Australia ***

Świat u progu II wojny światowej. Arystokratka z Anglii, lady Sarah Ashley (Nicole Kidman) przybywa do dalekiej Australii, by tam odnaleźć swojego męża i przyśpieszyć sprzedaż ich farmy. Kiedy znajdzie się na miejscu, okaże się , że mąż nie żyje, tym samym pozostawiając jej w spadku pod opiekę ranczo wielkości Belgii i 2 tysiące sztuk bydła. Musi się przeciwstawić bezwzględnemu magnatowi, który podkrada jej bydło, a sam chce także przejąć i jej ranczo. Nowego stylu życia nauczy jej miejscowy poganiacz bydła (Hugh Jackman), w którym wkrótce się zakochuje.
Zrealizowany z wielkim, jak na hollywoodzkie stadarty przystało, rozmachem, melodramat miał stanąć w tym samy rzędzie, co “Titanic”, “Casablanca” ,czy “Przeminęło z wiatrem” – filmy, które przecież przeszły do historii kina. W “Australii” takiego potencjału nie zauważam. Jest za mało romantyczny, zbytnio przeładowany wątkami, lekko niespójny narracyjnie (dostajemy jakby dwa filmy w jednym: część pierwszą i jej sequel) i przede wszystkim zdecydowanie za mało emocjonujący. Od melodramatu z wielką historią w tle oczekujemy wzruszeń- pierwsze moje spotkanie z “Australią” było ich pozbawione. A zapewniam Was, że jestem człowiekiem sporo wrażliwym i potrafię nawet uronić łzę na niejednym ich wyciskaczu.
“Australia” ma za to inną zaletę. Kapitalnie się ją ogląda -do tego stopnia, iż prawie trzygodzinny seans mija bez znużenia, a a po nim nie czuć wcale zmęczenia. Bo choć film ma przypominać stylistycznie filmy z lat 40-50. -to muszę przyznać, że dawno nie widziałem tak wspaniałych nowoczesnych ujęć, czy oświetlenia w żadnym filmie. Mistrzowski montaż nie pozwala oderwać wzroku, a jeszcze jak się patrzy na taką piękną aktorkę jak Nicole Kidman, to z pewnością nie sposób zasnąć na “Australii”. Kidman chwilami szarżuje, chwilami oszczędnie dawkuje emocje- nie, to nie jest rola wybitna, ale wyobrażam sobie że mogło być znacznie gorzej. Słabiej wypada najseksowniejszy mężczyzna świata i tegoroczny gospodarz gali Oscarowej , czyli Hugh Jackman. Raczej gra bez zaangażowania, bez charyzmy, bez uroku, jakimi powinien być obdarzony aktor w tej roli.
Wspaniałe pejzaże Australii, widowiskowe pogonie bydła, sceny batalistyczne- nic z tego nie wynika, nic się szczególnie nie klei, film jest ładny dla samego bycia ładnym. Trochę ciekawszy jest jedynie wątek aborygeńskich dzieci zabieranych od rodziców przez białych. I ich późniejszy, smutny los- jedna z takich historii to niemal centralny wątek filmu.
Zatem: warto, czy nie warto? A tam, obejrzyjcie!
szymalan
ktrya 17:34 on 21 lipiec 2009 Bezpośredni odnośnik |
Mam w planie obejrzeć, czeka na swoją kolej.
menetheris 22:47 on 21 lipiec 2009 Bezpośredni odnośnik |
Znakomicie zrealizowany, lecz mnie nie wciągnął. Może sobie jeszcze kiedyś powtórzę, ale na razie “tylko” dobrze.