Tron. Legacy (2010, Joseph Kosinski)
Tron Dziedzictwo ***

Oryginalny film “TRON” z 1982 roku, to nie jest może dzieło sztuki, które powala artystyczną wizją i głębokim przesłaniem podanym w subtelny sposób, ale to do dziś niesamowicie przyjemna ramotka, która dalej potrafi zwrócić w głowie cudownością efektów, które na swoje czasy były wręcz rewelacyjne. Bodaj po raz pierwszy w historii, kino hollywoodzkie pokazało, że można zrealizować aktorski, wielkostudyjny hit , który niemal w całości opiera się na efektach komputerowych- co dziś już oczywiście nikogo specjalnie nie dziwi. Film może miał nieszczególne dialogi i w miarę przewidywalną historię, ale jednak trudno sobie wyobraić czym bez “TRONU” byłoby dzisiejsze science fiction. Jedno z drugiego wynika: “Matrix” braci Wachowskich wydaje się świetnym sequlem “TRONU”, a “Incepcja” Nolana, to nowatorska wariacja na idei życia jako snu z “Matrixa” (a więc i “TRONU” również). W pewnym sensie “TRON” koleruje również zapewne z “Avatarem”, który wskazuje z kolei na drugą stronę medalu: snu jako wariantu lepszego niż życia w realu (poza tym dzieło Camerona to również pokaz świata wykreowanego w całości komputerowo i opartego na przełomach technologicznych).
Dziś mamy czasy gier komputerowych o wiele bardziej zaawansowanych niż ta z filmu “TRON”, świat wydaje się już tak nie bać procesów digitalizacyjnych jak 30 lat temu, a jednak twórcy z Disneya (z rezyserem oryginału na stanowisku producenta) pokusili się o sequel. Sequel, który wszedł do światowych kin zaledwie kilka miesięcy po hicie Christophera Nolana i który – zgodnie z zapowiedziami – miał zachwycać, powalać i olśniewać. Jako fan science fiction spokojnie mogłem oczekiwać dzieła, które trafi do kanonu kultowych pozycji gatunku. Niestety, chyba się trochę przeliczyłem.
Po pierwsze odnoszę wrażenie, że trudno jest uzasadnić, co w dobie dzisiejszych pozycji gatunku, “Tron 2″ miał by tak naprawdę oznaczać. Jako nostalgiczny hołd dla starej wersji i jej rewolucyjnego charakteru, sprawdza się z pewnością świetnie: widoki automatów do gier stojące w zakurzonych pokojach, fruwające w cyberświecie “rozpoznawacze”, fosforyzujące kaski i kombinezony, wyścigi na tych cudownie podswietlanych motocyklach – wszystko tu jest, a dzięki udzielającemu się klimatowi świata gry i smaczkom w rodzaju utworu Journey “Seperate Ways”, można zrozumieć, że twórcy kochają tę franczyzę i czują nostalgię za tamtymi latami. Niestety szkoda, że nic z tą marką poza oczywistymi nawiązaniami więcej nie robią.
Film z jednej strony dużo nie wnosi, bo wydaje się zaledwie powtarzać stare pomysły, z drugiej strony zarysowuje świat gry komputerowej, który wydaje się cokolwiek niezrozumiały. Po co mącić nieustanną ekspozycją o kolejnych elementach tego świata, skoro i tak nie bardzo wiadomo jakie są jego limity, zasady (zwłaszcza w kontekście tego co dzieje się w finale z postacią graną przez Olivię Wilde), których reżyser i tak ostatecznie nie specjalnie wykorzystuje . Dziwnie się to wszystko chwilami ogląda: gdy milknie rozwałka, następuje często długa, mniej więcej 5-7 minutowa sekwencja, w której bohaterowie tłumaczą sobie nawzajem reguły świata i podają niezbędne wiadomości na temat całej fabuły i historii z przeszłości. Skoro jednak wszystko sprowadza się do mało eksctytującego widowiska, w którym obojętne jest nam kto przeżyje, a kto nie, to chyba trudno znaleźć w takim sposobie opowiadania jakikolwiek większy sens.
Po drugie, przesłanie filmu wydaje się też już trochę nie wiadomo z kąd wzięte. Zrobienie z Kevina Flynna jakiegoś nudnego mistrza Zen (choć był takim fajnym cwaniaczkiem w pierwszej części) kompletnie mi nie pasuje, a cała ta filozofia człowieczeństwa i przeznaczenia też jest tu naciągana i po łebkach. A wszystko to niestety wciśnitęte jest w ramę historii tak poważnie podanej, że człowiek aż się boi podczas seansu zaśmiać. Twórcy wyobrażają sobie z tej fabuły jakąś poważną dramę na poziomie Kubricka, tymczasem obserwujemy (poza genialnym epizodem Michaela Sheena) jedynie paradę ściśniętych aktorskich pośladków ( i Jeffa Bridgesa próbującego chwilami iśc w Dude’a z Big Lebowskiego, ale to naprawdę mało) w dość średnim teatrze na temat ponownego zjednoczenia po latach ojca z synem.
Po trzecie, debiutant Joseph Kosinski niestety nie radzi sobie z reżyserią. Sceny bezwiednie przechodzą jedna po drugiej i wydają się tylko zaliczać kolejne punkty scenariusza, a całe “Dziedzictwo” mimo wielu scen akcji, wydaje się zaskakująco statyczne, chwilami dość nudnawe, powtarzalne i dość średnio zagrane. Grający głównego bohatera Garrett Hedlund to co prawda przystojniak, ale z nieustanną miną zdziwnionego Bartosza Obuchowicza, z kolei jego partnerka ekranowa, Olivia Wilde, zgadzam się, że ma nieziemskie oczy, ale już jako filmowa postać nie wykorzystuje nawet połowy swojego aktorskiego potencjału.
Skąd zatem ode mnie aż 3/6 skoro wszystko wydaje się być tutaj nie tak? Otóż, odpowiem w ten sposób: “Tron” to prawdopodobnie najbardziej frustrujący film science fiction od ładnych paru lat. Z jednej strony zahaczający o naprawdę niską półkę i nie specjalnie porywający, ale z drugiej…..Z drugiej ten film to totalne cudo. Siedząc przed 40-calowym telewizorem, z “Tronem” w jakości HD na ekranie, czułem się przez 2 godziny jak w luksusowym multipleksie. Ten film wygląda tak, (ale to serio TAK) jakby ktoś odsłonił nam nagle zasłonę do XXII wieku. Już pomijając wyśmieniete, wylewające się zewsząd CGI, do którego Hollywood już nas ostatnio przyzwyczaiło (brak nominacji do Oscara kosztem “Alicji” i drugiego “Iron Mana” to jakaś kpina). Jednak jeżeli design tego świata leżał w gestii reżysera, to mamy do czynienia ze schizofrenikiem wszechczasów: wizjoner na poziomie wizualnym i partacz jeżeli chodzi o prowadzenie narracji.
Wystarczają już same zdjęcia (zrobione zresztą przez nominowanego do Oscara za “Ciekawy przypadek benjamina Buttona” Claudię Miranda): sposób w jaki używa się w tym filmie światła, czerni, zieleni, te nieprawdodpobne przestrzenie zdające się ciągnąć w nieskończoność i wykracać poza kadry (okazuje się, że i bez 3D ten film jest wystarczająco trójwymiarowy i pełen głębi) i intrygująca scenografia (woda, w której obijają się światła, te skały, te pojazdy szybujące po cyfrowych liniach). Ten film rzeczywiście daje nam kompletny wizerunek osobnego, całkowicie sztucznego i nowoczesnego, wizualnego świata, w którym istnieje złożone i nieomal namacalne samoistne cyfrowe życie. Oto czasy, w których “mózg” komputera, czyli procesor jak zwykliśmy mawiać na początku XXI wieku, zyskał coś na wzór świadomości: software się zantropomorfizował , przybrał kształt ludzkich “programów”, które jak chcą to mogą nas, userów, spytać np. o Słońce (na co nasz chłopiec z filmu odpowiada jak mu tylko przyjdzie do głowy: Warm…Radiating…. Beautiful).
Mam wrażenie, że kupuję ten świat chyba jeszcze bardziej niż Pandorę z “Avatara” . Dlatego tym bardziej smutno się robi, gdy widzi się, że taka wybitna stylistyka jest tłem dla tak słabej i źle opowiedzianej historii. ”Tron. Dziedzictwo” ma chwilami takie przebłyski, że wydaje się być prawdziwym klasykiem pachnącym jeszcze latami 80. Ma klimat, ma ciekawą, wpisującą się w dzisiejszą poetykę symfonii elektroczniych (“Incepcja” Zimmera, “The Social Network i “Dziewczyna z tatuażem” duetu Reznor&Ross), muzykę Daft Punku, ma wreszcie ciekawych aktorów takich jak Olivia Wilde, Jeff Bridges (który gra tu aż 3 różne wersje swojej postaci: młodszą, starszą i cyfrową), czy Michael Sheen. Dla mnie to wprost zdumiewające jak ambiwaletnie mozna się czuć po tym filmie: i zachwyconym niezwykłością, fururystyczną wizją, jakiej żaden ekran nie widział, i jednocześnie skonfundowanym nijakością tego, co się przed chwilą zobaczyło. W sumie duże rozczarowanie.
szymalan


krotkoofilmie 07:34 on 2 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik |
Szkoda, że tylko wspominasz kto jest autorem ścieżki dźwiękowej. Dla mnie Francuski duet zrobił niebywałą rzecz. Zgodzę się, że tło może się podobać, ale atmosferę i napięcie buduje tutaj muzyka, to dzięki niej efekt trójwymiaru “widoczny” jest na zwykłym tv :)
pozdrawiam
szymalan 14:58 on 2 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik |
Nie rozpisywałem się o muzyce, bo to już wszyscy zdązyli zrobić wczesniej ;) Poza tym dalej będę wychwalał przede wszystkim pracę operatora. To zdjęcia i scenografia tworzą dla mnie magię tego świata, a muzyka się z nim znakomicie łączy. Choć wolałbym, żeby była nieco szybsza w scenach akcji, bo sceny przez to wydają się wolniejsze i bardziej statyczne. Ale ogólnie duży plus ;) pozdrawiam
Agniecha 10:28 on 2 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik |
powiem tak… jak widziałam w kinie to byłam po prostu oszołomiona. pewnie przez to, że o mało nie oślepłam od tych blasków i cieni. Zakochałam się w muzyce, którą kocham do dziś. jednak jak oglądam na HBO – bo oczywiście leci często, to stwierdzam, że ogólnie fabularnie to jakaś masakra jest. Jednakże… muzykę i efekty uwielbiam dalej!
Pozdrawiam
szymalan 15:04 on 2 Marzec 2012 Bezpośredni odnośnik |
pozostaje mi się podpisać pod tym, co napisałaś. Aż żałuję, że nie byłem w IMAXie na tym. Po 2 godzinach wpatrywania się w świat Tronu, byłem trochę tak, jakby dopiero co obudzony z jakiegoś cyber-snu o sieciach kmputerowych. pozdrawiam ;)