrony. Może Gibson uderza w estabilishement? W władzę? Pamiętajmy, że reżyser jest zagorzałym przeciwnikiem m.in. Georga Busha. Tak czy inaczej Gibson nie czyni jeszcze z mieszkańców wioski jakichś okrutników. Bo Ci co przybywają są oczywiście gorsi. W ostatnim ujęciu po 45-minutowym pościgu po lesie, nasz bohater staje na plaży, za nim dwóch oprawców i zamierają ze zdziwienia. Ich oczom ukazują się statki z konkwistadorami- chrześcijańskie krzyże. Wiemy jak to wszystko się powinno skończyć.

Katolicy nie są tu wcale przesdtawieni jako zbawiciele! Tak jak to piszą gazety. Wcale nie. Ma to ukazać najbardziej rozwinięty strach, najstraszniejszy, mimo że przez cały film był ogromny. Strach przed nieznanym. A nachodzi Nowy Świat, fundamentalne zmiany i …kara za wszystko co było złe. Przemoc dziką wymieni przemoc szlachetna , bo przecież “w imię Boga”. Ale to wciąż przemoc. Ta zrodzi kolejną, a tamta następną itd. Czy się kogoś zdzieli pałą, wsadzi do komory gazowej, uderzy młotkiem, posieka mieczem, dokona się masowego ludobójstwa, czy palnie się krzyżem chrześcijańskim- to wciąż będzie przemoc. “Apocalypto” to film o pragnieniu wolności, ale i film o ludzkiej nienawiści. O tym, że wciąż przelewamy krew, wciąż niszczymy narody i cywilizacje. Że nie potrafi żyć razem w jednej dżungli. Tytuł filmu znaczy “Nowy Początek”. Bo wciąż zaczynamy od nowa, zabijamy jednych, pojawiają się następni- następni ludzie, społeczeństwa i cywilizacje. I wciąż popełniamy te same błędy. Czy to się nigdy nie skończy?

W gruncie rzeczy choć na to nie wygląda, film to bardzo ponury, o bardzo mrocznym przesłaniu. I do tego masterowskie widowisko.

Trzeba zobaczyć koniecznie.

szymalan