Updates from Grudzień, 2010 Toggle Comment Threads | Skróty klawiaturowe

  • szymalan 22:34 on 30 December 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Wenecja ***



    Poznając współczesne polskie kino, prędzej czy później, każdy musi natknąć się na Jana Jakuba Kolskiego- z całą pewnością autora, a nie rzemieślnika, człowieka o bardzo osobliwym stylu pracy, korzystającego z tej samej, minimalistycznej, choć urokliwej formy. Mnie z tym panem niestety po drodze dotychczas nie było (nie odpowiada mi w kinie podejście typu: AHAHAHAHA ja jestem bardzo mądry reżyser, wrzucę do filmu 195 symboli, a Ty dukaj chamie , o co mi chodziło), a zainteresowanie kolejnymi filmami znikało jeszcze przed połową seansu (trudno często ich strukturę nazywać zresztą filmem- to rodzaje zatrzymanych w miejscu portretów prowincji). Dlatego z wielką radością ogłaszam, że “Wenecja” to film naprawdę niezły, i to , co istotne, z  naciskiem na słowo film.

    Główny bohater “Wenecji” to nastoletni chłopiec, Marek, który rośnie w rodzinie, w której tradycją jest podróżowanie do odległej Wenecji. Nie tylko zresztą się tam podróżuje- o Wenecji się sporo mówi w domu, o Wenecji się dużo rozmyśla i o Wenecji się nieustannie marzy. A najbardziej marzy się Wodne Miasto  właśnie chłopcu, dla którego pierwszy wyjazd do Włoch , będzie przygodą, spełnieniem marzeń, a biorąc pod uwagę, że to pierwszy raz dla niego w Wenecji- także inicjacją. Niestety wielkie plany rujnuje nagle rozpętująca się wojenna zawierucha- wrzesień, 39 rok. Matka zabiera chłopca  na prowincję do ciotki w celach schronienia, a ojciec- ten niestety wyrusza na wojnę, aby walczyć. (Więcej…)

     
    • ktrya 23:55 on 30 Grudzień 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Z ciekawością przeczytałam Twoją recenzję, bo zamierzam ten film obejrzeć. A teraz wykaże się ignorancją: to ten film jest polski i w dodatku Kolskiego???!!!
      Ok. Ja Kolskiego bardzo cenię za sielski klimat w jego filmach (Jasminum; Afonia i pszczoły) i tą symbolikę, która faktycznie trochę niebanalna ;)
      Do siego!

      PS. Czekam na podsumowanie roku ;-)

    • Alek 16:28 on 31 Grudzień 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Musze obejrzec! To dla mnie pozycja obowiazkowa, bo kocham dobre zdjecia jak nigdy. Ale… rzeczywiscie recenzje nie zachwycaja :(

      • szymalan 13:54 on 1 Styczeń 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        ale dla zdjęć warto wysiedzieć całe 2 godziny, serio ;-) a historia też najgorsza nie jest , tylko za bardzo się później chwieje
        pozdrawiam :)

  • szymalan 14:11 on 26 December 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Jedz, módl się i kochaj *

    Film zaczyna się narracją z offu, w której bohaterka grana przez Julię Roberts (czyniącą z niej pierwszorzędną kandydatkę do przyszłorocznej Złotej Maliny) wygłasza przemowę o poznanej przyjaciółce- w ciągu zaledwie kilku zdań przewija się tam wszystko:  i prywatne relacje, i światowy głód, i cierpienia niewinnych ludzi, a wreszcie za chwilę zupełnie z  innej beczki pojawi się pytanie,  o to “jak zbliżyć się do Boga”.

    Elizabeth Gilbert mieszka w Nowym Jorku i na co dzień zajmuje się zawodowym pisaniem, ale akuratnie trudzi się wielkimi przemianami zachodzącymi w jej życiu. Rozstaje się ze swoim mężem, ponieważ ten (chyba dlatego, nikt powodu konkretnego tu nie określa) zamiast pracować jako nauczyciel szkolny- sam chce wrócić do studiowania. Ponieważ jej kolejny życiowy partner – offbroadweyowski aktor – też nie przynosi jej pełnego życiowego spełnienia, Elizabeth postanawia spakować walizkę i wyruszyć w podróż na końcu której ma czekać ją spektakularne oświecenie.  Ma zamiar zwiedzić trzy miejsca- Włochy, Indie i Bali-  i w ten oto cudowny sposób nie tylko pozwiedzać świat, ale też dowiedzieć się czegoś o sobie o samej- czego chce od życia, czego powinna chcieć, kim jest i co powinna zrobić. (Więcej…)
     
    • unnami 15:12 on 26 Grudzień 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Najlepszy film roku to może aż tak nie, ale mnie również nie zachwycił.

    • Lola King 20:27 on 26 Grudzień 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Aż tak źle? Przyznaję, że miałam dużą ochotę obejrzeć ten film – może dlatego, że stęskniłam się za Roberts grającą pierwszoplanowe postaci. Później ochota mi minęła, ale i tak zaskoczyła mnie Twoja recenzja :) Za najgorszy film roku od pewnego czasu uważam “Randkę w ciemno”, choć to bardziej kategoria najgorszy polski film roku, do dziś nie mogę otrząsnąć się z nadmiaru negatywnych wrażeń jakie ten film mi dostarczył. Dlatego, zdając się całkowicie na Twoje zdanie, odpuszczę sobie na jakiś czas “Jedz, módl się i kochaj” – tego, czego najbardziej dziś mi nie potrzeba to nadmiar idiotyzmów i pustych frazesów. Pozdrawiam =)

      • szymalan 14:34 on 27 Grudzień 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        “Randki w ciemno” Bogu dzięki póki co nie oglądałem ;] ale ja za to widziałem ‘Ciacho” :(
        A “jedz, módl się itak dalej” niestety składa się głównie z takich frazesów, i to jakby na slow motion bo trwa nieludzko długo.

    • ly. 21:19 on 26 Grudzień 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Haha już myślę, że ściągnę sobie na wieczórek tak tylko żeby przyznać Ci rację, ale Twoje ostrzeżenie mnie zniechęciło ;]
      Ale podobał mi się cytat o dzieciach, sama bym tego trafniej nie ujęła :D

    • maxcine 23:28 on 26 Grudzień 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Nie no, aż takie złe to to nie było (u mnie chyba Starcie Tytanów jest number 1 jeżeli chodzi o najgorsze filmy 2010)
      Ja się na “jedz, módl się i kochaj” nie zawiodłem (chociaż do kina zostałem zaciągnięty niemalże siłą), bo szczerze mówiac nie oczekiwałem od tego filmu niczego innego jak kolorowej, patetycznej bajki o odnajdywaniu siebie i miłości (zwiastun w tym wypadku nie kłamał). Jak ktoś lubi takie lekkie filmidła wypełnione po brzegi happy emocjami i kolorowymi zdjęciami niczym z National Geograpic to wg mnie może spokojnie obejrzeć. Ja nie przepadam, ale ten film oglądało mi się nieźle (chociaż tego moralizowania faktycznie było sporo). Przesłodzona to historia, niewiele mająca wspólnego z rzeczywistością (chociaż teoretycznie film oparty o autentyczną historię), ale przecież pomarzyć zawsze można (Włochy zostały tak pokazane, że az chce się tam jechać). Wole takie produkcje aniżeli tradycjne amerykańskie romansidła (nie wspominając o polskich filmach). Jeżeli chodzi o Julie Roberts – nie Ty jeden typujesz ja do maliny. Mnie się oczywiście podobała i żeby było śmieszniej, nawet bardzo :). Jak dla mnie 6/10.

      • szymalan 14:43 on 27 Grudzień 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        no okej, ja też lubię taki fast food, z wszystkimi jego głupotkami i naiwnościami, ale w przypadku tego filmu odczułem , że tego było zdecydowanie za wiele naraz. Zwłaszcza gdy film sam siebie traktuje z taką powagą i swoją bohaterkę. I generalnie stąd niestety dla mnie przynajmniej, jest “aż tak źle”.

        Choć zgadzam się co do “Starcia” – tylko że ja z kolei po pierwsze byłem na taki poziom superprodukcji o herosach przygotowany po Waszych recenzjach i krytyków, a po drugie nie oglądałem w 3d, który był powodem chyba największej liczby skarg i zażaleń na ten film. także ostatecznie dałem oczko wyżej niż ‘Eat pray love” :)
        pozdrawiam

    • milczacy_krytyk 19:46 on 28 Grudzień 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Wow. Słyszałem, że ten film do najlepszych nie należy, ale jedna gwiazdka? W takim razie będę go omijać szerokim łukiem :D

    • Agnieszka Borzęcka 16:47 on 30 Grudzień 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      ło matko! aż tak słabo??? Jestem w szoku, ale i tak obejrzę :)

    • tercc 20:08 on 30 Grudzień 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      A już mialam to oglądać… Może dlatego, że jestem fanką gry Javiera Bardem i uroku Julii Roberts. No cóż, podaruję sobie.
      Pozdrawiam!

  • szymalan 16:42 on 17 January 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Klasyka X muzy. Lata 70, pierwsza połowa 

    Ostatni seans filmowy ****

    Ostatnio w związku z trwającą sesją raczej mało mam czasu na szeroko rozumianą działalnośc blogerską, stąd dziś tylko o klasykach krótko i na (mam nadzieję) temat, natomiast na porządne długie wpisy zapraszam dopiero  gdzieś pod koniec stycznia (zakładając, że wszystko zdam!) . Kontynuując przegląd najważniejszych filmów historii kina zatrzymujemy się na początku lat 70. I wpierw ten oto obraz nazwany “The Last Picture Show”, a po polsku “Ostatni seans filmowy”. Nie znam tego pana, co wyreżyserował ten film, ale z pewnością odnajdę w jego twórczości kiedyś jeszcze coś dla siebie. “Ostatni seans filmowy” to klasyk o młodości. Tej wypełnionej różnymi problemami, ale i tej beztroskiej. Tej która szybko przemija, ale i leniwie płynie ku dorosłości. Tą ostatnią symbolizuje właśnie tytułowy “ostatni seans filmowy”, który ma miejsce  w kinie małego miasteczka, w którym rozgrywa się akcja.

    Właściwie co tu dużo mówic: młodośc chmurna i durna to temat wdzięczny do kina i eksploatowany średnio kilka-kilkanaście razy do roku. Ten obraz się jak dla mnie nie wyróżnia- jest szlachetny i poprawny. Chyba warto.

    Śmierć w Wenecji ***

    A tego pana już nam- Luchino Visconti. Widziałem jego poprzednie znane dzieła: “Lampart” oraz “Zmierzch Bogów”. O ile pierwszy to nuda, nuda i po trzykroć nuda (porównywany do “Przeminęło z wiatrem”) , o tyle ten drugi to znakomite kino o narodzinach nazizmu, 20 razy lepsze od takiej głośnej ostatnio “Białej wstążki”.

    “Śmierć w Wenecji” to jego kolejny wielki obraz. No właśnie- na pewno wielki? Starszy mężczyzna zauroczony jest widokiem chłopca o dziewczęcej twarzy. I przez pół filmu  do nie przytomności upaja się obserwacją tegoż podczas pobytu w Wenecji. Tyle. Koniec fabuły.

    Od razu uprzedzam: Nie. Nie jest to , ani nie wygląda niesmacznie. Visconti ma na szczęście wyczucie i o żadne pedofilskie rejony nie zahacza ani na moment. Przedstawione uczucie to rodzaj platonicznego zauroczenia, nie na podłożu miłosnym lub seksualnym, ale zauroczenia samym osobistym urokiem. Visconti buduje kolejne misterne metafory tak, żeby przypadkiem z filmu nie wyszedł straszliwy dwu-godzinny banał.

    Ale ja tam wiem i tak swoje:  wielokrotnie pisałem tu, że ja lubie FABUŁY, pełne NAPIĘCIA (napięcie ma nawet “Kac Vegas”- żaden gatunek nie powinien być od niego wolny) wywołanego przez określony KONFLIKT. Tak się zasadniczo buduje dobre kino. A tu: czy film trwa pół godziny więcej czy mniej, 10 scen więcej czy mniej, 20 najazdów kamery więcej czy mniej- nie robi różnicy. Mogłaby to być nawet krótkometrażówka.

    I jeszcze TAKI spoiler w tytule filmu :O

    (Więcej…)

     
    • marakeshpl 21:31 on 17 Styczeń 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Aż mi ślina poleciała na widok soczystej, słodkiej mechanicznej pomarańczy. :D

      • szymalan 22:45 on 17 Styczeń 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        od miłośnika Mechanicznej (pomarańczy, nie piły) liczyłem na obszerniejszy komentarz :D

        • marakeshpl 20:03 on 18 Styczeń 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

          Otóż głębsza wypowiedź wypłynie po niedalekim ponownym seansie oraz po lekturze książki, która grzecznie spoczywa na mojej półce i czeka na mnie z cierpliwością. Póki co regeneruję się po egzaminach.

    • Ken.G 11:40 on 18 Styczeń 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      “Mechaniczną pomarańczę” czytałam i ta książka mnie zmęczyła jak żadna inna (a dokładnie opanowanie jej języka. Brawa dla tłumacza, tak na marginesie). Kiedy już przyzwyczaiłam się do charakterystycznego stylu pisania, szło coraz lepiej, ale na początku trzeba było często zaglądać do słowniczka z tyłu. “Śmierć w Wenecji” mnie zainteresowała, poszukam. Tak sobie pomyślałam – a propos Twojego zdania o tym, że ważna jest fabuła i napięcie – że strasznie szkoda, że w ten sposób rezygnujesz z dania sobie szansy na poznanie naprawdę ambitnego kina. Różne są wszak gatunki “napięciowe”, ale jest cała masa filmów, w których napięcia prawie brak, a sam film to mistrzostwo. Tyle że co, znudzi Cię, bo nic Ci wzroku nie zatrzyma i koniec? Szkoda, ale wiadomo, “de gustibus…” :))) Nie namawiam więc do genialnego moim zdaniem “Spotkania” (fabułę da się streścić 1 zdaniem) czy “Malowanego welonu”. Zanudzisz się ;)))

      Reszty opisywanych przez Ciebie filmów nie widziałam, więc się nie wypowiadam. Pozdrawiam i życzę szybkiego i sprawnego zaliczenia wszystkich egzaminów. Mnie też się zaczyna, więc nie pobuszuję po blogach za dużo.

      • Ken.G 11:50 on 18 Styczeń 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        Kuźwa, gubię się w szukaniu sposobów na wpakowanie tu komcia! Przypomniało mi się – czy jesteś naprawdę absolutnie pewien, że chcesz obejrzeć “Salo”? Bo ja Ci szczerze odradzam, po co sobie ryć beret. Ten film jest chory, nie ma tam krwawych scen typu “Piła” razy kilka, nie latają ze szpikulcami jak w “Inside”, nie oblewają litrami posoki jak we “Frontiere(s)” czy “Eden lake”, ale jest dużo GORSZY, bo niszczy psychikę. Nie postawiłabym tego na równi z fr.”Męczennicą”, ale ona plasuje się naprawdę niewiele niżej. A przy niej miałam dość. Po “Salo” pierwsze moje zdanie to: “Nie dziwię się, że po premierze zabili tego gościa”. To nie jest straszny horror, po którym można się pochwalić ziomkom, że się jest kozakiem, bo dało się radę go obejrzeć. Szkoda mózgu po prostu. No, tyle, ostrzegłam, decyzja należy do Ciebie ;)))

      • szymalan 17:59 on 18 Styczeń 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        “rezygnujesz z dania sobie szansy na poznanie naprawdę ambitnego kina”

        Czyli jak mniemam ambitne kino to takie bez fabuły i napięcia? :) Ciekawa definicja, nie powiem ;)
        A co do samego rezygnowania. “Malowanego Welonu” nie widziałem ,natomiast “Spotkanie”? Znakomite :P Bardzo mi się podobało. Chciałbym zaznaczyć ze ja nie jestem wychowany na teledyskach mtv i nie mam stwierdzonego ADHD. ;) Akurat “W Spotkaniu:” jest sporo napięcia i bardzo konkretna fabuła więc nie wiem o co chodzi. bardzo lubie takie filmy. Znam znacznie “powolniejsze”, czy bardziej pozbawione dramatyzmu , a które uznaję za wybitne dzieła (“Wiosna, Lato, jesien , zima i wiosna” Kim Ki Duka, czy wszystkie filmy Bergmana jak choćby) . Jednak reżyser ma obowiązek mnie zaciekawić na te 2h (bez względu na obrany sposób!), bo inaczej marnuje mój czas i pokłady cierpliwości!
        Wiec nie sądzę, że coś tracę nie uznając “Śmierci w wenecji” za film arcydzieło. Się nudziłem i już . :)

        A co do Salo. Tak jestem absolutnie pewien, że chce to obejrzeć. ;) I podzielić się wrażeniami. IMO takie filmy też powinno sie oglądać, jak sie ma mocne nerwy. To one własnie wzbudzają największe dyskusje.

        I finałowa sprawa: Przepraszam za te utrudnienia na blogu, związane z dodawaniem komentarzy ;/ Na razie nie jestem w stanie nic z tym zrobić, musiałbym znaleźć zupełnie nowy szablon , ale tego na razie nie planuję w najbliższym czasie.

        dziękuje i również życzę pomyślnej sesji :)
        pozdrawiam

        • Ken.G 13:55 on 26 Styczeń 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

          “Czyli jak mniemam ambitne kino to takie bez fabuły i napięcia? :) Ciekawa definicja, nie powiem ;)” No i tu jest właśnie problem, że źle mniemasz. Ale już jakiś czas temu zauważyłam, że lubisz przeinaczać słówka. A to, że coś nie jest czarne, nie znaczy od razu, że jest białe.

          “Jednak reżyser ma obowiązek mnie zaciekawić na te 2h (bez względu na obrany sposób!), bo inaczej marnuje mój czas i pokłady cierpliwości!” O tym też już kiedyś dyskutowaliśmy i moje zdanie znasz. Reżyser nie ma żadnego obowiązku wobec Ciebie, zrobił taki film jak mu się podobało. A że Ciebie nie powalił na kolana… Myślę, że jego to niezbyt interesuje ;))) Podoba się innym. Nie ma chyba takiej produkcji, która zachwyciłaby absolutnie wszystkich, a film (przynajmniej ten ambitny, a nie komercyjny) powinien być dzieckiem reżysera, nie papką, która ma mieć na tyle uniwersalny smak, żeby każdemu podeszła. A dzieci, jak to dzieci, są różne – ale to krew z krwi i takie właśnie mają być. Gdybyś zrobił swój film, chciałbyś przekazać swoje przesłanie czy robiłbyś jakąś ankietę, żeby wiedzieć co się komu podoba i żeby nie “marnować czyjegoś czasu i pokładów cierpliwości”? Sam powiedz :)))

          • szymalan 21:03 on 26 Styczeń 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

            Dla mnie sprawa była zrozumiała. Jeżeli film jest nudny i bez fabuły to jest „ambitny” (ale nie stwierdziłem ze na odwrót: ze wystarczy ze jest „ambitny” to jest automatycznie nudny i bez fabuły). Jak sama napisałaś: to, że coś nie jest czarne, nie znaczy od razu, że jest białe.
            I dalej obstaję przy swoim stanowisku, które uważam za pewnik który nie podlega dyskusji. Reżyser wprowadza film do kin , ja poświęcam na niego swój cenny czas, a więc mam prawo jako klient wymagać, oceniać go. Do jego gestii zależy ile siebie włoży w ten projekt a ile zrobi na zlecenie. Byle film w jakiś możliwy sposób mnie porwał na płaszczyźnie emocjonalnej.
            Gdyby było inaczej jak mówię: każdy mógłby biegać z kamerą po ulicy i to co nagrał wprowadzać do kina :). A nam by nie można było skrytykować w imię tej tzw twórczej wolności. Mógłby nakręcić budzik i pokazać nam jak tyka przez 1,5 h. Bo on tak chciał i już. I co nie będziesz miała odwagi go skrytykować? Świadome nudzenie się na filmie dla jakiejś idei mnie w ogóle nie pociąga, a wręcz zakrawa na masochizm. A że kogoś może pociągać? Fajnie, ale nie polubię filmu tylko dlatego że pojawi się we mnie myśl „och, chyba jednak komuś się to spodoba ta kupa śmiecia” . Absurd, co nie? Mnie się nie podoba i już. I mówię to tylko i wyłącznie we własnym imieniu. A co twórca może o tym pomyśleć? Jego dialog ze mną się kończy się wraz z napisami końcowymi i arrrivederci ;)
            Z kolei jeżeli reżyser po prostu kręci film dla siebie samego- niech go nikomu nie pokazuje, a już na pewno nie na dużym ekranie. Proste. Powód powstania filmu wprowadzonego do dystrybucji musi być jasno określony. Na tym polega właśnie artystyczna dojrzałość, że twórca wie co chce osiągnąć swoim obrazem.
            Gdybym ja chciał wprowadzić film do kin , taki swój własny- dołożyłbym wszelkich starań do tego, aby moje dzieło było zrozumiałe, atrakcyjnie formalnie ale i szczere przy tym na tyle na ile kogoś może interesować to, co mnie w środku boli i irytuje. Bo, w przeciwieństwie, do większości twórców tzw. Ambitnego kina (śmieszy mnie ten podział kinowych snobów na kino „ambitne” i „papkę dla mas”, jakby im wstyd było się przyznać, że lubią się po prostu przy filmie rozerwać po 9 godzinach na uczelni/w pracy albo po prostu zaakceptować, że kino było jest i będzie wpierw zawsze przede wszystkim rozrywką ), potencjalnego widza nie miałbym daleko i głęboko.
            pozdrawiam

    • lola king 15:58 on 18 Styczeń 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Czytałam “Mechaniczną pomarańczę”, filmu Kubricka natomiast nie czytałam, na co ja w ogóle jeszcze czekam? Trzeba to natychmiast nadrobić. A no i powodzenia na sesji, ja też się przygotowuje pełną parą! Pozdrawiam :]

    • pafffcio 16:24 on 20 Styczeń 2010 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Chyba każdy bloger-student ma teraz podobny problem ;) Chociaż ja po dzisiejszym dniu mam już chwilę wytchnienia :) W każdym razie powodzenia na sesji!
      A co do filmów – widziałem (wreszcie znam coś z klasyki!) Mechaniczną pomarańczę i co tu dużo mówić – ja lubię taki filmy. Pokręcone, pogmatwane, które sprawiają radość z samego ich oglądania. A że ten jest wzbogacony jeszcze wzbogacony dobrym scenariuszem, to jeszcze lepiej :)

      Pozdrawiam,
      Pawcio

  • szymalan 01:54 on 21 December 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Bom yeoreum gaeul gyeoul geurigo bom ***** 

    Wiosna, lato, jesień, zima…i wiosna *****


    W okresie, kiedy wszyscy albo biegają po sklepach robiąc ostatnie świąteczne zakupy, albo też i w związku ze zbliżającą się premierą ciut niezdrowo podniecają się filmem o niebieskich ludkach z kosmosu napadniętych przez złych białych z planety Earth, potrzebowałem choć chwili spokoju od całego zamieszania, świątecznego blichtru i wszędobylskiego kolędowego hałasu.  Takąż to chwilę zafundowała mi najlepsza obecnie filmowa telewizja w tym kraju, Ale Kino!, seansem “Wiosna, lato, jesień, zima…i wiosna” koreańskiego twórcy Kim Ki- Duka.  (Więcej…)

     
    • menetheris 19:08 on 21 Grudzień 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Uwielbiam ten film i czasami powracam do niego w celach wyciszenia. Można śmiało powiedzieć, że dzieło Duka to przeżycie mistyczne.
      Recenzja bardzo udana, oddająca także niemal w pełni to co o owym tytule sądzę( poza tym, że u mnie o gwiazdkę więcej).
      Widziałeś “Pusty dom”?

    • marakeshpl 19:59 on 21 Grudzień 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Taaa… I skup się tu człowieku kiedy pijane mikołaje Ci nad uszami dzwonią śpiewając pijanym głosem patetyczne amerykańskie “kolędy”. Brak w naszych czasach porządnego wyciszenia. Z dużo pośpiechu i wyścigu szczurów. Tylko po co? Jaki jest sens życia… nieważne. Carpe diem.

    • pafffcio 22:00 on 23 Grudzień 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Od czasu obejrzenia Tulpana jakoś mnie nie ciągnie do filmów zbudowanych z prostych obrazów ;) Tym bardziej że widziałem kiedyś wspomniany przez menetherisa Pusty dom tego reżysera i to raczej nie moja bajka.
      Pozdrawiam,
      Pawcio

    • maxcine 23:36 on 23 Grudzień 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Moja bajka również to nie jest. Natomiast widziałem Pusty Dom – bardzo specyficzne kino ‘minimalistyczne’. Dla mnie był lekko nużący, ale ogólnie wrażenie pozytywne. Dla widzów lubiących słowa ubrane w obrazy film idealny, .

  • szymalan 20:36 on 3 November 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Najważniejsze filmy: lata 1962-1964 

    Nóż w wodzie *****

    Clipboard01

    Pełnometrażowy debiut Romana Polańskiego(odejdźmy tu na chwilę od ostatnich głośnych wydarzeń). Film, który otwarł twórcy drogę na cały świat- nagroda FIPRESCI, nominacja do BAFTY, Złota Kaczka czytelników FILMU, a wreszcie nominacja Akademii Filmowej do Oscara, który akurat wtedy powędrował do “Osiem i pół” Felliniego. Federico zresztą ponoć prosił Akademię, aby przyznano wtedy dwa Oscary dla nieanglojęzycznego filmu- także dla Polaka. (Więcej…)

     
    • Lola King 11:48 on 4 Listopad 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      No tak, z wyżej wymienionych to oglądałam jedynie My Fair Lady. Uwielbiam jak ktoś pisze o starych filmach, ponieważ to przypomina mi, ile filmów muszę jeszcze nadrobić, a trochę ich jest. Przede wszystkim właśnie “Nóż w wodzie”, ten film jest pierwszy na mojej długiej liście ;] Niby te recenzje napisane przez ciebie są krótkie, ale są bardzo na temat, i każde pojedyncze zdanie ma sens i widać, że nie znalazło się tutaj przez przypadek. Gratuluję tej umiejętności! ;] Jeśli chodzi o mój nick na filmwebie, to jest to po prostu ‘alexxzandra’. Tylko, że nic tam jeszcze ciekawego nie ma, zostało niedawno przeze mnie założone, nie mam na razie czasu, aby to uporządkować, no i założyłam je przede wszystkim po to, aby móc oceniać filmy. No to tyle. Pozdrawiam ;]

    • suawek 18:44 on 4 Listopad 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      pjerdol najwazniejsze filmy w historii. buka > najwazniejsze filmy w historii. i chooi.

  • szymalan 20:29 on 25 September 2009 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Klasyka kina europejskiego lat. 60 

    Do utraty tchu ***

    Clipboard01

    Dzisiaj dwa zdania (z hakiem) o kolejnych wchłoniętych klasykach filmowych. Ponieważ żaden na mnie większego wrażenia nie zrobił, to i oceny jakieś niepowalające, a recenzje króciutke, bo zwyczajnie nie zdostałem natchnięty do głębszej refleksji. Na początek francuska nowa fala i film “Do utraty tchu” (Więcej…)

     
c
compose new post
j
następny post/następny komentarz
k
poprzedni post/poprzedni komentarz
r
reply
e
edytuj
o
Wykaz /brak wykazu uwag
t
go to top
l
zaloguj się
h
show/hide help
shift + esc
cancel
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.