Updates from Maj, 2012 Toggle Comment Threads | Skróty klawiaturowe

  • szymalan 13:45 on 3 May 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Intouchables (2011, Olivier Nakache, Eric Toledano) 

    Nietykalni *****

    Czołowe zderzenie kultury niskiej i kultury wysokiej: główni bohaterowie, treść filmu, jak i on sam. Wszyscy pochodzą z różnych bajek i tworzą razem jeden z największych fenomenów kina komediowego ostatnich 15 lat (obłędnie wysoka pozycja w rankingu top100 filmwebu i top250 imdb, niekończące się pozytywne recenzje, dziesiątki milionów widzów, wypełnione po brzegi sale na seansach takich jak mój). “Nietykalnych” polecało mi już tylu znajomych i miałem wokoło siebie tyle reklamy tego filmu, że pójście do kina potraktowałem niemal jak profesjonalny obowiązek kinomana. A przyznam się szczerze, że bałem się seansu: widząc plakat i znając zarys ogólny fabularny obawiałem się ckliwej, płaczliwej do przesady opowieści z peanami na cześć przyjaźni przedstawicieli z różnych sfer i radości życia. Skrojonego pod publiczkę emocjonalnego szantażu. Niepotrzebnie – cała siła “Nietykalnych” leży właśnie w tym, że ten film nic nie udaje, a każdy wyciągnie z seansu tyle ile sam czuje i potrzebuje.

    Zgodnie z prawidłami komediowej narracji, punkt wyjścia całej fabuły jest przerysowany i schematyczny. Phillipe, sparaliżowany od szyi w dół arystokrata (Francois Cluzet) rozkochany w sztuce wysokiej,  zatrudnia do opieki nad sobą byłego kryminalistę, czarnoskórego bezrobotnego mieszkańca biedniejszej dzielnicy Paryża (Omar Sy), Drissa. (Więcej…)

     
    • krotkoofilmie 20:53 on 3 Maj 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      No, czyli film dla Polskiej publiczności “idealny”, dla tych wszystkich czarnowidzów z biało czerwoną krwią wręcz obowiązkowy, by w końcu zmienili swą optykę.
      Też się nasłuchałem, naczytałem o tym filmie sporo. Zobaczę i pewnie będę miał podobne spostrzeżenia do Twoich.

      pozdrawiam

      • szymalan 22:33 on 3 Maj 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        Dokładnie! Napisałeś coś, o czym zapomniałem :) Polacy powinni iśc masowo na ten film. Przyda się niektórym trochę tej energii, dystansu i pogodnego podejścia do rzeczywistości.
        Czekam na recenzję :)
        pozdrawiam

  • szymalan 17:20 on 16 March 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Rubber (2010, Quentin Dupieux) 

    Opona ***½

    Czarna i przerażająca. Nieustępliwa i bezwzględna. Niebezpieczna i cwana. Poznajcie oponę – (w tej roli niezawodna opona o imieniu Robert) – bohaterkę  horroru nowej generacji , która przy pomocy swych parapsychologicznych zdolności potrafi zmienić – dosłownie – mózgoczaszkę człowieka w jeden, soczysty flak. Wpierw bohaterka (?) budzi się do życia na małym pustynnym wysypisku, podnosząc się z kurzu i śmieci, następnie  dziarsko pokonuje wszystkie przeszkody jakie znajdzie na swojej drodze (jak np. dybiące zewsząd butelki czy skorpiony) , a wreszcie  pod wpływem bliżej niezidentyfikowanych motywacji,  bierze się za przerobienie homo sapiens na pudding.

    Ale sam film zaczyna się inaczej: w pobliżu odludnej międzystanowej drogi znajduje się grupka ludzi zwanych “widzami”. Za chwilę mają na tej pustyni zobaczyć  film (choć  ekranu nie widzimy) – film opowiadający o przygodach opony, która zabija. Każdy z nich otrzymuje do tego celu jedną lornetkę, zaś tuż przed samym pokazem,  na ulicy, na której znajdują się nieregularnie poukładane krzesła z których nikt nie korzysta (tak, zwyczajne krzesła), pojawia się samochód. Pojazd bezceremonialnie rozjeżdża krzesła, które  stoją mu na drodze, podjeżdża blisko kamery i z wnętrza – a dokładniej, z bagażnika – wysiada policjant, który zaczyna wygłaszać do nas ciekawy monolog na temat znanych filmów i tego, jak często, nawet w wielkich dziełach, różne rzeczy pojawiają się zupełnie bez powodu (kultowe już “no reason”). Już rozumiecie? (Więcej…)

     
    • krotkoofilmie 19:52 on 16 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Widzę, że film w sam raz na piątkowy wieczór. Aż mnie zachęciłeś do wstawienia posta u siebie, tyle, że obraz nie jest aż tak absurdalny :)
      I czy sugerujesz, że już najwyższy czas na zmianę opon? Jak będę miał okazję to zobaczę, aczkolwiek mam pewne obawy.

      • szymalan 10:56 on 17 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        hehe, ciesze się, że zainspirowałem do napisania postu :) Z tą zmiana opon to lepiej uważać :D Zwłaszcza po tym filmie ma się wrażenie, że każda opona na Ciebie PACZY (!) pozdrawiam!

    • ajar 19:58 on 24 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Właśnie obejrzałem ten film. Podszedłem do niego z dużą rezerwą. Myślałem – głupota jakaś, ale zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony. Pomysł i wykonanie uważam za bardzo dobre.

    • Mikser 22:02 on 2 Kwiecień 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Świetna recenzja ;) Film widziałem jakoś zaraz jak pokazał się na DVD – również podchodziłem z dystansem do produkcji, ale niepotrzebnie. Szału nie robi bo jak sam pisałeś czasem nudzi. Jednak dla miłośników kina coś jako odskocznia – świetne. Z całą pewnością film inny i chyba to właśnie jest jego mocną stroną. Mimo średniej oceny całokształtu wydaje mi się że końcowe odczucia są raczej pozytywne ;)

      • szymalan 08:58 on 3 Kwiecień 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        dzięki :)
        Raczej pozytywne ;) Sam pomysł jest świetny, a film jednak warto obejrzeć choćby dla paru fragmentów i kapitalnego otwarcia.

  • szymalan 13:56 on 10 March 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Carnage (2011, Roman Polański) 

    Rzeź *****

    Choć sztuka Yasminy Rezy “Bóg mordu”, nie jest może najbardziej subtelnym i najgłębszym utworem sceniczym jakiedykolwiek napisano, choć może i ma gro oczywistych pomysłów i za bardzo wytłuszczonych  obserwacji klasy średniej (wypowiadanych wprost przez bohaterów: ale może i to część ogólnego zamysłu), to jednak jest materiałem na tyle nośnym i “tanim”, że osiągnęła – nomenomen -spektakularny sukces. “Boga..” wystawiali już Niemcy, Francuzi, Anglicy, obowązkowa była również wersja na Broadwayu,  ale też i w Rumunii, Hiszpanii, Irlandii, a nawet (i to aż w 8 różnych teatrach) -  w Polsce. Tak naprawdę wystarczy nam czterech wybitnych aktorów, którzy są chętni się tego podjąć, jakiś stół, 2 kanapy, udawane drzwi i w zasadzie to wszystko. Reszta jest słowem, które podobnie jak w ‘Pulp Fiction”, jest formą całego utworu. Poza tym walor komercyjny wzmacnia fakt, że jest to komedia, a te się zawsze dobrze sprzedają wśród bardzo szerokiej publiczności.

    Nie było więc innej  możliwości: w końcu musiał powstać film. Reza ogólny koncept na historię pożyczyła sobie z obsypanego nominacjami do Oscarów (było ich aż 13, z czego ostatecznie 5 statuetek) filmu Mike’a Nicholsa “Kto się boi Virginii Wolf”. Tam również spotkały się dwie pary i w przeciągu (relatywnie) krótkiego czasu doszło do długiego dialogu przechodząc od mieszczańskich uśmieszków i uprzejmości, a kończąć na chaosie, anarchii i wyrzucaniu sobie wszystkiego, czego na trzeźwo nie byliby w stanie zapewne powiedzieć. Tam była to cała noc – w “Bogu rzezi” jest to 75 minut radykalnie opowiedziane w czasie rzeczywistym. Tam były to różne miejsca od domu, po małą kawiarnię,  do której wstępują bohaterowie – tu jest to klaustrofobiczna przestrzeń małego mieszkania w Nowym Yorku (w gruncie rzeczy dwa pomieszczenia plus korytarz z windą, do której jakoś goście nigdy nie mogą dotrzeć). Tam pretekstu nie było poza przybyciem młodej pary “w gości”. Tutaj: małżeństwa,  grane odpowiednio przez Kate Winslet i Christophera Waltza oraz Jodie Foster i Johna C. Reilly’ego,  spotykają się, aby wyjaśnić sprawę pobicia syna tych drugich,  przez syna tych pierwszych (“uzbrojonego” w kij).  (Więcej…)

     
    • Peckinpah 20:40 on 11 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Jakiś czas temu zaliczyłem “Autora widmo” Polańskiego i kompletnie mnie ten film rozczarował, zupełnie mnie nie wciągnęła ta historia. Dlatego odniosłem wrażenie, że forma Polańskiego zaczyna spadać. W związku z powyższym mam mniejszą ochotę na oglądanie “Rzezi”. Ale jak nadarzy się okazja to postaram się obejrzeć.

      • szymalan 22:40 on 11 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        Naprawdę nie rozumiem skąd jest tyle złych emocjji wokół Autora Widmo. Ja podczas oglądania nie potrafiłem spokojnie usiedzieć w fotelu. Po “Rzezi” i “Autorze” jestem bliski myślenia, że Polański to aktualnie najsprawniejszy +70-letni reżyser na świecie :)

      • marakesh 01:20 on 12 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        Peckinpah, pocieszę Cię. Mnie również Autor Widmo średnio przypadł do gustu… jednak Rzeź to zupełnie inne kino… choć zamysły reżysera wciąż pozostają (odosobnienie, matnia, bezradność). Ten film naszpikowany jest humorem, (nomen omen) akcją i brawurowym aktorstwem, który nie pozwala nam ani na moment się nudzić. Dla mnie Carnage to takie ciastko z kremem, które sobie upiekł Polański po lekko zakalcowatej drożdżówce – Autor Widmo ;D

  • szymalan 18:13 on 27 February 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Artysta (2011, Michel Hazanavicius) 

    Artysta ***½

    Kino nieme w wersji all-inclusive.  Olśniewający  croud-pleasure skrojony pod młodą widownię, która nie ogląda filmów niemych oraz dla widowni starszej, która podda się sentymentalnym emocjom (średnia wieku członków Akademii Filmowej to około 62 lata). Nakręcony w wysokiej rozdzielczości, zapisany na cyfrowej taśmie pastisz kina niemego z czasów Złotej Ery kina hollywoodzkiego – przyswajalny dla każdego, atrakcyjny, czytelny, pozbawiony oryginalnej historii i konfliktu dramatycznego. W czasach depresji i kryzysów trudno sobie wręcz wyobrazić, żeby poważniejsze i dojrzalsze kino zdobywało laury, które są wynikiem głosowania przez tak ogromne gremium  ekspertów.

    “Artysta” ma na pewno dużo obiektywnych zalet: jest to z pewnością majstersztyk techniczny. Ma znakomity montaż (ale słusznie przegrał z wirtuozerskim montażem nowego filmu Finchera) , świetne wyczucie rytmu (pod tym względem jest na pewno bardziej równy niż “Hugo”) , jedną absolutnie genialną rolę i jeden z najlepszych soundtracków roku 2011. Te ostatnie dwa elementy, to zresztą wszystkie, w których ten film winien był wygrać wczorajsze Oscary. (Więcej…)

     
    • milczacy_krytyk 21:05 on 27 Luty 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      No nie mogę się zgodzić :p
      Zaczarował mnie ten film, od początku do samego końca, ani przez chwilę się na nim nie nudziłem i z coraz większym zachwytem przeżywałem ten seans. Nie zgodzę się, że nie czuć tu magii, bo znajduje się ona w każdej minucie tej produkcji, wylewa się z niej nieustannie. Dawno żaden film mnie tak nie porwał, nie wciągnął w swój świat jak właśnie “Artysta”.
      Co więcej, tak jak nigdy nie przepadałem za niemym kinem, tak jak nigdy nie potrafiłem docenić tych filmów, tak “Artysta” jako pierwszy pokazał mi co mogło być takiego niezwykłego w tych dziełach, zaczarował je dla mnie.
      Nie zgodzę się, że “Hugo” lepiej oddaje lepiej ducha tamtych filmów. “Hugo” to moim zdaniem zachwyt kinem jako takim, obojętnie jakie ono by nie było. Tęsknotą za starym, ale i fascynacją tym co nadchodzi. Uwielbieniem do srebrnego ekranu, tego miejsca, które przenosi nas w zupełnie inny świat. A “Artysta” ukazuje kino nieme, w taki sposób, że aż chce się jak najszybciej sięgnąć po tego typu obraz, by zasmakować tej zapomnianej niezwykłości.
      A cudownie wariackie występy Cohena, najchętniej wyciąłbym w całości z filmu Scorsese, bo nie potrafiłem ich znieść i nadal robi mi się słabo jak tylko sobie o nich przypomnę…

      Pozdrawiam
      PS. Podejrzewam, że gdybyś napisał o Oscarze dla Meryl, faktycznie byłoby zdecydowanie zbyt wiele kontrowersji. Szczególnie dla mnie ;)

      • szymalan 20:16 on 28 Luty 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        “Nie zgodzę się, że “Hugo” lepiej oddaje lepiej ducha tamtych filmów. “Hugo” to moim zdaniem zachwyt kinem jako takim, obojętnie jakie ono by nie było. Tęsknotą za starym, ale i fascynacją tym co nadchodzi. Uwielbieniem do srebrnego ekranu, tego miejsca, które przenosi nas w zupełnie inny świat.”

        Ale właśnie na tym moim zdaniem polega cały ten paradoks. Moim zdaniem Hugo o wiele lepiej oddaje ducha kina niemego (zachwyt na kinem w ogóle również, to prawda ) , bo jest pełen ruchu, bohaterowie nie są tak wykalkulowani, nic nie sprawia wrażenia, że jest tak chirurgicznie dokładnie zaplanowane. Dlatego własnie Cohen zostaje ciągnięty przez kawałek peronu przez pociąg, (ja zresztą go jako komika uwielbiam, ludzie się też śmiali na moim pokazie z jego dowcipów w Hugonie) dlatego jest tyle tego biegania po dworcu (co w pierwszej połowie sprawia wrażenie niekontrolowanego przez reżysera) i całej tej wariackiej dzikości i żartów. To jest właśnie ruch, ta kinetyczna energia , jaką znam z kina niemego (którego jestem zdecydowanie fanem) i dlatego czułem się jak w domu. “Artysta” ma genialne koncepty jak scena z wkładaniem ręki do marynarki, ale to nie ta energia- widać, że przyszedł ktoś i ten moment co do sekundy wyliczył i ustawił pod odpowiednią choreografię. I to jest dla mnie problem Artysty: ten film chce być magiczny za wszelką cenę, ale robi to po łebkach i grubą krechą, podczas gdy w Hugo dopiero na końcu się wruszyłem i poczułem, ile magii jest w świecie filmu Scorsese (bo u Scorsese są najpierw bohaterowie, potem koncepty i gadżety). “Artysta” chce widownię powalić już w pierwszych momentach: wyrzuca mu przed twarz wszystko co ma, i w drugiej połowie już nic nie ma do zaoferowania poza naiwną dramą, która jest zrzynką z “Bulwaru zachodzącego słońca” i “Deszczowej piosenki”. I to niestety, zrzynką nieporównywalną jeśli chodzi o dramatyzm, napięcie, pomysłowość, dowcip , aktorstwo itd.
        pozdrawiam ;-)

    • ktrya 22:03 on 27 Luty 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      W sumie strona techniczna “Dziewczyny z tatuażem” (przepraszam, ale Artysty nie widziałam, więc się nie wypowiem) to jedyna mocna strona tego filmu, więc dobrze, że jak musiała już dostać oscara to za montaż. Ani aktorzy (nie wiem skąd ta nominacja dla Rooney Mary, która na tle szwedzkiej odtwórczyni tej roli wypada naprawdę słabo i mdło), ani fabuła, która z pierwowzorem ma nie wiele wspólnego, a nawet jako sam thriller się nie broni, nie są elementami, dla którego ten film warto obejrzeć.
      W sumie z nominowanych widziałam jeszcze “O północy w Paryżu”. Szkoda, że nie dostał za scenografię, naprawdę bajkowa ;-)
      Pozdrawiam

      • szymalan 20:20 on 28 Luty 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        Tylko, że na tym polegał cały pomysł (zresztą jak dla mnie wierniejszy książce), że Lisbeth jest w tej wersji słabszą jednostką, która czasem po prostu niekontroluje swoich agresywnych reakcji na to co się jej przytrafia. A fabuła ma moim zdaniem o wiele więcej wspólnego z książką niż wersja szewedzka: jest znacznie wierniejsza postaciom ksiązkowym, co widać zwłaszcza w ostatniej scenie całego filmu. Jako thriller moim zdaniem się broni, Fincher jest wg mnie genialny w te klocki, ale to już co kto lubi ;) W szedzkiej nie było takich cudownie groteskowych rarytasów jak Enya w scenie w piwnicy ;-) pozdrawiam

        • ktrya 21:14 on 19 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

          Tylko, że w sumie tytuł sugeruje, że główną bohaterką jest Salander, kiedy o niej faktycznie dowiadujemy się nie wiele, a przynajmniej o wiele mniej niż w szwedzkiej produkcji. Znowu niekompetentne tłumaczenie tytułu na polski? A co do thrilleru to zdecydowanie bardziej włos mi się jeżył przy szwedzkiej produkcji, było bardziej brutalna… a tu taka groteskowość, że z thrillera wyszła jakaś parodia, szczególnie w tej ostatniej scenie. W ogóle mam wrażenie, że Fincher kpił sobie ze szwedzkiej produkcji, szkoda tylko, że nie pokazał lepszej wersji, skoro tamta mu najwyraźniej nie odpowiadała. Doprowadził jedynie do tego, że wróciłam z kina szczerze wkurzona i jedynie co mnie pociesza, że nie musiałam płacić za bilet za takie wrobienie mnie w jajo ;/. Pozdrawiam

          • szymalan 22:03 on 19 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

            Tytuł nic nie sugeruje, tytuł to tylko tytuł. Po prostu jest. Czy o Salander dowiadujemy się niewiele? Nie odniosłem takie wrażenia.
            Ważne dla mnie jest to, że ta postać działa na każdym poziomie. Poza tym jak dla mnie chemia na linii Craig-Mara jest nieporównywalna do pary z wcześniejszej ekranizacji.
            Parodii thrillera w tym filmie nie widziałem, nie rozumiem za bardzo tego wątku, zwłaszcza jeśli chodzi o ostatnią scenę, z której dowiadujemy się, że Salander z smutkiem godzi się, że nie zasługuje na związek z kimś takim jak Mikael. Jest to identyczne zakończenie jak w powieści i jak dla mnie zachwoujące wierność tej znakomitej postaci. Podczas, gdy w szwedzkiej w ogóle ten wątek nie jest pociągnięty, a film kończy się jakimś ekstrawaganckim wyjściem z samochodu na dużych obcasach, jakbyśmy mieli do czynienia z naśladowaniem jakiegoś Bonda (tak więc sprawę dowiadywania się o postaci różnych reczy mamy już chyba wyjaśnioną :P).
            Co do wkurzenia i innych emocji to powiem tak: historia nie raz pokazała, że tak własne rodzi się zazwyczaj wielka sztuka – okrzykami radości jednych i niezadowoleniem drugich ;) pozdrawiam!

    • Peckinpah 09:23 on 28 Luty 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Lubię nieme kino, zarówno Bustera Keatona (“Rozkosze gościnności”, “Generał”), jak i Chaplina (np. “Dzisiejsze czasy”), ale mimo to wcale nie uważam aby “Artysta” był filmem gorszym. Bo niby dlaczego? Bo nie było efektownych scen kaskaderskich (jak u Keatona) czy może pomysłowej sceny z domkiem wiszącym nad przepaścią (jak w “Gorączce złota”)? Było za to w tym filmie dużo więcej. “Artysta” to szczery hołd dla starego kina, reżyser nie miał zamiaru robić arcydzieła, nie próbował udawać, że to tylko bezpretensjonalna rozrywka, która jednak wciąga, poprawia humor, ale także zmusza do zastanowienia, czy aby na pewno nowe jest lepsze oraz czy słowa w filmie są niezbędne do opowiedzenia historii. Nie mam filmowi nic do zarzucenia, wszystko stoi na wysokim poziomie – realizacja, scenariusz, pojedyncze sceny, oprawa wizualna, muzyka i fenomenalne aktorstwo Dujardina i Berenice Bejo. Jak na rozrywkowe kino to i tak bardzo dużo :)

      • szymalan 20:32 on 28 Luty 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        “Bo niby dlaczego? Bo nie było efektownych scen kaskaderskich (jak u Keatona) czy może pomysłowej sceny z domkiem wiszącym nad przepaścią (jak w “Gorączce złota”)?”

        Tym, że te filmy niezależnie od popisów kaskaderskich lub ich braku, opowiadają dobre, angażujące historie swoich głównych bohaterów. To jest ta różnica i tego moim zdaniem brakuje “Artyście”, który opowiada w 100% przewidywalną, naiwną historyjkę, która ginie w natłoku cytatów i nawiązań do innych filmów i eksploatowania znanych wątków. Dla przykładu “Brzdąc” to kilkudziesiąciomunitowy filmik bez jakichkolwiek efektów, czy popisów, ale jak wzrusza do dzisiaj ;)

        Tu mnie historia w ogóle nie interesowała, bo reżysera moim zdaniem również nie . On chciał zrobić film niemy w XXI wieku, pokazać że ktoś ma taką odwagę. No i ok, tylko, że mnie sam hołd nie wystarczy, bo takich hołdów nawet na youtube jest pełno, przeróżnych zmiksowanych fragmentów z starych filmów niemych zrobionych przez fanów. Ja chcę filmu: postaci, fabuły, emocjonalnego zaangażowania. Najpierw to, potem hołdy i jesteśmy kwita z reżyserem ;)

        • Peckinpah 09:58 on 29 Luty 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

          Film jest naiwny, ale nie bardziej niż wiele filmów niemych. Na przykład “Brzdąc” jest moim zdaniem bardziej naiwny i mnie nie zaangażował. “Artysta” opowiada ciekawszą historię i nie popełnia błędów typowych dla kina niemego, jak np. nadużywanie plansz z napisami. Na przykład Chaplin w “Gorączce złota” stosował zbędne napisy opisowe typu “Nadchodzi burza”, “Nastał spokojny poranek”, “Po długiej i trudnej podróży” itp, albo np. przed pojawieniem się postaci kobiecej umieścił napis “Georgia” (dobrze, że nie “A Girl” ;)). “Artysta” jest filmem bardziej przemyślanym, dzięki ograniczeniu plansz z napisami widz może się skupić na opowiadanej historii, mimice twarzy aktorów, dzięki temu film bardziej angażuje. But this is just my opinion :)

          • szymalan 21:56 on 29 Luty 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

            Ale taką teorię to by można łatwo obalić: w Artystę mimo jego braku “błędów” związanych z napisami to ja się nie wciągnąłem zbyt szczególnie, podczas gdy w “gorączkę złotą” totalne i bez reszty. Więc nie rozumiem czemu plansze z napisami miałyby mi jakoś wadzić lub pomagać w seansie . W “Portierze z hotelu z Atlantic” nie ma wcale napisów, a nie powiem, żeby to było jakieś mega arcydzieło, choć na pewno ciekawa rzecz i chwilami dośc wzruszająca. Jak dla mnie napisy dużo nie zmieniają . I w sumie wydaje mi się, że nie dojdziemy w tej dyskusji do żadnego wniosku: trudno się w sumie spierać o to, czy kogoś angażuje dana historia czy nie. Mnie nie, Ciebie tak, każdy powiedział na swoją obronę co miał do powiedzenia. We agree to disagree :-)

            • Peckinpah 08:25 on 1 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

              To ja tylko dodam, że jednak mimo wszystko “Gorączka złota” mnie wciągnęła, bardziej niż “Brzdąc”, ale nie bardziej niż “Artysta” czy np. “Dzisiejsze czasy”. Oglądając “Gorączkę złota” nie zwróciłem w ogóle uwagi na to nadużywanie plansz z napisami, dopiero po obejrzeniu “Artysty” to zauważyłem ;)

    • krotkoofilmie 20:59 on 1 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Wypowiem się o tym co widziałem. Panowi wspominacie “Gorączkę złota” gdzie niby za duże jest plansz z napisami. Podczas mojego seansu, nie widziałem ani jednej, więc nie wiem czego sie czepiać. Wspominałem, że oglądałem wersje z lektorem? :P “Brzdąc” mnie zagiął, to ten film sprawił, że zainteresowałem się Chaplinem i niemym kinem. Ktokolwiek obsadziłę tego małego w roli brzdąca wykonał świetną robotę. Dziecko ujmuje w każdej sekundzie pojawiania się na ekranie i nie jest ani odrobinę przesłodzone, mając buźkę słodziaka.
      Na Artystę jeszcze nie dotarłem, ale wrócę tu po seansie i pewnie się z Tobą szymalan nie zgodzę :)

      • szymalan 00:47 on 2 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        Ja też stoję po stronie obrońców “Brzdąca” :) Co do ARTYSTY , zobacz koniecznie a potem się poniezgadzamy – przynajmniej na to można u mnie liczyć na pewno ;) pozdrawiam!

  • szymalan 15:31 on 28 January 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Midnight in Paris (2011, Woody Allen) 

    O północy w Paryżu ***½

    O północy w Paryżu, co każde zegarowe 24 godziny , główny bohater najnowszego filmu Woody’ego Allena, przenosi się ze współczesnego (rok 2010), nieco nudnego Paryża oraz  swojego równie nudnego, niespełnionego życia (jako pisarz nie potrafi skończyć swojej nowej powieści, jako mąż musi się trudzić życiem z dośc irytującą pragmatyczką myślącą tylko o sprawach doczesnych) do Paryża lat 20. Paryża zarówno swoich idoli, dawnej magii, jak i przytulnych stylowych kawiarenek, w których w rytm jazzu odgrywają się artystyczno-społeczne dysputy i w których można spotkać Ernesta Hemingweya, Scotta Fitzgeralda , Luisa Bunuela, czy nawet Salwadora Dali i  Pablo Picasso.

    Allen na szczęście nie trudzi się wyjaśnianiem zagadki, jak to wszystko jest możliwe, a jego film bezpiecznie i z wyczuciem balansuje na granicy kina fantasy a typowej Allenowskiej tragikomedii (u Allena motywy nadnaturalne są zresztą dość częste i nie są żadną nowością). Bardziej chodziło tu chyba o ukazanie po prostu magiczności Paryża – jego z jednej strony zatrzymania w czasie, z drugiej strony ciągłej świeżości i zmian. Jak to się udało? (Więcej…)

     
    • Alek 11:34 on 29 Styczeń 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      A mi się ten film podobał. Allen zawsze trąci mnie pustką treści i narcyzmem. Nie mogłem przeżyć oglądania np. “Annie Hall”, bo Allen we wszystkich filmach kreuje nie opowieść ale swój image intelektualisty. Dobra recenzja, by the way :)
      Pozdrawiam
      Alek

      • szymalan 13:17 on 29 Styczeń 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        Pustką? Na pewno nie fabularną :P Te filmy przeważnie miały porządnie rozpisane intrygi, pełne komplikacji i zwrotów. I na to się głównie nastawiałem (zwłaszcza przy takim pomyśle na scenariusz). A tu nic. pozdrawiam

    • Alek 12:32 on 4 Luty 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Pustką merytoryczną. W końcu Allen niczego w swoich filmach nie zawiera, żadnej myśli. Jest tylko kreowanie jego image’u i całkiem nieźle napisane dialogi. Jak u Tarantino. To tacy moi dwaj najnieulubieńsi twórcy, których jednak w pewnym stopniu cenię – głównie za formę.
      Pozdrawiam

      • szymalan 23:30 on 4 Luty 2012 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        IMHO zawiera myśli. Swoje rozumienie i postrzeganie świata. Czasem te filmy wyglądają zresztą bardziej jak eseje filozoficzne z Allenem w roli narratora, więc nie powiedziałbym że u niego brakuje głębi.
        No a jak ktoś oczekuje głębokich przesłań po Quentinie Tarantino to już w ogóle mnie zdumiewa. On zamienia kino klasy C w dzieła sztuki i to robi od niezmiennie początku swojej kariery .

  • szymalan 13:35 on 15 October 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz  

    Baby są jakieś inne (2011, Marek Koterski) 

    Baby są jakieś inne ***½

    Kolejna, wyczekiwana przeze mnie już od kilku lat, odsłona wielkiej kinowej układanki o życiu Adama Miauczyńskiego, najważniejszego bohatera,  jaki powstał w reżyserskiej wyobraźni Marka Koterskiego (opartego z pewnością na przenikliwych obserwacjach z własnego życia), powiązana ściśle z egzystowaniem w kraju w nad Wisłą: kraju pełnym kompleksów, ludzi bez dystansu do życia, zapętlonych we własne tradycje (oraz religię),  i wszelkich problemów, które tylko czyhają na obywateli, jak sprytnie zastawione pułapki.

    Po wstrząsającej wiwisekcji pijackich tradycji w rodzinie Miauczyńskich (kapitalne “Wszyscy jesteśmy Chrystusami”), Koterski znów wraca do tematu, który w jego filmach obecny jest od zawsze: do kryzysu męskości faceta w średnim wieku, który wciąż poszukuje owej mitycznej “jedynej, prawdziwej miłości”. Adaś wsiada do samochodu razem ze swoim (zapewne raczej bliskim) kolegą Puciem i rozpoczyna długą, nocną pogawędkę na temat..no, na temat, bab. Kobiet, facetek. Że generalnie są one wszystkie jakieś inne, że jak włączają kierunkowskaz w lewo, to skręcają w prawo, że jak siedzą w kinie to pół filmu grzebią w torebce w poszukiwaniu szminki, że coraz bardziej upodabniają się do mężczyzn odbierając im ich pozycję w społeczeństwie, że w ogóle są inne , naprawdę inne, pokręcone, skomplikowane i niemożliwe w zrozumieniu przez przeciętnego faceta. I że nie można z nimi żyć, ale  nie sposób też żyć bez nich. (Więcej…)

     
    • Tom Braider 14:50 on 15 Październik 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Z tego co mówisz, to film jest dokładnie taki, jakiego spodziewałem się po zwiastunach i szczerze mówiąc do mnie nie przemawia, więc raczej sobie odpuszczę. To, co jednak najbardziej mnie denerwuje to promowanie filmu innym filmem (tutaj jest to Seksmisja, ale Hollywood też ostatnio porównywal wszystko do Incepcji), bo to tak jakby twórcy mówili “nie potrafiliśmy zrobić tak dobrego filmu jak [tytuł], ale chcemy zarobić na nim tyle samo”. Pozdrawiam

      • Alek 08:04 on 19 Październik 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        Zgadzam się co do słowa. Nie lubię, po prostu nie lubię Koterskiego. Dzień świra to jedyne jego dzieło, które mi się w jakikolwiek sposób podobało. Najbardziej bolesnie wspominam tragedię w postaci “Nic śmiesznego”.
        Pozdrawiam i nie zobaczę.

    • milczacy_krytyk 16:17 on 15 Październik 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      No to mam teraz przez Ciebie zagwostkę :p
      Zwiastuny do tego filmu jakoś nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia, ale bardzo zachęciły mnie pierwsze recenzje jakie zaczęły się już jakiś czas temu pojawiać tu i ówdzie. No, ale teraz z Twoim 3,5 to znowu nie wiem, czy lepiej wynudzić się w kinie, czy dopiero później w telewizji. :p

      • szymalan 18:29 on 15 Październik 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        @Tom Braider:

        O ile samo porównanie Bab do Sekmisji nie wydaje mi się bezzasadne (obydwa są o osaczającym facetów, sfeminizowanym świecie) o tyle zgadzam się, że reklamowanie filmu Koterskiego jako nowej Seksmisji to już grube przegięcie, bo różni je jednak poziom humoru i pomysłowość fabuły.

        @milczący:

        To jest tak, że zależy. Bo mnie też zwiastuny średnio kręciły, ale ze względu na osobę reżysera się nie wahałem iść oglądać. Tylko, że teraz widzę już wyraźnie , że nie ma ten film wiele więcej do zaoferowania niż to co w trailerach, a druga połowa filmu to już czysta równia pochyła , przy której serio zwątpiłem w te pierwsze recenzje. Obejrzeć warto, niekoniecznie w kinie, tak powiem.

        pozdrawiam!

    • krotkoofilmie 09:41 on 16 Październik 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Jak Pan tak radzisz, to zastosuje się i ja. Jeśli nagrody przyznawane w naszym kraju miały by znaczenie komercyjne też by to było widać na okładkach, posterach filmów, więc chodzi tylko o kasę :)

    • Peckinpah 12:42 on 16 Październik 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      “Dzień świra” mi się podobał, ale nie do końca, uważam, że im bliżej końca tym więcej było słabszych momentów. “Bab…” jeszcze nie widziałem, ale z tego co piszesz, może być podobnie i film może się okazać dla mnie tylko w połowie udany.

    • lyneq baba 20:07 on 16 Październik 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Nie, że migają w lewo a jadą w prawo jadą, tylko na odwrót, że w prawo migają w prawo, a w lewo jadą! ;]
      Mimo tych drobnych przedłużeń w środku filmu, był świetny. Najbardziej chyba podobało mi się, że narzekając na baby dokładnie wręcz w tym samym momencie robili to samo. No jak to jest, że baba zawsze uskoczy? :D

      • szymalan 20:31 on 16 Październik 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

        @Marcin:
        True, to chyba najbardziej komercyjny film Koterskiego. Niby sili się na bezkompromisowość, ale poza bezpieczną jazdę z trzymanką nie wychodzi. Akurat jeszcze żadnej nagrody nie dostał i wolałbym, żeby tak zostało.

        @Peckinpah:

        A to mnie zaskoczyłeś, bo dla mnie Dzien Świra jest genialny od początku do końca. I stąd tym większe dla mnie rozczarowanie, bo spodziewałem się kolejnej genialnej produkcji. Tym bardziej polecam być ostrożniejszym wobec Bab.

        @lyneq_baba:

        “Nie, że migają w lewo a jadą w prawo jadą, tylko na odwrót, że w prawo migają w prawo, a w lewo jadą! ;]”

        ..i jeszcze wypominają na dodatek jakieś mało znaczące szczególiki! :P A film był świetny, zgadzam się. Do czasu. -_- Pomysł, że bohaterowie robili dokładnie to samo, co wypominali babom w pewnym momencie robi się jak dla mnie zbyt oczywisty. Te całe ziewanie prosto do kamery, przeglądanie w lusterku przez kilka minut . Tak jakby widz nie zjarzył już samego faktu, że bohaterowie plotkują jak owe baby przez cały film. Ok, i get it, i get it Mr. Koterski :P

    • milczacy_krytyk 23:27 on 25 Październik 2011 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Byłem, widziałem, zgadzam się z Twoją recenzją oraz ostateczną oceną. Drugi “Dzień świra” to to niestety nie był :/
      Pozdrawiam

c
compose new post
j
następny post/następny komentarz
k
poprzedni post/poprzedni komentarz
r
reply
e
edytuj
o
Wykaz /brak wykazu uwag
t
go to top
l
zaloguj się
h
show/hide help
shift + esc
cancel
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.