12 gniewnych ludzi

12 gniewnych ludzi ******

Nie sztuką jest w kinie wymyślanie nie wiadomo czego, gmatwanie opowieści, udziwnianie na wszystkie sposoby formy, lecz pomysły proste i chwytliwe, trafiające w podskórne oczekiwania widzów. Na takim prostym scenariuszowym założeniu jest oparty obraz “12 gniewnych ludzi” -arcydzieło drugiej połowy lat 50-tych, największa psychodrama wszech czasów Hollywood.

Dramaty sądowe mają to do siebie, że po przedstawieniu racji obu stron i wysłuchaniu świadków, wyrok słyszymy niemal od razu. Ominięty zostaje oczywiście żmudny etap debatowania ławy przysięgłych- gdzieś poza kulisami bez kamer i publiczności. Tylko 12 ludzi, którzy roztrząsają całą sprawę podług siebie, aby ostatecznie zadecydować o losie oskarżonego.

Film Sidneya Lumeta zaczyna się więc w momencie, w którym sędzia zarządza przerwę na sali sądowej na naradę ławy, a kończy się kiedy jej członkowie wychodzą z budynku sadu. Fabuła wypełnia więc tylko i wyłącznie posiedzenie “dwunastu gniewnych ludzi” w małym zamkniętym od zewnątrz pomieszczeniu. Sprawa dotyczy morderstwa. Osiemnastolatek pochodzenia hiszpańskiego mieszkający w slumsach: zabił swojego ojca, który go od dziecka maltretował, czy nie zabił?

Film mógłby oczywiście wyglądać tak jak zwykle: wielka sala w sądzie, wszystko niczym celebrowanie, wstawanie, wezwania do zeznań etc. dało by się, oczywiście. Historia byłaby taka sama, wszystkie fakty byśmy poznali. Twórcy jednak zdecydowali się przenieść całość gdzie indziej i tylko z udziałem 12 ludzi. Wydawałoby się, że przy takim minimalizmie film ugrzęźnie na mieliźnie własnego pomysłu: że będzie cholernie nudny i wyczerpujący.

Nic bardziej mylnego. Sprowadzając akcję do dialogowania między sobą dwunastu postaci, na co dzień nie mających nic wspólnego z sądem- scenarzysta zafundował nam świetną psychologiczną grę, która przez swoje ograniczenia przestrzenne nabiera większego napięcia i emocji.Początkowo wszyscy wydają się pewni: winny. Jednak nikt nie argumentuje, większość myśli o tym, że szybko sprawę załatwić i wrócić do domu. Za oknem upał, zbiera się na burzę, a wieczorem mecz.

Problem pojawia się po pierwszym głosowaniu. Jedna osoba mówi “niewinny” i się jazda zaczyna. Aby ława miała dojśc do porozumienia, w takiej sprawie wszyscy muszą być zgodni. Toteż ponieważ każdy ma prawo do własnej opinii, czy im się podoba czy nie, muszą wysłuchać racji wyłamującego się przysięgłego. W sprawie tej kilka faktów wydaje się tak niepodważalnych, iż nie warto w ogóle się nad nimi zastanawiać. Tak też wszyscy rozumują. Wszystko było już na sali powiedziane i teraz tylko wlepić kartkę “winny” i na krzesło z nim. A jednak przysięgły , który się wyszedł z szeregu uważa, że są pewne szczegóły , który przeoczyć nie wolno.

Powoli zaczyna przekonywać resztę. Sens filmu nie polega na takim łopatologicznym przejściu kolejnych ‘gniewnych” z jednej strony na drugą. Najpierw wszyscy niemalże ulegli własnemu i społecznemu konformizmowi: a po co być innym odludkiem, a bo czas na mecz, a bo po co my tu siedzimy itd. Jednak ich przemiana nie polega na tym iż nagle następuje błysk i stwierdzają “on jest niewinny bezapelacyjnie”. Problem na jaki zwraca “przywódca buntowników” jest pytaniem tego rodzaju: Czy my aby na pewno mamy pewność, że nie ma żadnych wątpliwości co do winy chłopaka?

Widzicie?- nie chodzi o stwierdzanie oczywistych spraw, ale chodzi o możliwe wątpliwości. W końcu nie o byle co sprawa się toczy: chłopaka czeka w najgorszym wypadku krzesło elektryczne. Pierwszą rzeczą, jaką słyszymy od bohatera nie jest: on jest niewinny i fuck off. Tylko: decydujemy o ludzkim życiu! Chcecie to załatwić w 5 minut?

Film ukazuje nam jak demokratyczne społeczeństwo mające tak wielką władzę nad jednostką może być kompletnie niezdolne do dyskusji - do popierania swoich sądów logiczną argumentacją. Jak kieruje się własnym egoizmem, konformizmem, czy nawet lenistwem. Popatrzcie: to tacy jesteśmy my, takie jest społeczeństwo! Nikt nigdy nie wie co się dzieje na tajnym posiedzeniu ławy przysięgłych. Przerażające jest jakie instynkty kierują ludzkim umysłem, kompletnie nieświadomym własnej odpowiedzialności. Wydaje się , że wychodzimy z filmu wzbogaceni nie tylko jako widz, ale i jako człowiek: wrażliwszy, cierpliwszy, mądrzejszy.

Film to kultowy, perfekcyjny, stary ale jary można by rzec. O aktorstwie to nawet żal wspominać, czy  o zdjęciach- wszystko jest tu wybitne.

szymalan

Władca Pierścieni Drużyna Pierścienia

Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia ******

Wielki, epicki, niezapomniany- jakkolwiek nie nazwiemy którąś z części trylogii Petera Jacksona, żadne słowo wypowiedziane w ludzkim języku, nie odda tego, czym on faktycznie jest. Tolkien dokonał cudu. Tak, cudu. Napisał powieść - arcydzieło. Stworzył od fundamentów cały świat -Śródziemne- jego rasy, bohaterów i całą historię. Wymyślił języki, rozrysował drzewa genealogiczne, są też mapy. Po latach powieść przeczytał Peter Jackson, który potem lata czekał na ekranizację. Kolejny cud. Dane mu było zrobić to osobiście- reżyserowi, który co prawda objawiał talenty filmowe, ale nie na tyle, aby mu powierzyć realizację takiego widowiska. Jackson chodził od wytwórni do wytwórni i szukał chętnych do nakręcenia obrazu. Pokazywał powstałe w małej wytwórni z kilkoma komputerami proste efekty specjalne, które miały być podstawą gotowego obrazu. W końcu znaleźli się naiwniacy z New Line Cinema, którzy jako jedyni, odnaleźli w przedsięwzięciu jakiś potencjał i zezwolili nie tylko na nakręcenie wszystkich trzech części (inni myśleli z kolei tylko połączeniu całej trylogii w jeden film), ale na zrobienie tego praktycznie w jedynym czasie, bez odstępów. To się w historii kina jeszcze nie zdarzyło.Finalny produkt okazał się rzeczą przekraczającą czyjekolwiek wyobrażenia.

Film trwa trzy godziny, a po seansie widz domaga się jeszcze więcej. To absolutne mistrzostwo- reżyser w inteligentny sposób połączył możliwości nowoczesnej techniki z opowiadaniem hisorii po staroświecku, bez efekciarstwa, bez idiotyzów, bez skażenia amerykańską głupotą. Ten film nic od nas nie chce, nieczego nie oczekuje. Jest bezpretensjonalny, nie sili się na oryginalność, czy artyzm. Wydaje się niemal prezentem, czymś od serca dla serca. Posunął bym się dalej i powiedziałbym, że dla takich filmów powstało kino.

Peter Jackson wyszedł w glorii i chwale z tego projektu z prostej przyczyny. Zrozumiał powieść i dzisiejszego widza i jego potrzeby. Połączył to ze sobą i się mania zaczęła. Ze swojego przykładu mogę powiedzieć, że na początku, kiedy cała histeria się zaczynała dopiero “Lotr” był mi dość obojętny. Kiedy widziałem w kinie “powrót króla”, a był to szczyt szumu wokół filmowej trylogii, uznałem to za nudziarstwo czystej postaci. Kiedy jednak fala opadła i obraz spowszedniał, zabrałem się za trylogię od początku. Bez obciążenia, na spokojnie. Wtedy ten film ujawnił przede mną zupełnie inne oblicze. Zobaczyłem w nim nie arcydzieło, bo to wyświechtane słowo. Zobaczyłem w nim dzieło sztuki filmowej. Obraz, z którego blask bije w każdym kadrze. Dałem się porwać duszą temu filmowi. Obejrzenie na DVD materiałów dotyczących powstawania filmu, utwierdziło mnie w jednym. Tak jak napisałem na początku- Jackson zrozumiał książkę.

I to wydaje mi się najważniejszą zaletą filmu. Bo rozpisywać się nad stroną techniczną nie ma po co. Bo musiałbym się rozdrabniac nad miliardem elementów począwszysch od kostiumów, scenografii…kończąc na muzyce, udźwiękowieniu..etc…Hollywood dumnie pręży muskuły. Od strony realizacyjnej jest to rzecz perfekcyjna. Tu jednak mnie zachwyca przede wszystkim treść.

Reżyser kładzie nacisk na bohaterów i pierścień. Zna doskonale akutalny stan emocjonalny poszczególnych postaci i wie, jaki wpływ ma na to pierścień. Pierścień jako symbol wielkiej potęgi i władzy, z którą nie należy igrać. Której użycie ściąga sługi złego. The Master Ring lub jak kto woli The One Ring, to maleńki przedmiot, od którego zależą losy całego świata. Można by nawet powiedzieć, że to on jest głównym bohaterem filmu, bo to jego losy obserwujemy. On wpływa na decyzje i motywacje bohaterów. Jedną z najważniejszych, znaczących scen filmu, która została wymyślona [rzez scenrzystów, nie pojawiła się w książce, jest ta w której Frodo upuszcza w górach Pierścień i podnosi go Boromir. “Cierpimy męki i cierpenia dla czegoś tak maleńkiego”-mówi wtedy Boromir z Gondoru.  Z twarzy poszczególnych członków Drużyny wyczytujemy ich stosunek do całej misji.

Cały film to jedna wielka przygoda, która swój początek ma w chwili w ktorej narrator mówi głosem Galadrieli: “Podniosła Go istota namniej do tego powołana. Hobbit , Bilbo Baggins z Shire’u(…) Nadchodzi bowiem czas, że Hobbici decydować będą o losach wszystkich.” stateczne rody hobbickie zyją sobie gdzieś tam, hen daleko. I nagle zaczyna się moment, w którym lud ten ma szanse udowodnić, że też się liczą w grze.

Pomiędzy Ludźmi, Hobbitami, Czarodziejem, Elfami i krasnoludami zachodzi autentyczna chemia, co przedłuża nieśmiertlenosć tego filmu. Może efekty specjalane się zestarzeją (już trochę się starzeją), jednak bohaterowie przetrwają i będa dalej żywi.

Wszystko zresztą w tym filmie się ze sobą integruje. Sceneriusz z aktorami, aktorzy ze scenografią (Rivendell <3), scenografia z efektami, a efekty komputerowe z dźwiękiem i muzyką.

Tak oto na podstawie wielkiek książki powstał wielki film. Sami widzicie, trudny do opisania i zrecenzowania. Ten film należy do tych, które lepiej się ogląda niż o nich mówi (znam takie, że jest dokładnie na odwrót).

szymalan

Mechaniczna pomarańcza

Mechaniczna pomarańcza *****

Kolejny znakomity, perfekcyjny, niezapomniany film Stanleya Kubricka. Patrząc na jego filmy, wiedząc jak potrafił wyprzedzić i ideologicznie, i wizualnie swoimi filmami epoki, aż strach pomyśleć co nakręciłby, jak wykorzystałby możliwości kina dzisiejszego, gdyby nadal żył. Kubrick to jeden z nielicznych reżyserów w historii, których obdarzyłbym epitetem “wizjoner”. Nie skupiał się na jednym gatunku, w jego filmach grywali różni aktorzy, jego samego zresztą nie da się zaszufladkować do niczego, chyba poza szuflada z napisem”mistrz”.

“Mechaniczna pomarańcza” to futurystyczny obraz, oparty na skandalizującej powieści Anthony’ego Burgessa, opisujący losy świata bez zasad, cynicznego. pełnego bezkarnej przemocy i dewiacji na każdym kroku. Bohaterem tej historii jest Alex- na co dzień przykładny nastolatek, który jest dobry dla rodziców, słucha muzyki poważnej (szczególnie ukochanego Ludwiga Van Beethovena), nocą jednak pokazuje swoje drugie oblicze. Przewodzi grupce młodych mężczyzn, którzy wkradają się nocami do domów, spędzają godziny w miejscowym barze, nic dla nich prawo i moralność.

Kiedy więc zostaje pewnego wieczora zdradzony przez członków swojej bandy (wobec których był władczy i arogancki) , akurat przez zupełny przypadek zabija kobietę, do której domu się włamał. Przyłapany, trafia wkrótce do surowego więzienia, pełnego zboczeńców i psychopatów. Bliskie układy z kapelanem więźniów, otworzą przed skazanym na 14 lat Alexem, nową możliwość. Albo spędzi cały wyrok w pierdlu- albo podda się eksperymentowi, który ma go w 2 tygodnie na zawsze wyleczyć z przemocy wobec innych…

Mistrz radzi sobie z tak trudnym tematem znakomicie. To hipnotyzuje nas niesamowitą scenografią, kreacją bohaterów, to wstawi fragment znanego utworu muzyki poważnej abyśmy rozkoszowali się tym , co leci w głośników. Kubrick z “mechanicznej pomarańczy” zrobił 3 częściowy spektakl filmowy. W pierwszej części główny bohater wraz z swoimi kumplami pokazują, że nie ma żadnych zasad i nie ma żadnych ograniczneń dla młodego człowieka. W drugiej Alex przebywa w więzieniu- tam nie wiadomo do końca, czy faktycznie chce być dobry, czy tylko zależy mu na szybkiej wolności (chyba raczej to drugie)-ale poddaje się eksperymentalnemu leczeniu. Ostatnia faza filmu, moim zdaniem najciekawsza, najlepsza i najważniejsza-pokazuje reakcję społeczeństwa na powrót już wyleczonego chłopaka. Kubrick stawia pytanie o możliwość całkowitej resocjalizacji w świecie pełnym pokus, pełnym złych typów czających się za każdym rogiem. Czy społeczeństwo może wybaczyć bohaterowi to co kiedyś zrobił? Czy resocjalizacja lub tego rodzaju leczenie może usprawiedliwić czyny z przeszłości?

W pewnym sensie jest to przede wszystkim film o tym, jak społeczeństwo traci kontrolę nad ludźmi-nie ma litości, miłości i dobroci. Te dwie ostatnie symbolizują ową pomarańczę. Mechaniczna dobroć\miłość. Bo lepiej wpajać coś łopatą do głowy, pokazywać przeraźliwie okrutne obrazy filmowe, aby zmienić człowieka. Wpoić mu do głowy miłość do drugiego człowieka. Miast wysiłku fizycznego, dokonac trochę wysiłku emocjonalnego. Tak więc jest to film bardzo ogólny, uniwersalny, a wręcz wydaje się bardzo współcześnie dopasowany.

szymalan

Łowca Androidów

Łowca Androidów- ostateczna wersja reżyserska *****

Na początku było słowo, czyli powieść Philipa K. Dicka “Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”. W niej Dick opisał świat futurystyczny, w którym po nuklearnej katastrofie ludzie zastąpili zwierzęta domowe -psy, koty, konie, owce- ich sztucznymi kopiami. Ludzie wytworzyli pozaziemskie kolonie, gdzie zatrudnili niemal identyczne kopie samych siebie. CI zaś wszczęli bunt (bo mają tylko 4 lata życia, bo mają przeprowadzane jakieś idiotyczne psychologiczne testy..), który po cichu stłumić mają specjalnie wyszkoleni do zabijania androidów tak zwani Blade Runner- Łowcy Androidów. Jednym z nich jest detektyw Rich Deckerd (Harrson Ford)- główny bohater filmu. Otrzymuje zlecenie załatwienia 4 replikantów. Jednak im dłużej z nimi przebywa i ich poznaje, tym bardziej wątpi w sens swojej pracy. Rozmaite rozmyślania prowadzą do paradoksalnych wniosków na temat istoty człowieczeństwa.

“Łowca Androidów” to naprawdę niezwykły film. Bo niezwykłe jest też jego droga do dzisiejszej ostatecznej wersji reżyserskiej, która niedawno ukazała się w polskich sklepach na DVD. Pierwotnie reżyserem miał być Martin Scorsese, jednak dość szybko wycofał się z projektu. Prawa do ekranizacji książki Dicka wykupił mało znany ambitny aktor Hampton Fancher, który wręcz uparł się, aby “Blade Runnera” wyreżyserował Ridley Scott. W 1979 roku ukończony był już scenariusz filmu, budżet 28 milionów dolarów (dosyć sporo jak na tamte czasu)zamknięty, jednak zdjęcia ruszyły dopiero dwa lata później.

Film zrealizowano trzeba przyznać w ciężkich bólach. Reżyser wyobraził sobie jak powinien wyglądać ten obraz, kiedy kiedy w latach 70. włóczył się po HongKongu, podpatrując narkomanów w dzielnicy portowej. To tam odnalazł mieszankę zła i szaleństwa, potrzebną w takim filmie jak “Łowca Androidów”. Wg Scotta, film miał być bardzo oryginalną, awangardową wizją w formie bardzo mrocznego, klimatycznego komiksu -kryminału okraszoną licznymi walorami wizualnymi. Te koncepcje, tak często krytykowane potem przez recenzentów, przyczyniły się do powstania filmu niebanalnego , pozbawionego uproszczeń, o co ciągle wołali producenci filmu, który wiedzieli iż w tamtym czasie najlepiej sprzedawały się produkty łatwe i lekkie. Amerykańska widownia zachwycała się “Gwiezdnymi wojnami”, “E.t” i “Star Trekiem”, podczas gdy “Łowca Androidów” -poruszający dylematy egzystencjalne, z poważnymi dialogami i poważnymi pytaniami bez prostych odpowiedzi, stał się finansową klapą.

Było niemal pewne, że “Łowcę Androidów” czeka śmietnik ambitnych porażek, skoro film zwrócił się tylko w połowie i nie był chętnie oglądany przez widzów. Taki los jednak spotkał niemal wszystkie filmy, które po latach okrzyknięto arcydziełem. I tak jest w tym przypadku. Nagle, po latach, ludzie zaczęli zachwycać się filmem Ridleya Scotta. Analizowali, rozmyślali podczas rozlicznych pokazów telewizyjnych i seansów na wideo. Film powoli urastał do rangi kultowego. Nagle z pustego, trudnego widowiska wyłoniła się niejednoznaczna, mroczna i poetycka opowieść poruszająca tematy rangi dośc wysokiej. Filozoficzne pytana o naturę człowieka, czy też religijne metafory relacji człowieka z Bogiem. Scott otrzymał od widzów mnóstwo uwag na temat pierwszej kinowej wersji filmu i zaproponowano mu przemontowanie obrazu i pokazanie widzom wersji reżyserskiej. Skończyło się na pokazaniu wersji roboczej, która wszelkich zmian nie uwzględniała. W roku 1992 weszła na ekrany kin i stała się wielkim hitem.

No więc dlaczego dopiero po latach film zyskał status kultowego? Ano odpowiedź jest prosta:wykreowana w nim wizja wyprzedziła epokę. Nie pasowała do w miarę spokojnych lat 80. kiedy o wszelkich cyber-zagrożeniach przyszłości nikt jeszcze nie myślał. Dziś mamy XXI wiek, wszystko opanowały niemal komputery i mechanizacja. Taka wizja idealnie wpasowuje się właśnie akurat teraz. Do tego jeszcze  mamy czasy kryzysu religijnego, ludzie zadają sobie pytania o naturę człowieka. “Łowca Androidów” robi się wręcz przerażający w swojej wymowie.

“Widziałem rzeczy, w które wy, ludzie, nie bylibyście w stanie uwierzyć(…).Wszystkie te chwile przeminą bezpowrotnie, porwane strumieniem czasu, jak łzy w strugach deszczu…Czas Umrzeć…”- czy takie słowa mógłby wymówić umierający Bóg? Czy jego śmierć przyniosłaby odkupienie tym, którzy wydali nań wyrok, mylnie uznając za demona zniszczenia? Czy byłoby to zamknięcie ostatecznej szansy na poznanie wiedzy o istocie dycha, który zdolny jest zamieszkać nawet w maszynie? Czy stworzona przez Dicka na podobieństwo człowieka emanacja Boga miała nam uświadomić, że dar wolności nieskończonej i podobieństwo do Stwórcy oznacza również odpowiedzialność za to co sami tworzymy?

Ridley Scott zadaje pytania o istotę człowieczeństwa. Jeżeli wyobrazimy sobie oś, na której mamy zero-oznacza materię nieożywioną, a nieskończoność oznaczać będzie absolutnie najwyższy poziom uporządkowania- Boga, człowiek musi znajdować się gdzieś pośrodku skali. Co nas różni od androidów, skoro i one zdolne do uczuć, marzeń? Czy w sferze duchowej w ogóle cokolwiek nas dzieli? Jaka jest różnica między człowiekiem a Bogiem? Przecież to właśnie te maszyny myślące, nadają nam status Stwórcy. Wszystko to pytania bez odpowiedzi, co jest rzeczą najwspanialszą w tym filmie.

Scott nakręcił zatem film absolutnie genialny, przełomowy. Owszem, nie powiem, oglądałem pierwszy raz i chwilami mnie trochę przynudzał. Jednak im dłużej o nim myślę, tym wydaje się jeszcze doskonalszy. Takie filmy najbardziej docenia się po którymś tam dopiero seansie. jednak co najważniejsze: mamy chyba najbardziej wyrafinowany wizualnie film s.f w historii kina. Mroczny, gdzieś tam pokapuje deszcz, dziesiątki neonów oświetlają mroki ulic. Zresztą nie ma o czym mówić. To znaczy jest, ale tyle, że lepiej włączyć film i zobaczyć. To niesamowite połączenie futurystyki z klimatami Los Angelem plus motywy azjatyckie, a nawet starożytnego Egiptu. Ale film jak udowodniłem już wcześniej, nie jest jedynie pokazem wyprzedzających epokę efektów specjalnych i klimatu zawieszonego między zdegradowaną przeszłością, a zdehumizowaną przyszłością. Scott udowodnił, że fantastyka też może się do czegoś przydać, nie tylko do kreowania nowych światów. Może też być dziełem na poważnie. Stawiającym odważne, ważne pytania światu widzialnemu.

szymalan

(1937) Towarzysze broni

****

Niewiele powstało w historii kina filmów, których akcja miała miejsce w czasach I wojny światowej. Nie była ona tak atrakcyjna pod względem militarnym dla masowego widza, jak druga wojna, trwała nieco krócej, ale walki toczyły się głównie w okopach, toteż jakichś wymyślnych fabuł wymyślać nie sposób nie wiadomo jak długo. Na szczęście dla kina Jean Renoir nakręcił “Towarzyszy broni” - film, który mocno przypomina współczesne, czy chociażby pewne kultowe opowieści, ale mówiące o II wojnie światowej. Stąd film ma wyraźnie coś w sobie bardzo uniwersalnego. Francuski reżyser sam walczył w katach 1914-18, a swój mundur wykorzystał w “Towarzyszach…”.

Historia, jak napisałem, dosyć mocno przypomina wiele podobnych tylko że z czasów II wojny. Grupka francuskich pilotów zostaje schwytana przez Niemców i trafiają do obozu w niewolę. Tam od początku myślą tylko o ucieczce, niczym Franek Dolas i jego początkowa kompania, podkopują się przez ścianę. Jednak szybko i niespodziewanie zostają przeniesieni do innego obozu, w zupełnie innej miejscowości. Tam ponawiają plan.

Wojna to jak wiadomo nie od dziś, a ostatnio najciekawszym ‘filmowym’ potwierdzeniem tej tezy był eastwoodowski dyptyk o bitwie o japońską wyspę Iwo Jimę, zderzenie się dwóch kultur. Wszystkie maski spadają,spotykamy osoby innych narodów, płci, stanu majątkowego, poglądów i religii, ale na froncie liczy się tylko ojczyzna. Liczy się kraj, świadomość granic, świadomość przynależności. I tak też w tym filmie rysuje się taki przekrój społeczeństwa, ludzi którzy spotykają się na wojnie, choć na co dzień nie mają ze sobą nic współnego. Do końca pozostają solidarni.

Kino to proste jak budowa cepa, przesłanie jak widać, podane jak na tacy. Czy warto poświęcić 115 minut, które i tak chwilami się chwilami dłużą? Miłośnicy kina wojny z pewnością docenią pieczołowitość w realizacji, miłośnicy kina w ogóle- docenią aktorki warsztat Jeana Gabina, Pierre’a Frresnaya, a przede wszystkim słynnego z roli majora von Rauffensteina, Ericha Vo Stroheima. A poza tym, to jakoś mnie ten film nie zwalił z nóg…

Może to wina “Nietolerancji” i “Narodzin Narodu”, które w batalistyce i kinie wojennym na razie rządzą, jeśli chodzi o nasz przegląd najważniejszych filmów w dziejach kina?

szymalan

(1934) Atalanta

****

Oglądamy zaraz na samym początku, jak młode małżeństwo wychodzi prosto z kościoła, akurat po przyjęciu sakramentu ślubu. Jednak zamiast kierować się na wesele i imprezować do białego rana, udają się do miasteczkowego portu L’atalante, aby wyruszyć w spokojny małżeński rejs. Na Atalancie jednak kapitanem jest człowiek bardzo dziwny: ekscentryk, wyglądający jak prosto z rynsztoka, nieogolony (ogólnie nie zadbany o siebie), infantylny do granic wytrzymałości i natrętny. Podobnie jego majtek. Zaczyna się niepokojąca gra psychologiczna pomiędzy ludźmi na statku, która powoli sięga granic wytrzymałości.

Pytania prostackie jak nic, rzucają się podczas seansu: No czego pragną świeżo upieczeni małżonkowie? Czy naprawdę dobre jest rozbuchane wesele, przedtem gromada ludzi stojąca i krzycząca przed kościołem? Lawina życzeń i prezentów, uścisków, pocałunków, podawania rąk etc.? Czy naprawdę tego oczekują? Bohaterowie tego filmu najwyraźniej nie za bardzo, więc uciekli od tej maskarady. Jednak pośród delikatnie szumiącej naokoło wody i względnej ciszy na pokładzie, spotkali niestety jak by to powiedział Osiołek ze “Shreka” - “taką niezręczną ciszę, co nie?” Tak naprawdę tutaj już na świeżo ich małżeństwo, miłość i zaufanie, zostało przetestowane. Kobieta: daje się zabawiać obleśnemu nieco kapitanowi. Mąż w ogóle się nie zainteresował swoją żoną podczas rejsu, choć ciągle jej obiecuje wielkie i pełne spokoju voyage. W tym nieustannym poczuciu niespełnienia i rozczarowania, jakie dała im próba stałego związku, próżno szukać romantyzmu. A jednak film potrafi zauroczyć. Przede wszystkim film jednak dostarcza sporo napięcia i emocji.

Szkoda, że nie dane nam było zobaczenie ewentualnych kolejnych dzieł reżysera “Atalanty” Jeana Vigo, który zmarł jeszcze nawet przed premierę tego filmu. Było to też jedyne długometrażowe dzieło Vigo- którego jest także autorem scenariusza. No i choćby przez osobę reżysera, warto podtrzymać pamięć o tym filmie. Ja polecam!

szymalan

(1934) Młody las

****

Jest rok 1905. Ziemie polskie pod zaborem rosyjskim. Uczeń Jan Walczak sprzeciwia się swojemu nauczycielowi, który twierdzi że największym wodzem był Suwakow. On wraz z klasą twierdzą, że największym był Napoleon. Grono pedagogiczne podejmuje decyzję, że jeśli uczeń nie przeprosi publicznie i nie uzna Suwakowa za największego wojownika, to zostanie usunięty ze szkoły. Szantażują go jego ciężko pracującą matką, która liczy, że syn się wykształci i dojdzie do czego w życiu.

Staroświecki film, ale bardzo ważny z punktu widzenia historii. Pamiętacie taki nowy film Jędrka Wajdy “Katyń”?- obydwa mówią o tym samym. O postawionym pod ścianą narodzie, który musi wybierać pomiędzy osobistym życiem i szczęściem, a patriotyzmem. Ten jednak, czarno biały film z zarywającą się taśmą, ma coś więcej- mówi o sile słowa. Sile słowa, które może zadziałać mocniej niż huk dział armatnich i świst kul z karabinów maszynowych, zwłaszcza w ustach młodego człowieka, który nie patrzy na siebie, ale patrzy na cały naród.

Warto zobaczyć, chociaż życzę powodzenia w szukaniu tego filmu. :D

szymalan