*****

Intrygujący i bardzo widowiskowy “Apocalypto” to kolejny znakomity, wyalienowany od mainstreamu, a mimo to zrealizowany za grube miliony dolarów film Mela Gibsona, twórcy kontrowersyjnej “Pasji”- niezwykle krwawej wizji ostatnich godzin z życia Jezusa Chrystusa, filmu który z Gibsona zrobił antysemitę, psychopatę, multimilionera, ale przede wszystkim- udowodnił jego reżyserskie umiejętności.
“Apocalypto” Gibson zrobił niemal w całości za swoje pieniądze. Zrealizował go w wymarłym języku jucatec, którym posługują się nieliczni ostali mieszkańcy Jukatanu. Do tego film kategorię “R”- znienawidzoną przez producentów i wytwórnie, która zaniża frekwencję (młodzież tylko pod kontrolą rodziców), nie grają w nim żadne gwiazdy. Nie ma żadnych bitew, żadnego humoru (no prawie żadnego). Fabuła jest bardzo dziwna, wszystko jest tu dziwne. Taki Jerry Bruckheimer zastanawia się co zrobić, aby uszczęśliwić widza masowego. Co zrobić aby na film przyszły tłumy, całe rodziny nawet. Gibson ma to w nosie. Tak jak w nosie ma krytyków, którzy oceniają jego dzieła przez pryzmat jego osoby, jego głośnych wybryków, czy głośno głoszonych poglądów. W nosie ma oczekiwania widzów. Idąc na film myślałem, że wiem co zobaczę. Miałem pewne oczekiwania wobec filmu po przeczytaniu o czym on jest. Podczas seansu wszystko runęło, zobaczyłem film zgoła odmienny, którego fabuły nie byłem jednak w stanie przewidzieć ani na jotę.
Kluczem do zrozumienia tego bardzo ciekawego traktatu o cywilizacjach ziemskich i sposobie ich funkcjonowania, jest mała wskazówka reżysera zaraz na początku filmu w postaci cytatu z Duranta, który brzmi: “Żadna cywilizacja nie może zostać zniszczona od zewnątrz, jeżeli wewnątrz nie ulega rozkładowi”. W małej majańskiej wiosce mieszkańcy śmieją się z młodego mężczyzny, że nie może spłodzić dzieci, których oczekuje jego teściowa. Później w środku nocy napadają na nich mieszkańcy stolicy Majów, bo potrzebują jeńców, których mogliby złożyć w krwawej ofierze swojemu bogu- Kukulkanie, który miałby ich wybawić od klęski głosu i nieurodzaju (zwracam uwagę na ujęcia pól kukurydz). Główny bohater- Łapa Jaguara- podczas napaści ukrywa swoją ciężarną żonę wraz z dzieckiem w studni. Kiedy w końcu nóż ofiarny zawisa w powietrzu nad Łapą, oprawcy decydują się przerwać ceremonię. Łapa Jaguara ucieka ze stolicy, aby wyciągnąć swoją żonę ze studni zanim spadnie ulewny deszcz, a w pościg za nim rusza grupa wojowników na czele z pragnącym pomsty za syna wodzem Indian.
Najczęściej krytycy nazywali ten film grą komputerową, pustą rzeźnią, wizualizacja marzeń psychopaty. Jednak takie podejście mocno upraszcza ten film. Czy zdanie Duranta nie skłania do przemyśleń? Czy Ostatnia scena z konkwistadorami na brzegu z wielkimi krzyżami nie skłania do przemyśleń? Stosy ciał niczym ofiary holocaustu nie skłaniają do przemyśleń? Czy analiza ludzkich zachowań w społeczeństwie to dalej przykład spłyconej gry przygodowej w kotka i myszkę? IL GRANDE BULLSHITO - ja powiadam. Są ludzie, którzy kręcą ambitne niezależne filmy. Tylko dlaczego zwykli śmiertelnicy nie chcą ich oglądać? Bo są w istocie często (choć nie zawsze, nie gloryfikujmy), emocjonalnie martwe, obrazy są bezbarwne, odrzucające. Krytycy rozpływają się nad dramatami o minimalistycznej formie, ale chyba zapomnieli że DRODZY PAŃSTWO KINO TO SZTUKA PRZEDE WSZYSTKIM OBRAZU!
Możemy się popisywać naszą wiedzą historyczną,, znajomością realiów w jakich żyli Majowie, możemy się zastanawiać nad sensem tego czy tam,tego, czy wszystko jest logiczne, czy nikt nie popełnił błędu w scenach akcji. W istocie ja bym z takimi nadętymi nudziarzami nic nie chciał mieć wspólnego, o czym już parę razy pisałem. Film Mela Gibsona spełnia obydwie funkcje: obrazu i do tego dokłada tak pożądaną przez recenzentów treść. Jeśli chodzi o ot pierwsze, to Mel Gibson po raz kolejny udowodnił, że jest mistrzem kina. Potrafi się taki sposób posługiwać planem i kamerą, tak ustawiać swoich aktorów (wszyscy nieznani nam bliżej, rdzenni mieszkańcy Meksyku), że to co widzimy zapiera dech w piersiach.Sporo naturalistycznej przemocy- jednak prawie nigdy, reżyser nie posunął się za daleko, a bynajmniej nie ma tuż tyle jatki co w “Pasji”. Zachwycające są za to scenerie, niemal pozbawione ujęć z lotu ptaka dla naszej chwilowej podniety. Wszystko rozgrywa się w lesie. Widzimy wszędzie ruch, bohaterowie biegają, a kamera potrafi wychwycić dzikie ruchy liści na drzewach. Zwykle używa się zwykłego obrazu: 24 klatki na sekundę. Gibson podwoił ilość: mamy ich 50. I nie jest to tylko ciekawostka, zalety takiego rozwiązania widoczne są w każdej scenie akcji, kiedy kamera nie stoi, nie obraca się z jednej strony na drugą, ale podąża za biegnącym aktorem. Obraz się nie rozmazuje, jest wciąż ostry. Techniczna maestria. Popatrzcie na tą charakteryzację- na wizerunku Majów, ich króla, wodzów, na ich kolczyki, tatuaże (oczywiście ci źli mają ich więcej hehe).
Najpierw reżyser rysuje nam sielankowy obraz Majów, których największymi bolączkami jest np. kłopotliwa teściowa. Wszystko kręci się wokół wioski, polowania, rodziny. W dzień wszystko zajmują się tym, co powinni, a wieczorem słuchają tajemniczych opowieści gawędziarza przy ognisku i tańczą. W środku nocy jak już wiemy dochodzi do masakry. Gibson [przedstawia ludzi, którzy w obliczu zagrożenia są równi, są jakby jednym organizmem, szkieletem. A wiadomo, że jeśli choćby mały ząb zaczyna boleć, nie potrafimy normalnie funkcjonować. Sielanka, w której nic nie jest podporządkowane silnej władzy, kiedy nie wszystko jest ze sobą scalone, ludzie się naśmiewają z siebie bo nie ktoś inny nie umie spłodzić dziecka: takie społeczeństwo nie jest przygotowane do obrony. Może Gibson uderza w estabilishement? W władzę? Pamiętajmy, że reżyser jest zagorzałym przeciwnikiem m.in. Georga Busha. Tak czy inaczej Gibson nie czyni jeszcze z mieszkańców wioski jakichś okrutników. Bo Ci co przybywają są oczywiście gorsi. W ostatnim ujęciu po 45-minutowym pościgu po lesie, nasz bohater staje na plaży, za nim dwóch oprawców i zamierają ze zdziwienia. Ich oczom ukazują się statki z konkwistadorami- chrześcijańskie krzyże. Wiemy jak to wszystko się powinno skończyć.
Katolicy nie są tu wcale przesdtawieni jako zbawiciele! Tak jak to piszą gazety. Wcale nie. Ma to ukazać najbardziej rozwinięty strach, najstraszniejszy, mimo że przez cały film był ogromny. Strach przed nieznanym. A nachodzi Nowy Świat, fundamentalne zmiany i …kara za wszystko co było złe. Przemoc dziką wymieni przemoc szlachetna , bo przecież “w imię Boga”. Ale to wciąż przemoc. Ta zrodzi kolejną, a tamta następną itd. Czy się kogoś zdzieli pałą, wsadzi do komory gazowej, uderzy młotkiem, posieka mieczem, dokona się masowego ludobójstwa, czy palnie się krzyżem chrześcijańskim- to wciąż będzie przemoc. “Apocalypto” to film o pragnieniu wolności, ale i film o ludzkiej nienawiści. O tym, że wciąż przelewamy krew, wciąż niszczymy narody i cywilizacje. Że nie potrafi żyć razem w jednej dżungli. Tytuł filmu znaczy “Nowy Początek”. Bo wciąż zaczynamy od nowa, zabijamy jednych, pojawiają się następni- następni ludzie, społeczeństwa i cywilizacje. I wciąż popełniamy te same błędy. Czy to się nigdy nie skończy?
W gruncie rzeczy choć na to nie wygląda, film to bardzo ponury, o bardzo mrocznym przesłaniu. I do tego masterowskie widowisko.
Trzeba zobaczyć koniecznie.
szymalan