Casino Royale *****

Wydaje, że się dwa razy do tej samej rzeki wejść nie można. I raz zakończoną serię, nie powinno się po czasie reaktywować. Zwłaszcza jeśli seria ta miała już 20 odcinków. Czy dwudziesty pierwszy może jeszcze cokolwiek znaczyć dla widzów? Zaskoczyć ich? TAK!”Casino Royale” sprawdza się i jako świetny blouckbuster dla wszystkich, i jako znakomita kolejna odsłona przygód Jamesa Bonda. Świetny! Świetny po stokroć!
Mało streszczana jest fabuła. W wielkim skrócie powiem tylko, że James Bond w pierwszych scenach zyskuje licencję na zabijane dodającą mu dwa zera z początku nazwy. Później zrobi coś co agencji przysporzy sporo wstydu, jednak M. daje mu szansę zrehabilitowania się. Ma wyjechać do Montenegro do Królewskiego Kasyna, gdzie ma wygrać partię pokera z demonicznym Le Chiffrem, bankierem terrorystów.
Brzmi to bardzo banalnie, ale jak już film się ogląda, co rusz coś się komplikuje. Film nie ma nic wspólnego z banalnym kinem akcji, gdzie fabuła jest pretekstowa do kolejnych scen pościgów i strzelanin, tak jak i daleko mu do zagmatwanych bezsensownych na siłę przekompikowanych historyjek z idiotycznie montowanymi scenami akcji. “Casino Royale” to bardzo rzetelna, przemyślana produkcja. Wpisuje się w modny ostatnio nurt mrocznych realistycznych trhrillerów, pozbawionych pojmowania świata przez pryzmat infatntylnej fantastyki (bond, który nigdy nie ginie, który dokonuje nadludzkich czynów, imają się go kule..etc). Zgodnie więc z modą na “emo” (so deep, so dark), film zachowuje podobne prawidłowości jak filmy np. z Batmanem. Mroczno, ciemno, bardzo widowiskowo, również bardzo reliastycznie. W Bondach nikt nigdy realistycznie nie ginął, tylko upadał na ziemię i krzyczał żałośnie “aaaah”. Tutaj co chwila ktoś komuś przystawia pistolet do skroni, co chwila ktoś gotów jest zabić bez chwili wahania. Oczywiście nie zabrakło wielkich scen- pościg 007 za terrorystą z początku filmu połączony z wyczynami mistrza sztuki Parkour (niczym z filmu “Yamakasi Współcześni Samurajowie) i walką na gigantycznych rusztowaniach, objzadami kamery dookoła akcji- to czysty majstersztyk. Wrażenie robi scena finałowego zatopienia kamienicy w Wenecji, ciekawostkami z kolei mogą sceny “autoreanimacji” Jamesa czy tortur przez Le Chiffre’a. Sceny wielkie, spektakularne, a jednak zawsze skromne jakoś, nie rozbuchane, pozbawione niepotrzbenego patosu. Równie znakomicie prezentuje się niemal godzinna (!) partia pokera, pełna napięcia i nieprzewidywalnych zwrotów akcji.
Nowy Bond- Daniel Craig jest uszyty niemalże idelanie- jak bije to jak zwierzę, a jak uwodzi piękne kobiety to jest romantyczny i uroczy. Fizycznie przystosowany do największych wyczynów kaskaderskich, aktorsko do wszystkiego poza tym. Nie ma znaczenia, że jest brunetem, czy że za niski jak na Bonda. Choć wielu ludzi skazywało go na porażkę- udowodnił, że jest świetnym agentem Jej Króleswkiej Mości. Liczy się akcja, kobiety i humor (na pytanie o to jakie ma być martini- wstrząśnięte czy zmieszane, odpowiada “mam to w dupie”, a na pytanie w ostatniej linicje scenariusza “kto mówi” przez telefon, odpowie “Nazywam się Bond. James Bond”. Wszlekich smaczków nie brakuje. Na napisach końcowych mamy słynny motyw muzyczny “james Bond Theme”- i tutaj wpasowuje się w konwencję idealnie. A jak już jesteśmy przy muzycznej oprawie to dodajmy, że w czołówkę uświetnia znakomity kawałek “You Know my name” Chrisa Cornella.
Serdecznie polecam.
szymalan





