The pirates who don’t do anything: A veggietales movie ***

Lata 70 XX wieku. Gdzieś tam, hen chyba in USA, młody ogórek, pan cytrynka i pan takiezielonecoś zmywają i podają do stołu jako tzw. cabin boy w niewielkiej restauracji, w której co wieczór odbywa się spektakularne przedstawienie o morskich piratach. Nasi bohaterowie to nieudacznicy: jeden się panicznie wielu rzeczy boi (ma listę tych rzeczy!), drugi marzy tylko o tym, aby objadać się przed telewizorem, a trzeci czuje się już za stary na przygody. Ale wszyscy gdzieś w głębi swego warzywnego serca marzą o wielkiej przygodzie i chwale. I będa mieli szansę udowodnić, że się do czegoś jednak nadają: magiczna kula przenosi ich do XVII wieku, na sam środek morza. Wkrótce odnajdują statek, na którym jest młoda księżniczka zatroskana o losy swego brata, który został porwany przez złego wilka morskiego i uwięziony w swojej jaskini. Czy podejmą wyzwanie i stawią czoło niebezpiecznej przygodzie? No, nie zdradzajmy takich przecież nieoczywistych szczegółów.
Na tle innych amerykańskich animacji wielkich wytwórni w stylu Pixara czy DreamWorks Animation, “Pirates who bla bla bla..” (co za tasiemcowy tytuł!) to jednak druga liga, jeśli nie trzecia. Nie mam nawet pewności czy film ten ukazał się w ogóle w amerykańskich kinach, czy od razu nie trafił na półki z DVD. Animacja to skromna, o małym budżecie, w której największą zaletą są sympatyczni bohaterowie. Nasze warzywka ładnie układają pyszczki do mówienia, potrafią okazywać bez krępowania się przeróżne emocje, wierzą w siłę współpracy, ich działaniami kierują szlachetne pobudki. Mało w tym wszystkim rozkładającego na łopatki humoru, równie mało tu wizualnych atrakcji (choć dawno przyznam się, nie widziałem tak ładnych wyrazistych kolorów w animacji), mimo iż twórcy chcą się zbliżyć do stylistyki “Piratów z Karaibów” (parę razy ich dosłownie cytują, np. nawiązanie do sceny wiru morskiego).
Całość ogląda się bardzo przyjemnie, ale niestety równie szybko wylatuje z pamięci. Nie powiem, że mi się nie podobało, ale ja po prostu nie widzę sensu powstania tego filmu- bo niestety ale choćbym się wściekł nic nie zrobię, jak widzę tak jawne nielogiczności jak zostawianie na zupełnie nieznanej wyspie jednego z towarzyszy i chęć powrotu do domu nawet bez zapytania : To wracamy po niego, co? Sam scenariusz zresztą tonie w licznych schematach i banałach. Rzecz na jeden raz.
szymalan





