The Pirates Who Don’t Do Anything: A Veggietales Movie

The pirates who don’t do anything: A veggietales movie ***

Lata 70 XX wieku. Gdzieś tam, hen chyba in USA, młody ogórek, pan cytrynka i pan takiezielonecoś zmywają i podają do stołu jako tzw. cabin boy w niewielkiej restauracji, w której co wieczór odbywa się spektakularne przedstawienie o morskich piratach.  Nasi bohaterowie to nieudacznicy: jeden się panicznie wielu rzeczy boi (ma listę tych rzeczy!), drugi marzy tylko o tym, aby objadać się przed telewizorem, a trzeci czuje się już za stary na przygody. Ale wszyscy gdzieś w głębi swego warzywnego serca marzą o wielkiej przygodzie i chwale. I będa mieli szansę udowodnić, że się do czegoś jednak nadają: magiczna kula przenosi ich do XVII wieku, na sam środek morza. Wkrótce odnajdują statek, na którym jest młoda księżniczka zatroskana o losy swego brata, który został porwany przez złego wilka morskiego i uwięziony w swojej jaskini. Czy podejmą wyzwanie i stawią czoło niebezpiecznej przygodzie? No, nie zdradzajmy takich przecież nieoczywistych szczegółów.

Na tle innych amerykańskich animacji wielkich wytwórni w stylu Pixara czy DreamWorks Animation, “Pirates who bla bla bla..” (co za tasiemcowy tytuł!)  to jednak druga liga, jeśli nie trzecia. Nie mam nawet pewności czy film ten ukazał się w ogóle w amerykańskich kinach, czy od razu nie trafił na półki z DVD. Animacja to skromna, o małym budżecie, w której największą zaletą są sympatyczni bohaterowie. Nasze warzywka ładnie układają pyszczki do mówienia, potrafią okazywać bez krępowania się przeróżne emocje, wierzą w siłę współpracy, ich działaniami kierują szlachetne pobudki. Mało w tym wszystkim rozkładającego na łopatki humoru, równie mało tu wizualnych atrakcji (choć dawno przyznam się, nie widziałem tak ładnych wyrazistych kolorów w animacji), mimo iż twórcy chcą się zbliżyć do stylistyki “Piratów z Karaibów” (parę razy ich dosłownie cytują, np. nawiązanie do sceny wiru morskiego).

Całość ogląda się bardzo przyjemnie, ale niestety równie szybko wylatuje z pamięci. Nie powiem, że mi się nie podobało, ale ja po prostu nie widzę sensu powstania tego filmu- bo niestety ale choćbym się wściekł nic nie zrobię, jak widzę tak jawne nielogiczności jak zostawianie na zupełnie nieznanej wyspie jednego z towarzyszy i chęć powrotu do domu nawet bez zapytania : To wracamy po niego, co? Sam scenariusz zresztą tonie w licznych schematach i banałach. Rzecz na jeden raz.

szymalan

Shrek

Shrek ******

“Nie patrz w dół, będzie dobrze, tylko nie patrz w doł. W dół nie patrz. Shrek!!! ja w dół patrzę!”. Żeby wymienić wszystkie sceny i dialogi, jakie cytowane są przez miłośników tego filmu niemal na całym świecie już od ponad 7 lat (!), trzeba by przepisać scenariusz. Genialny w każdym calu film Andrew Adamsona, to animacja doskonała.

Nie będę przybliżał już szczegółów fabuły, bo i tak każdy już wiem po stokroć o co biega, każdy film widział i nie wyobrażam sobie, aby ktoś czytał dziś recenzje “Shreka” po to, aby przeczytać akapit ze streszczeniem fabuły. Prostu ja dołączę do tysięcy recenzentów i widzów, i napiszę, dlaczego ‘Shrek” uważam za mistrzostwo absolutne.

Jak wiemy, film wywołał emocje, ponieważ okazał się dziełem, na które nikt nie był przygotowany. Ani po plakatach, ani po ulotkach, czy nawet po zwiastunach nie bardzo można się domyślić z jakiego rodzaju kinem przyjdzie nam się spotkać.

“Shrek” był początkiem nowej epoki w dziejach kina animowanego pełnometrażowego. Okazało się bowiem, że film można nakręcić w taki sposób, aby bawił nie tylko małe dzieci (a rodzice z przymusu muszą wytrzymać do końca), ale bawią się wszyscy, i co najważniejsze- każdy bawi się w innym momencie.

Powiem Wam co mnie zawsze bawi także nawet dziś po kolejnym seansie głośno się śmieję. “Czego” mówione twardym męskim głosem przez postać wilka w piżamce, kiedy leży w łóżku Shreka, czy “Żwirek kręci z muchomorkiem? -”TAK Z MUCHOMORKIEM!”, zamiatają mną dosłownie zawsze i wszędzie. takich chwil w tym filmie mam znacznie więcej.

Jest w tym filmie coś takiego, co sprawia, że jest on taki.. “do wielokrotnego użytku”.Mam na myśli potężną ilość smaczków, w postaci licznych nawiązań do kina, czy po prostu gdzieś tam rozwalających żarcików, krótko mówiąc taki rzeczy, których widz nie dostrzeże za pierwszym razem.

A oglądanie “Shreka” po raz pierwszy, to trzeba przyznać efekt nieporównywalny do żadnego innego. Twórcy dosłownie wywrócili na wszystkie strony, całą tradycję kina- familijnego, przygodowego (rycerskiego) , animowanego.

Powalają pomysły: księżniczka Fiona będąca w istocie szkaradną ogrzycą, która ładnie pyskuje i potrafi dać w ryja tak, że wszyscy wymiękają. Potężny władca Duloc, Lord Farquuad, to w praktyce żądny władzy okrutnik, który nie zna żadnych zasad, jest niewielki wzrostem, a kończy w brzuchu smoczycy. A ogr Shrek, okazuje się być idealnym rycerzem z bajki, gdyby nie poziom jego higieny osobistej i…no sam fakt, że jest zielony, ma uszy jak dwie antenki na głowie, a jego ulubionym przysmakiem są szczury lądowe.

Film zaczął też epokę w animacji nawiązań do kina masowego. Kiedy podczas ucieczki z zamku smoka bohaterowie wiszą na moście zwodzonym- na myśl przychodzi “Indiana Jones i świątynia zagłady”, a kiedy mamy scenę walki z grupką Robin Hooda- “Matrix” jak ta lala.

Ładnie tez film rozłożony jest pod względem humoru. Pierwszą połowę można dosłownie prześmiać się tak, że brzuch nas boli, ale już druga połowa skupia się już na emocjach, jest bardziej wzruszająca i refleksyjna. Pozwala na odpoczęcie od scen akcji i humoru.

Myślę, że “Shrek” wyszedł w dobrym momencie. Możliwe, że w idealnym momencie. Bajki już powoli stawały sie nudne- takie zwykłe bajkowe historie. Lekki humor, żadnej jazdy po bandzie. Tylko infantylna bajka z morałem dla dzieci.

Nauczyliśmy się być “dorośli”, bardziej niż jesteśmy. I nie będziemy się przecież bawić na bajce. Brutalnie wyparliśmy, niczym Lord Farquuad ze swojego królestwa, fantastyczny świat stworów i magii. Polubiliśmy szybką akcję, zabawne onelinery, czy parodystyczne konwencje.

“Shrek” to wszystko połączył. Jest też jednocześnie świetnym filmem familijnym z morałem, że nie należy oceniać ludzi po pozorach. Kina też jak widać. Oscarowy obraz Andrew Adamsona pokazuje, że w ciągu 90 minut można rozbawić, wzruszyć, pobudzić i potrzymać w napięciu widza absolutnie w każdym wieku.

Wiem, że owa recenzja doskonała nie jest, ale ja wole ten film oglądać niż o nim pisać. Po stokroć wolę. I do tego Was zachęcam. Odnajdźcie i Wy swoją “własną genialność” w nowoczesnym obrazie o ogrze, gadającym ośle i królewnie Fionie- bo to wielkie dzieło amerykańskiej kultury.

szymalan

Miasteczko South park

Miasteczko South Park ****

Powstały już  174 odcinki (12 sezonów) kultowego wśród nastolatków amerykańskiego serialu o przygodach małoletnich mieszkańców miasteczka South park. “South park” wzbudza już od lat kontrowersje: wyśmiewa i obraża wszystkich. Dzieci, młodzież  dorosłych. Szydzi z popkultury, mniejszości narodowych, polityków. A bohaterowie to chamskie i wulgarne ośmiolatki, które nie liczą się z niczym w swoim życiu. Liczy się tylko “verygoodfun”.

Serial doczekał się pełnometrażowego filmu telewizyjnego. Próba rozciągnięcia w czasie tak krótkich odcinków do pełnego filmu, wydaje się nawet dosyć udana, podobnie jak to się udało z kinową wersja serialowych “Simpsonów”. Fabuła oscyluje (podobnie jak w ‘The Simpsons:Movie”) wokół poważnego lokalnego problemu. Na ekran kina w miasteczku wszedł kanadyjski film pod tytułem “Płonące dupy”, w którym główne role (i chyba jedyne) zagrali kanadyjscy gwiazdorzy Terrence i Phillip- idole miejscowej dzieciarni.

Film udaje się zobaczyć Stanowi, Ericowi, Kyle’owi i Kenny’emu, którzy pod jego wpływem zaczynają notorycznie przeklinać bez żadnego umiaru. Zdenerwowani nauczyciele wzywają rodziców, którzy podejmują walkę z problemem. Matka jednego z bohaterów postanawia wywołać wojnę pomiędzy porządnymi mieszkańcami USA i niebezpiecznymi dla ich dzieci Kanadyjczykami, którzy rzekomo odpowiadają bezpośrednio za cały cyrk.Sami zaś gwiazdorzy mają zostać zabici przez organizację zdenerwowanych matek.

Tymczasem w Piekle  (które szybko stanie się nowym domem Kenny’ego), wrażliwy Szatan romansuje z nieuczuciowym Saddamem Husseimem, który myśli tylko o seksie i władzy . Szatan czeka aż przeleje się krew niewinnych- to dla niego okazja to przejęcia władzy nad światem.

Teraz mamy dwie opcje: albo uznamy “South Park” za błyskotliwą satyrę na rzeczywistość, która po prostu hardcore’owo pożera wszystkie świętości codziennego życia- i uznamy pomysł na taki serial za znakomity. Albo powiemy, że owa dojrzałość serialu jest w rzeczywistości fikcją- tanią podnieta dla dzieci i nastolatków, które będą turlac się ze śmiechu słysząc coraz bardziej wymyślne przekleństwa, jednocześnie wierząc naiwnie, że to wszysko co się tam dzieje usprawiedliwia “satyryczne zabarwienie i morał”.

Ja niespecjalnie się przekonałem. Wolę już “Simpsonów”, choćby dlatego, że o wiele razy więcej się śmiałem. Ale i sam film to wiele bardziej inteligentny komentarz do rzeczywistości- bez tak ostrego języka, który rozbawi co najwyżej gimnazjalistę. W paru momentach “south Parku’ owszem się uśmiałem. Całkiem nieźle prezentuje się też charakterystyczna animacja, w tym wizja piekła. Fabuła, jak na tak długi odcinek serialu, też dobrze przemyślana (choć nie powala). Film mówi o wolności słowa, ale takiej nieograniczonej, bezwzględnej, - jak człowiek ma ochotę może sobie zbesztać Boga i nikomu nic do tego. Dlatego generalnie jednak zbyt często czułem się urażony, co wcale nie jest oznaką utraty dystansu: po prostu nawet “South Park” musi mieć swoje granice, czy komuś się to podoba, czy nie.

szymalan

Ratatuj

Ratatuj *****

Brad Bird już w “Iniemamocnych” udowodnił, że da się. Można nakręcić film animowany bez uproszczeń, z pełną fabułą, wiarygodny od pierwszej do ostatniej chwili, z perfekcyjnym rozbudowanym scenariuszem niczym w filmie aktorskim. To, co dokonał w oscarowym “Ratatuj”, rzuca widownię na kolana.

Akcja film umiejscowiona jest w centrum Paryża, w restaturacji Gust Gusteau. Tam przybywa przez zupełny przypadek młody, charyzmatyczny szczur o imieniu Remy. Uwielbia gotować, nie żywi jak inne szczury, nienawiści do ludzi i posiada duszę prawdziwego artysty. Bo jak się ma tak absolutny smak i węch jak Remy, można czynić w kuchni prawdziwe cuda.

Gust Gusteau to restauracja, która powoli upada. Krytyk Anton ego odjął piątą gwiazdkę pisząc negatywną recenzję w gazecie, wtedy jej szef Gusteau się załamał i wkrótce potem umarł, co zgodnie z tradycją odjęło kolejną gwiazdkę. Teraz szefem jest Szponder, niemiły dla swoich kucharzy interesant, któremu w głowie zyski z sprzedawanych “mrożonek wujka Szpondera”.

Remy wplata się w znajomość z pomywaczem Linguinim, który okazuje się być potomkiem zmarłego szefa restauracji i ma, zgodnie z testamentem, prawo do stanowiska szefa kuchni. Problem w tym, że Linguini oprócz zmywaku nie nadaje się do niczego, nie potrafi nawet ugotować jajka.

Założenie twórców, jakoby szczur miał przebywać w kuchni i gotować jedzenie dla ludzi, może wydawać się dosyć odważnym posunięciem, a prawdę powiedziawszy małym szaleństwem. Mimo to, na tej ryzykownej podstawie udało się zrealizować film pozbawiony fałszywej nuty od samego początku aż do końca. Z szczura reżyser robi człowieka, o ludzkim wyrazie twarzy, ludzkim dialogu, ludzkiej reakcji na otoczenie i charyzmie młodego chłopaka, który niezrozumiany przez swoje własne otoczenie,przybywa do wielkiego miasta, aby go “podbić”. Jest to przede wszystkim film, który idealnie ilustruje tą prostą amerykańska frazę: “You can do it”. Animacje uwielbiają bohaterów-outsiderów lub freaków, którzy nie pasują do “poukładanej rzeczywistości”. jest to wyraźny prztyczek w noc przeciętności, która nie daje szansy na rozwój własnej pasji i artystycznego spełniania siebie. Bo przecież “szponderowe” mrożonki i polewa twórców z kultury fast foodów, są tutaj użyte jako porównanie dobrego smaku z kiczem. Bo nie są dobre masowo sprzedawane mrożonki, czy hot dogi. Owa kultura wysoka najbardziej wybrzmiewa tutaj w scenie, w której Remy porównuje tworzenie potraw do muzyki: zjesz truskawkę “czujesz” dźwięk. Zjesz banana czujesz kolejny. kiedy to połączysz ze sobą, masz już małą orkiestrę - coś zupełnie nowego, smakowitszego.

“Ratatuj: to film wielokrotnego użytku. Jako widowisko z wysokiej klasy animacją i świetną muzyką, jako kolejna pochwała przyjaźni i miłości, czy jako artystyczny film z perfekcyjnym scenariuszem, który utrzymuje każdy nerw widza w napięciu do samego końca. O wielu rzeczach zresztą tu nie napisałem. Jak wyżej:to film do wielokrotnego seansu. Co raz, to okryć można coś nowego w tym filmie. Być może dlatego wolę właśnie “Ratatuj” od “Wall.ego”, który przebija jakością animacji produkcję Brada Birda, ale przegrywa zbyt dydaktyczną, mało fascynującą treścią.

szymalan

Wall.e

Wall.E *****

Korzystając z okazji, że udało mi się uruchomić komputer pozwalający sobie ostatnio na ostry wakacyjny bunt, postanowiłem napisać o filmie, który zobaczyłem tego wieczora w kinie.

Siedziałem w multipleksie, który znajdował się w środku gigantycznego centrum handlowego. Kiedy wychodziłem z kina, wszedłem znów w sam środek piekła kapitalizmu. Tym razem animatorzy z niezwykle kreatywnego studia Pixar Animation Studios zrobili animację zaangażowaną w poważny globalny problem. Kto szuka zabawy i przygody niech opuści salę po zakończeniu pomysłowej krótkometrażówki “Preston” wyświetlanej przed “Wall.em” (taka tradycja- aby seans nie był taki “goły”). To kino ma w sobie humor a jakże- ale za mało, aby rozbudzić całą salę. Problemy porusza rangi wysokiej: miłość, odpowiedzialność za społeczeństwo, za swoją planetę, “precz z konsumpcją”…wszystko oczywiście grubą krechą.

Mimo to film nie przypomina typowej animowanki. W pierwszej części, kiedy akcja rozgrywa się na zaśmieconej, pozostawionej przez ludzi robotom do sprzątania (akcja “Miotła”, podczas gdy ludność będzie balować na promie kosmicznym Axion- rozpoczęta, kiedy 700 lat wcześniej poziom skażenia uniemożliwił proces fotosyntezy), kiedy mały Wysypiskowy Automat Lewarująco Likwidujący E Klasy (wall-e) sprząta pozostawione śmieci w kostkę i układa wieżowce, film wygląda jak normalna produkcja z bardzo wysokiej klasy efektami specjalnymi. Wall.e za towarzysza ma tylko karalucha, który wygląda miło, ale…. . Wall.e codzień ogląda kasetę z musicalem “Hello, Dolly” i marzy, aby spotkać kogoś kogo mógłby dotknąć, z nim zatańczyć, spędzić czas. Czuje się samotnie na Ziemi.

Pewnego dnia na Ziemi ląduje sonda Axionu, piękna Ewa, która stała się obiektem zainteresowania naszego prymitywnego bohatera (niczym prawdziwy mężczyzna Wall.e pracuje, rozumuje dosyć prosto, ma poczucie humoru i romantyczność, którymi chce zdobyć nie łatwą feministyczną kobietę-Ewę). Razem wyruszają w podróż w kosmos, gdzie przyjdzie im powalczyć o uratowanie ziemi- i swojej miłości.

Podczas seansu “kung fu panda” dźwięk łomocze do naszych uszu z każdego głośnika kinowej sali. Tamten film jest szybki i lekki. Prosty i mało emocjonujący. “Wall.e” to film inny, z innego bieguna. Minimalizm dialogowy- prawdziwy ewenement, coś czego nie było w żadnym filmie animowanym. Nasz bohater potrafi tylko powtarzać imiona: swoje i swojej partnerki (mówiłem, że prosty z niego chłop?). Dlatego Wall.e nie nawija do swojej bohaterki- on prostym gestem pokazuje więcej niż żywy aktor.

Muzyka nie ma żadnego motywu przewodniego- ma sprawiać wrażenie jakby jej wcale nie było. Bardzo stonowana, nie zagłusza tego, co istotne. A jednak słuchana na płycie z soundtrackiem jest bardzo przyjemna. Głównie dzięki świetnie dobranym piosenkom. Jazz, trochę muzyki poważnej….

Montaż filmu chwilami szybki, a z kolei chwilami niczym z filmu czarno-białego, kamera bacznie spogląda na to co się dzieje, obserwuje bohatera z różnych ciekawych momentów, a scenariusz nie obfituje w wątki, stara się tylko ładnie złożyć to, co jest koniecznie do osiągnięcia celu fabuły. Brakuje nieco precyzji scenarzysty “Ratatuja”- ale może właśnie o taki film chodziło? Wolny i niezbyt złożony? Jak zresztą największe arcydzieła s.f, do których “Wall.e” chętnie nawiązuje (”łowca androidów”-klimat i kolorki, “Bliskie spotkanie trzeciego stopnia”-lądowanie statku kosmicznego”, seria “Obcy” -nerwowe odliczanie, napięcie, “2001: Odyseja Kosmiczna”- muzyka!).

Zresztą z “Odysei Kosmicznej” Kubricka twórcy wzięli główne zło- czarny charakter, którym jest tutaj autopilot pokładowy Axionu, który nie chce dopuścić aby ludzie wrócili na Ziemię. Świetna postać kapitana promu kosmicznego, który dużo dowiedział się o Ziemi- jak kiedyś wyglądało życie (”a co to są tańce”, “a co to jest ocean”- pyta swojej “encyklopedii” podręcznej). Spodobało mu się. I nagle staje do walki: chce wrócić na Ziemię i tam rozpocząć życie od nowa. Wraz z innymi ludźmi, którzy przeżyli (najmocniejsze zdanie filmu: “Ja nie chcę przeżyć, ja chcę żyć”). Jest więc to też film o takim skrywanym podświadomie pragnieniu życia na Ziemi i cieszenia się tym życiem bez względu na sytuację. Tylko czasem o tym zapominamy i przeklinamy na wszystkich i wszystko dookoła. Bo nudne jest tylko przeżycie życia. Życie życiem jest o wiele ciekawsze, zachwyt nad prostym procesem fotosyntezy jest zachwytem nad cudem tworzenia. Jakże też piękne jest dzielenie się z innymi tym, co sami tworzymy!

Jakkolwiek oceniać wątpliwie udaną fabułę, główny efekt osiągnięto. Zobaczyliśmy najlepszą technicznie animację w dziejach kinematografii, z twardo brzmiącym przekazem dla ludzkości, mnóstwem pomysłów, nie tylko wizualnych, ale z przede wszystkim najbardziej rozczulającym disnejowskim bohaterem ever. Nie ma charyzmy szczura Remy’ego, ale urokiem zostawia konkurencję w tyle.

Długo czekałem na ten film i teraz do kin wszedł on w atmosferze arcydzieła. Czy nim faktycznie jest? Nie wiem tego w tej chwili. Chciałbym mu postawić 6 gwiazdek, co tu dużo zresztą mówić: liczyłem na to. Trochę się….nie, nie rozczarowałem. Raczej zdziwiłem. Poczekam na wydanie DVD i zobaczę w domu. Na razie wiem jedno: jeśli “Wall.e” nie dostanie Oscara za najlepszy film animowany roku, to będzie kompromitacja Akademii Filmowej.

szymalan

Iniemamocni

Iniemamocni *****

Arcydzieło. Pixar\Disney dokonali cudu: nakręcili animację dla dorosłych, najdłuższą animację, jaką obejrzałem i do pewnego czasu najlepszą w historii kina.

Nastały ciężkie czasu dla miejscowych superbohaterów. Muszą żyć w cieniu, swoją drugą tożsamością. Nie mogą się wychylać odrzuceni przez społeczeństwo, które straciło potrzebę bycia ratowanym w tym niebezpiecznym świecie. Ale pan Bob Parr (prywatnie zwykły urzędnik w nudnej firmie ubezpieczeniowej) nie zamierza siedzieć z założonymi rękami. Wieczorami, narażając na niebezpieczeństwo całą rodzinę (żonę Elastynę, córkę Violę, syna Maksa i drugiego syna, Jack Jacka- jeszcze małego brzdąca), podsłuchuje radiowozy z innym iniemamocnym, kolegą “po fachu” Mrożonem, przy tym okłamując żonę, że spędza czas z kumplem na bilardzie.

Należy też zaznaczyć, że każdy superbohater obdarzony jest konkretnymi umiejętnościami- dla przykładu: Mrożon potrafi błyskawicznie zamienić lód w wodę (nawet tą z własnego ciała, musi tylko dużo pić), Bob jest tytanicznie silny (przeciętny osobowy Polskich Kolei Państwowych na rękach Boba wyglądałby jak pusty, ale duży nieporęczny kartonik), z kolei córka “inemamocnego” małżeństwa- Viola, ma dar znikania.

W momencie, kiedy wydaje się, że Bob Parr już nigdzie nie będzie mógł rozładować swojej energii, pan Iniemamocny otrzymuje poufną informację od tajemniczej kobiety zamieszkującej na małej wyspie, która mówi, że “znowu może być Pan wielki”. Ma szansę wykazać się w trakcie bardzo tajnej i trudnej misji właśnie na owej wyspie. I przy okazji zarobić trochę grosza. Tam jednak czekać na niego będzie nie zadanie- a spisek, pułapka.

Pixar idzie z duchem czasu. Nowy reżyser: Brad Bird, pokazał tutaj (i w późniejszym “Ratatuj”), że animacja wcale nie musi być infantylną bajką dla dzieci z piosenkami, że może być poważnie potraktowanym filmem akcji dla dorosłych i że czas akcji może przekroczyć 90 minut (tutaj trwa rekordowe 2 godziny! - co już dyskwalifikuje udział w projekcji więszkość dzieci). Film to nowoczesny, pełen wizualnych atrakcji, z wypasioną grafiką i znakomitym montażem. Majstersztyk.

Ale już nie tylko technika się liczy, Pixar w końcu przyzwyczaił nas do określonego poziomu czyt. z każdym filmem lepszego. Uporządkujmy. “Iniemamocni” nawet nie kryje się z tym, że parodiuje, właściwie pastiszuje (bo parodia to dziś bezmyślne przedrzeźnianie konkretnych scen) filmu o superbohaterach kina akcji. Gadżety rodem z Jamesa Bonda. Q i tego gościa od “sprzętu: z Batmana, zastąpiła tutaj Edna Mode- postać ekscentrycznej kobiety zajmującej się szyciem kostiumów dla superbohaterów (popłakałem się ze śmiechu w scenie z nią). Chwilami scenarzysta gra grubą krechą: wprost cytuje drugiego “Spider Mana 2″ (scena z pociągiem). Do tego sceny akcji rodem z “Mission Impossible”. Film nie próbuje szukać wad gatunków- próbuje się tylko przebić przez nie i zdemitologizować ten ów świat z “iniemamocnymi superludźmi”. A nade wszystko udało się nakręcić film o rodzinie- takiej zwykłej, o codziennych problemach (praca, szkoła, małżeństwo). Nie świadczy to wcale o niezmordowanym pragnieniu Disneya o prorodzinnym przesłaniu, choć i ono jest nad wyraz czytelne, ale świadczy, iż w natłoku atrakcji wizualnych reżyser miał świadomość, że tylko pełnokrwiści bohaterowie będą w stanie pociągnąć film do samego końca. No i poszło- dialogi zbuntowanych dzieci w okresie dorastania są rozbrajające, bezradność wobec natłoku problemów przytłacza stłumionego na codzień Boba porusza, zaś matka robi co może i staje na głowie, by nie zwariować i trzymać wszystkich w kupie- widz darzy ją podziwem. Szczery film, z nienachalnie serwowanym poczuciem humoru z klasą, to film który klasą jest sam w sobie. Jasne: morały mówione są wielkimi literami. Ale w kategorii kina aminowanego “iniemamocni” to i tak wciąż ewenement.

Do tego muzyka Michaela Giacchino (gry “Medal of honor”, “Call of duty”) jest mistrzowska, stanowiąca dobry powód do zostania na napisach końcowych.

szymalan

Gdzie jest Nemo

Gdzie jest Nemo *****

Przeglądu pełmetrażowek Pixara ciąg dalszy. Disney ma szczęście, że ongiś skumał się z Pixarem i teraz oni robią im perfekcyjne filmy, a sam Disney zajmuje się jedynie ich wielką machiną dystrybucyjną. Kiedy Disney zrobił sam film- kiedy na moment doszło do rozstania duetu- wyszło przygnębiająco słabo. Mam na myśli oczywiście kiepskiego, chaotycznego i bez pomysłu zrobionego “Kurczaka małego”.

Wspominam o “Kurczaku małym” bo względnie fabuły obydwu produkcji (”Kurczaka” i “Nemo”) są dosyć do siebie podobne, a bynajmniej na pewno- przekaz jest podobny: pochwała ojcostwa. Wielka Rafa Kolarowa:  Mała rybka-błazenek (od teraz wszyscy już wiedzą, co to jest błazenek i jak wygląda) Nemo i jego ojciec Marlin, zostają sami. Wieloryb zabrał im matkę i jakieś 300 innych potomków w kosmos i muszą sobie radzić sami. Marlin jest zdecydowanie zbyt nadopiekuńczy dla syna, ten wściekły daje się ponieść emocjom i w wyniku lekkomyślności zostaje porwany przez nurkujących w okolicy ludzi. Zostaje zabrany do australijskiego Sydney, aby umieścić go w ciasnym akwarium, gdzie uwięziono już kilka innych rybek.

Merlin rusza na ratunek z pomocą poznanej przypadkiem innej rybki: Dory, która cierpi na zanik pamięci krótkotrwałej. Czeka ich podróż pełna przygód i niebezpieczeństw.

Hymn na cześć ojcostwa i pochwała przyjaźni (jak w 100% animacji) w filmie, który jest przede wszystkim fantastyczną, zapierającą dech w piersiach podróżą z przygodami. Oszałamiająca grafika filmu i świetna muzyka, perfekcyjny polski dubbing, trzymające w napięciu sceny akcji. Znajdzie się tu parę świetnych tekstów Dory (Joanna Trzepiecińska powala i rozbraja), parę niezłych pomysłów (rekiny na odwyku od zjadania innych ryb!) parę niezłych zaskakujących momentów (znów rekiny- najpierw wydaje nam się, że są złe, potem okazują się potulne jak baranki), parę znakomitych rozwiązań wizualnych (W.Rafa Kolarowa to widok wart naszego czasu)- jednak “Gdzie jest Nemo” to przede wszystkim kolejny przykład na to, że najciekawsze są te animacje, gdzie świat zwierząt imituje nasz świat ludzki, z wszystkimi jego wadami i zaletami. I dzięki temu owe filmy mają znacznie więcej do zaoferowania i powiedzenia niż bzdurne bajki o Pokemonach, czy Dragon Ball.Co wszystkim wychodzi na dobre, bo i bawią, i uczą.

szymalan