Mamma mia! ****

Abba- muzyczna miłość kolejnych pokoleń, wielki szwedzki zespół porywający tłumy słuchaczy do śpiewu i tańca- teraz ich piosenki inspirują amerykańskich filmowców. “Mamma mia!” to prosta i wtórna fabułka, która wykorzystuje praktycznie wszystkie najważniejsze przeboje Abby. Jak wyszło? Hm…nieźle. W każdym bądź razie na czwórkę zasłużyła tutaj tylko oprawa muzyczna. Bo gdyby wyciąć fragmenty “śpiewane” , oceniłbym ten film na co najmniej jedną gwiazdkę mniej.
Gdyby nie “Nieznajomi”, film miałby najbanalniejszy scenariusz roku prawdopodobnie. Oto co wymyślono: jest 3 byłych facetów z przyszłości matki młodej dziewczyny nieświadomej, który z nich jest jej ojcem. Jest owa matka (Meryl Streep), podstarzała hipiska i jej podobne dwie prze-zwariowane przyjaciółki z młodości, jest też wspomniana córka i jej dwie bliskie przyjaciółki. I jest też wielkie wesele na greckiej wyspie, gdzie mieszkają bohaterki w skromnym domu. Matka nie spodziewa się spotkać trzech byłych kochanków w jednym czasie.
Zrobiliście już wielkie oczy? No tak, tam naprawdę NIC więcej nie ma. Cała reszta to maraton piosenek Abby śpiewanych w odpowiednich momentach przez odpowiednich aktorów. Film jest potwornie kiczowaty. Kicz wylewa się strumieniami z kolejnych piosenek i dialogów. Z kreacji bohaterów, z ultra sztucznej scenografii, z przedziwnej choreografii tańców. Całe to pląsanie, skakanie, podśpiewywanie i dziwne miny do kamer- czy to w ogóle jest do oglądania?
Tak, tak- dobrze zrozumieliście. Mamma Mia! to bardzo słaby film. Nie ma tu krytyk czego szukać, stąd rażące noty w “Gazecie Wyborczej” i “Filmie”. A jednak ja wlepiłem 4 gwiazdki. I nie uważam tego za żadnej hipokryzji- choć może i jej mały procent w tym jest, ale ja nie pamiętam, żeby jakikolwiek film wprawił mnie ostatnio w tak dobry nastrój. Z”Mamma Mia!” wylewa się nieskończony ładunek dzikiej energii-potwornie szybki montaż, wszystko kręcone niemal na jednym oddechu, aż widz ma ochotę wstać i zacząć klaskać, śpiewać i tańczyć. Bo nie ma takiej siły, która sprawiłaby, że ktoś nie potrafi się dobrze bawić słuchają choćby “Dancing Queen” czy samej “Mamma Mia”. Mamy tu nawet w zasadzie nie tyle do czynienia z filmem- co z wielkim muzycznym wydarzeniem. Az prosi się o specjalne seanse, podczas których w scenach piosenek ludzie śpiewaliby do mikrofonów i tańczyli w jakiejś wielkiej auli. Bo takie właśnie są piosenki Abby- proste i porywające publikę. Noga sama zaczyna tupać z ekscytacji, zaś na twarzy pojawia się uśmiech od ucha do ucha. A jeśli za wodzirejkę ma się do tego takie osobistości jak Meryl Streep, Pierce Brosnan, czy świetna młodziutka Amanda Seyfired to możemy być pewni, że o nudzie mowy nie będzie. Aż żałuję, że film oglądałem tak późno wieczorem i czar seansu szybko prysnął wraz z pójściem do łóżka.
Nie traktujcie więc tego jak filmu- tylko jak wizualizację do kolejnych piosenek Abby. Nastawcie się na czysto rozrywkowy charakter i odrzućcie racjonalne myślenie. Aby się dobrze bawić- to nie trzeba filmu mądrego, inteligentnego, z wypchanym psychologią scenariuszem. Nie trzeba być idiotą bez mózgu i smaku. Trzeba po prostu…być.
szymalan


