Batman Rycerz Gotham

Batman: rycerz Gotham ****

“Batman: Rycerz Gotham” to film animowany, który wychodzi na świecie na DVD niemal równo z wchodzącym do kin “Mrocznym Rycerzem”. I zgodnie z zapowiedziami, film sytuuje się fabularnie pomiędzy “Batmanem Początekiem” a właśnie filmem “The Dark Knight”. Krótko mówiąc zobaczymy jak wyglądały pierwsze kroki Człowieka Nietoperza jako Rycerza-strażnika miasta Gotham.

Zwykle podchodzę ze sporym dystansem do tego, co wchodzi od razu na DVD,ale tej produkcji warto sie przyjrzeć. Ostetcznie film wydało studio Warner Brother a współproducentem jest DC Comics, więc ma się co bać, że to jakaś podróbka. Warto się przyjrzeć- aczkolwiek mam mieszane uczucia.

Na obraz składa się 6 nowelek, każda autonomiczna, opowiadająca zupełnie inną historię. Jedne lepsze, inne gorsze, ale w zasadzie żadna nie powala. Zresztą nierówności to największy grzech kina nowelowego Jeszcze gorzej z szukaniem w tym wszystko jakiegoś wspólnego mianownika. Obserwujemy jak Batman obala kolejne mity na swój temat, jak w młodości odczuwał swoje pierwsze moce, po raz 18546245 oglądamy scenę śmierci rodziców młodego Bruce’a Wayna, spotkamy też Alfreda- lokaja Waynów. Każdy filmik trwa od 10-15 minut. W takim czasie niestety nie ma szans na porządnie rozkręcenie akcji i utrzymanie napięcia. Ledwie się wkręciłem w parę naprawdę dobrych scen akcji- ekran szybko ciemniał i pojawiał się tytuł nowej historyjki. Ech.Ale gdzie w tym wszystkim jakaś głębsza, ogólna myśl??

Sama animacja jest chwilami bardzo ładna i efektowna- pełna detali i mroku. Choć z samym komiksem wspólnego wiele nie ma. To raczej autorska wariacja na temat świata Batmana. Samych aluzji do filmów aktorskich Nolana też ciężko tu szukać. Animacja ta w zasadzie do świata Batmana nic szczególnego nie wnosi. Bez wyrazistych postaci i bez konkretnych zdarzeń. Tylko dla fanów.

szymalan

Napisane w komiks. Bez komentarzy

Superman: powrót

Superman: powrót ***

Nie należałem nigdy do fanów Supermana, ale na dobrą porządną filmową rozrywkę mogłem chyba liczyć, prawda? Taką, jaką był na przykład “Superman” z Christopherem Reevesem z 1976 roku. Niestety, “Superman Powrót” już w chwili, kiedy wyszedł, był obrazem trudnym do połknięcia, a teraz, kiedy na ekranach gości “Mroczny rycerz”, a za nami seanse “Spider Mana 3″ i “Wanted”, to już naprawdę film trudny do wytrzymania.

Z plątaniny wątków wyciśnijmy główny. Superman, pochodzący z Kryptonu człowiek o nadludzkiej sile, powraca po 5 latach nieobecności na Ziemię, do swojego miasta, gdzie mieszkał, do Metropolis. Tam znów zatrudnia się w redakcji Daily Planet, spotyka starych przyjaciół, odnawia kontakty z piękną Lois Lane, a także zmierzy się z zagrażającym Ziemi szalonym Lexem Luthorem, który ma plany wybudowania własnego, idealnego kontynentu, co ma się skończyć śmiercią miliardów ludzi. Czy połączy wątki swojego na nowo składanego życia z ważną misją ratowania ludzi przed złem?

Po dzisiejszych obchodach święta mojej szkoły i ponad 2-godzinnym trzymaniu transparentu, ręce mnie bolą tak, że dużo dziś nie napiszę. Także  w telegraficznym skrócie: “Superman” nie tylko nie wpasował się w obecne czasy- czasy zagrożenia ze strony terroryzmu i bezlitosnych korporacji, ale przede wszystkim nie oferuje nam nawet jako takiej rozrywki na poziomie. Trwający ponad 2,5 godziny film owszem ma swoje wielkie chwile, ale czymże to jest wobec tej nieznośnej nudy, który swój początek ma mniej więcej w połowie filmu? Efekty specjalne są okazałe, całość realizowana z rozmachem, nie pozostawia wiele do życzenia. Jednak nad resztą elementów filmu to tylko płakać: aktorzy przeważnie drewniani snują się po ekranie tylko przeszkadzając (Barndon Routh, Kate Bosworth są tutaj mdli aż do przesady), istotny dla takiego kina motyw romansu tonie w natłoku wątków, podobnie zresztą walka z głównym antagonistą Supermana- Luthorem (jedyny atut aktorski filmu - Kevin Spacey). No i przede wszystkim zabrakło tu emocji- tego, co ja uważam za najważniejszy element każdego filmu . W mojej opinii poza świetną muzyką i dobrymi efektami, to nic w tym filmie nie ma godnego zapamiętania .A sequel już ponoć w drodze.

szymalan

Iron man

Iron Man ****

Mody na ekranizacje komiksów ciąg dalszy. Ten powstał w stajni Marvela, narysowało go kilku utalentowanych gości, a wśród nich takie gwiazdy jak Stan Lee, który również pojawia się jako ciekawostka w samym filmie. Ten zaś traktuje o multimilionerze Tonym Starksie, który zajmuje się pokoleniowym interesem w fabryce nowoczesnej broni obronnej dla armii USA. Kiedy jednak pewnego razu nasz bohater zostaje porwany przez terrorystów i zmuszany do budowy swojej rakiety o nazwie Jerycho, wpada na pomysł, żeby zbudować pancerz, który uczyniłby z niego nadnaturalnie silnego tytana, który chętnie pomoże w potrzebie. Kiedy wróci z powrotem cudownie ocalały do firmy, już nie chce budować broni. Koniec z byciem posłańcem śmierci. Teraz będzie już tylko udoskonala swój metalowy kostium i wkrótce jako Iron man zmierzy się z swoim pierwszym wielkim przeciwnikiem.

Nic specjalnego, a jednak warto obejrzeć. I dla bardzo dobrze obsadzonego w roli Starksa Roberta Downeya Jra, i dla ciekawego podejścia do superbohatera, który niemal co chwilę obrywa i głównie dzięki kogoś pomocy wychodzi cało. Zresztą Starks to człowiek na co dzień dosyć cyniczny, sporo pije i nie wie, kiedy zażartować. W sumie, gdyby nie on sam, byłoby dosyć nudno. jak bohaterowie drugiego planu, czy główny antagonista Iron Mana. Stąd też finałowa,typowa dla konwencji “walka tytanów”, jest tutaj nużąca i pozbawiona napięcia. Co z tego, że efekty specjalne są porządne , co z tego, że w tle przygrywa Black Sabbath, czy AC/DC- filmowi daleko do “Spider Mana”, czy “Transformersów”. Przyznam się bez bicia- bawiłem się całkiem nieźle, czas zleciał w miarę szybko, w życiu nie nazwałbym “Iron Mana” filmem nieudanym. Ale mimo to, nie jest to dzieło, do którego chciałbym szybko wrócić.

szymalan

Napisane w komiks. 1 Komentarz »

Hellboy: Złota Armia

Hellboy: Złota Armia ***

Hellboy po czterech latach od premiery pierwszego aktorskiego filmu powraca w kolejnym obrazie Guillermo Del Toro. Tylko po co?

Ongiś ludzie zawarli z fantastycznymi stworami pakt pokojowy, kiedy korona Władcy Złotej Armii(armia to niezniszczalna, nieznająca głodu i zmęczenia) została podzielona pomiędzy ludzi i elfów. Pakt zostaje zerwany, kiedy książę Nuada pragnie zdobyć władze nad Ziemią. Czoła stawi mu Hellboy i i inni znajomi z biura ds. Zjawisk Paranormalnych.

I to w zasadzie było by tyle. Cała fabułka, sklecona jakby na kolanie, jest tutaj tylko i wyłącznie pretekstem do kolejnych, długich scen akcji, w których nasz czerwony super heros używa argumentów siły, aby złe potwory zostawiły matkę Ziemię i poleciały w kosmos.

Ok. Obejrzałem pierwszą część “Hellboya”. Przymknąłem oko na dziwaczny scenariusz, pozbawiony płynności. Przymknąłem oko na bardzo dziwną konwencję, która jakoś nie pozwala się wciągnąć w świat filmu. Uznałem, że to pierwszy film i Del Toro wie co robi, że tak wprowadza postać Hellboya na duży ekran. Niał pokazać jego niespotykaną siłę, luz i cięty dowcip, a także jego sferę uczuciową- zrobił to. Udało się przekonać widzów do polubienia tej postaci. Tylko, że: co dalej?

Jeszcze więcej żartów, jeszcze więcej potworów, jeszcze więcej walk i jeszcze więcej wystawnych efektów, a sam Chłopak z piekła stoi wciąż w miejscu? To już można było sobie całkowicie podarować ten film. Postaci drugiego planu są tu zwykle tak nudne i jednowarstwowe, że roboty z “Tranformersów” są o wiele ciekawsze psychologicznie. A jak już jesteśmy przy filmie Michaela Baya, to powiem, że przydałby się ktoś z jego lekkością do kręcenia scen akcji. Bo przy całym szacunku jaki żywię do Guillermo Del Toro- on nie nadaje się do kręcenia tego rodzaju widowisk. Co zresztą już pokazał w “Labiryncie Fauna”, który najsłabszy jest w scenach walk, a najlepszy w wyciszonych scenach dramatycznych. Podobnie jest z “Hellboyem”. A przecież od superprodukcji za ..a ja wiem 100 baniek(?), nie wiem jaki mógł być budżet..oczekujemy chyba czegoś co nas porwie w wir akcji, nie?

Owszem, mydli nam czasem oczy ten del Toro i pokazuje, jak ważnym dla niego wątkiem jest życie prywatne jego herosa. Pokazuje nam typowy , kłótliwy amerykański związek wyzwolonej kobiety z facetem-macho, który ogląda tv, bałagani i objada się słodyczami. I o tę relację niby ma walczyć Hellboy do samego końca…..

W “Spider-Manie 3″ też wszystko szło o babę. Ale jak to było wyważone, jak akcja była zrównoważona z scenami bez niej, jak scenariusz był świetnie rozpisany na 4 główne postacie! W “Hellboyu: Złotej Armii” liczy się jedynie, żeby było efekciarsko i na luzie. W moim wieku ma się już większe wymagania wobec filmów.

szymalan

Napisane w komiks. Bez komentarzy

Hellboy

Hellboy ****

Pod koniec II wojny światowej, kiedy dni Rzeszy były już policzone, zdesperowani naziści próbowali ratować swe siły wszelkimi sposobami, uciekając się nawet do wykorzystania magii. Czarna msza – satanistyczna ceremonia, która miała odmienić losy wojny i doprowadzić do stworzenia walczącego u boku Niemców demona - została przerwana przez aliantów. Ale Hellboy, syn szatana, został już przywołany z otchłani. Przygarnięty przez zwycięzców i odpowiednio wyszkolony stanął po stronie dobra, by walczyć z wiecznie czujnymi siłami zła…
Ekranizacja komiksu Mike’a Mignola to obraz, który wyreżyserował w Hollywood Gullermo Del Toro (”labirynt Fauna”), słynny hiszpański artysta o nadludzkiej wyobraźni, co udowadnia po raz kolejny. A że miał do dyspozycji jeszcze arsenał środków hollywoodzkich, to film jest od strony operatorsko-montażowej oraz od strony efektów specjalnych, czystym majstersztykiem. Potwory wyglądają absolutnie fantastycznie, zaś tytułowy Hellboy rozbraja dowcipem i luzackim podejściem do sprawy.
Kto jednak nie zna komiksu, może (podobnie jak ja)w wielu momentach poczuć się zagubiony i zdezorientowany. Wątków jest tu więcej niż potworów do ubicia, a scenriusz napisano trochę zbyt chaotycznie, bez zachowania płynności akcji. Jeżeli na pierwszym miejscu wśród filmów komiksowych umieścimy “mrocznego rycerza”, a na końcu listy powiedzmy “Batmana i Robina”, to “Hellboy”sytuował się będzie gdzieś powyżej środka. Nie jest to film wielki, nie jest epicki, jezt za to porządny, pewnie doprowadzony do finału, bez dokręcania czegokolwiek na “odchrzań się”.
Największy konflikt jednak rozegra się w sercu bohatera, który kocha Liz Sherman, kobietę która również posiada paranormalne zdolności, jednak nie wygląda jak superheroina z komiksu. Czy potworowi, który jest synem Szatana wolno kochać? Czy może być zdolny do emocji? Obawiam się, że trochę za mało w tym filmie czystej zabawy, a za dużo ciężkiej jak na gatunek refleksji.
szymalan
Napisane w komiks. Bez komentarzy

Batman

Batman ***

Tim Burton myślał kiedyś, że wszystkich przechytrzył. Że zrobił dobry film o Batmanie z Gotham City. No i chyba na tame czasy był dobry. Bo nic innego nie mieliśmy- nic lepszego od tego bynajmniej. Fani komiksu o Człowieku Nietoperzu przyklasnęli Burtonowi, bo nic innego im nie pozostało. Teraz wszystko się zmienia, wraz z produkcjami Christophera Nolana “Batmanem Początkiem” i oczywiście głośnym “mrocznym rycerzem”. Nie można uniknąć porówania, choćby nie wiem jaksię chciało.

I jakie blade wypadają “te stare Batmany” przy tych “nowych”. Nużące, bez akcji i napięcia, z Gotham jako uroczo tandetnym landszaftem. Burton musi sobie znaleźć dobry film dla siebie, aby nakręcić arcydzieło. Co mu się parę razy udało (”Ed Wood”, “Jeździec bez głowy”). Nakręcenie “Batmana” powinno jednak przypaść w ręce tylko Nolanowi. Dlatego, że problem z tym filmem jest taki,że zaakceptować mogą go tylko ci, którzy autentycznie postać Nietoperza Człowieka lubią. Natomiast reszta będzie odstraszona bajkową wizją, ich nie tutejszymi, nie oswojonymi klimatami Gotham, Batmanem który wykonuje jakies dziwaczne wygibasy, czy wreszcie Jokerem w roli Nicholsona, który robi z siebie błazna i nawet się nie umywa do tego Jokera w wykonaniu Heatha Ledgera.

Burton to sprytny i zręczny wizjoner. Potrafi kreowac nowe światy na ekranie jak nikt. Jednak nie potrafi osiąść w naszym świecie- tym jednym konkretnym, bardzo prawdziwym i realistycznym. A właśnie aby przekonać postać Batmana do wszystkich, trzeba zrobić film o wiele bardziej uniwersalny, bliższy klimatem do tego, co dobrze znamy. Zahaczyć o wyższe półki. To zrobił Nolan. Z Jokera nie zrobił wesołkowatego mordercę-klowna, ale zło w najczystszej postaci, który jest tak prawdziwie ludzki, a zarazem tak nieludzki i szalony ,że wręcz przerażający. Na “Batmanie” Burtona nie czuć dreszczy. To sprawnie zrobione kino z ładną oprawą. Ale bez Caina. Bez Freemana. Bez Bale’a. I tak dalej.

szymalan

Napisane w komiks. Bez komentarzy

Batman Początek

Batman: Początek ****

W związku z premierą zachwycającego “Mrocznego Rycerza” (od 8.08.2008 w kinach) postanowiłem przypomnieć sobie film, który w gruncie rzeczy przeszedł u mnie bez echa-prequela wszystkich “Batmanów” i początek nowej trylogii “Batmana” w reżyserii Christophera Nolana. Miała to być bardzo realistyczna,  psychologiczną głębią opowieść, a nie tylko kiczowata scenografia niczym w filmach Tima Burtona. I przy użyciu bardzo nowoczesnych technik filmowych, z znakomitą obsadą (zwłaszcza w “Mrocznym Rycerzu”) i dobrze rozpisaną fabułą- mamy prawdziwy szlagier.

“Batman Początek” zdradza swoją fabułę w samym już tytule.  Dowiemy się dlaczego akurat Człowiek Nietoperz,a nie Człowiek-Słoń, czy Człowiek- Jamnik. Skąd ów strój, czołgowaty pojazd, a także zaprezentowane nam zostanie nam pokazane smutne wydarzenie z dzieciństwa Bruce’a Wayna-śmierć rodziców. Ludzi bogatyh, znanych w Gotham, szanowanych i wpływowych. Poznamy Alfreda- lokaja Waynów, który zajmie sie domem Waynów  samym Brucem. Poznamy też samo Gotham- pozbawione zasad miasto, gdzie lidzy się pieniądz, korupcja, przestępczość, nawetna salach sądowych.

Nie da się tak w skrócie nawet streścić tego filmu. Jest z nim pewien problem dla widza, wynikający z tego, że to własnie “Początek”. I dlatego pierwsze epizody przygód słynnych bohaterów zwykle wypapadają dosyć blado (”Spider-Man”, “Superman”). Zanim ujrzymy w pełnej krasie fruwającego i walcząceo Człowieka-Nietoperza, nalezy wycierpieć dobrą godzinę tych wszystkich tłumaczeń, patetycznych tektsów (nuczyciel walk Wayna- Henry Ducard, wygłasza niemal co chwilę tak obrzydliwie patetyczne, koszarnie nadęte teksty do swojego ucznia, że  film zbliża się do poziomu kina akcji klasy B), całego tego introducingu w świat Gotham i jego ciemnych typków.

Po pewnym jednak czasie film wrzuca drugi bieg, aby skończyć akcję na trzecim, dialogi są dosadniejsze, montaż scen akcji zupełnie fantastyczny, krótko mówiąc- zaczyna się niezła jazda. Poruszane są też pierwsze filozoficzno-społeczne dylemety (choć nie aż tak przenikliwie jak w “Mrocznym Rycerzu”). Głównie dialoguje się tutaj na temat sensu wymiaru sprawiedliwości. Czy nie lepiej palnąć przestępcy w łeb i po wszystkim? Co daje zemsta z zimną krwią?

Z pewnością nie mówimy tu o złym filmie. Ma nawet całkiem ładną obsadę (zwłaszcza klasy aktorskiej dodają Michael Cain oraz Morgan Freeman), w tym paru badguyów (Tom Wilkinson(!),Cilian Murphy). Za to wątek romansu wypada bladziutko, dzięki mdłej do przesady Katie Holmes, która stara się jak może, aby na ekranie jej nie było.

Wszystkie (zdaje się) wady “Batmana: Początku” (konwencjonalność, kiczowaty romans, słabo wybijająca się muzyka, dłużyzny, słabe chwilami dialogi..) zostały poprawione w najnowszej odsłonie. Ale to nie oznacza, że można oglądać “Mrocznego rycerza” (który trzeba koniecznie obejrzeć), bez zobaczenia “Początku”.

szymalan