The Girl with the Dragon Tattoo (2011, David Fincher)

Dziewczyna z tatuażem *****

Po obejrzeniu szwedzkiej wersji ekranizacji “Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” przyszła mi do głowy  taka myśl, że być może nie da się w ogóle przenieść cegły Larssona na język filmu. Rozległa, epicka, rozciągnięta w czasie, wielowarstwowa intryga, w dodatku z przedziwaczonym finałem,  który jawnie kpi z prawideł kina  (całość ma coś w rodzaju struktury 4 aktowej: po klajmaksie czeka nas jeszcze dobre kilkadziesiąt stronic domykania wątków).  W skandynawskiej wersji filmu z przed kilku lat,  dostaliśmy niestety nieprzemyślany, niedbały produkt, składający się z biegunki scen, pierdołowatego Mikaela Blomkvista jako głównego bohatera oraz z brakiem czegokolwiek (na poziomie realizacyjnym czy merytorycznym) co usprawniało by intrygę, czy pomogło przetrwać seans. Wczoraj, 13-tego w styczniowy piątek, (kiedy wreszcie w Polsce spadł porządnie śnieg!), na ekrany trafił film, który unieważnił moją tezę z pierwszego zdania właściwie jednym , lekkim ruchem. Da się, tylko tu trzeba twórcy, który rozumie jak się powinno  to zrobić. 

David Fincher („Siedem”) musiał niestety odbić się od początkowych, żenujących argumentów mówiących , że tworzy swój film tylko w jednym celu: aby amerykańscy widzowie nie musieli czytać napisów (nazywając zresztą ordynarnie jego wersję “remake’m” wersji z kraju Ikei) . Tak jednak powiedzą tylko ci, którzy nie rozumieją kina Davida Finchera. Choć sam reżyser rzeczywiście nie odkrywa tu dla siebie żadnej Ameryki (raczej Europę hehe), jego “Dziewczyna z tatuażem” to ekspercki thriller, w którym są wszystkie elementy świadczące o tym, że jest to film Davida Finchera (jestem zdumiony, że niektórzy recenzenci piszą, że nie ma w tym filmie nic odautorskiego).

Kiedy spojrzymy na większość filmów reżysera, zauważymy pewną prawidłowość, która tyczy się zwłaszcza jego kilku ostatnich produkcji: nie ma w jego filmach zakończenia. Fincher od kilku lat wydaje się być o wiele bardziej zafascynowany samym procesem, niźli jego wynikiem, czy tym bardziej osiąganiem dla widza katharsis. Zakończenia nie ma zarówno “Zodiak” (ten film jest zresztą najbardziej zawieszony w powietrzu w finale), ani “Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” (który się zwyczajnie kończy w chwili niemal niezauważalnej, szybkiej śmierci głównego bohatera), ani “The Social Network” (trudno uznać klikającego w myszkę Zuckerberga za epicki finał). “Dziewczyna z tatuażem” również zostawia nas w momencie, w którym dramat głównej bohaterki może się dopiero rozpocząć (i pozostawia po sobie smutny posmak na napisach końcowych).

Z tego wynika, że Fincher, choć dostaje pieniądze na swoje filmy od wielkich hollywoodzkich korporacji, to jego twórczość ma jednak pewną cechę skrajnie antyhollywoodzką:  nie wierzy on bowiem w tanie happy endy. Nie wierzy, że życie to coś więcej niż rozciągnięte w czasie oczekiwanie na śmierć (“Benjamin Button, który prowadzi całą narrację z perspektywy osoby umierającej), nie wierzy, że po latach można rozwikłać sprawy mordów i gierek medialnych Zodiaka (a jednocześnie wyrwać się z pod władzy pasji i ciekawości) , nie wierzy, że Mark Zuckerberg po całym procesie nagle stanie się poprawnym uczniakiem, wyciągającym wnioski z własnego postępowania. W “Dziewczynie z tatuażem” nie jest inaczej: (w przeciwieństwie do Szwedów i ich kiczowatego zakończenia rodem z którejś-tam części Bonda) , Fincher pożycza smutną konkluzję z książki, idealnie dokładając brakującą cegiełkę o niskiej samoocenie bohaterki Lisbeth Salander (Ronney Mara w sprawiedliwym świecie rozpoczęła by już triumfalny pochód po Oscara).

Dlatego ponieważ Fincher nie wierzy w radosne finały, to wierzy jednak, że rozczarowujące życie przynajmniej można ciekawie wypełnić. Jego bohaterowie – samotnicy i życiowi wykolejeńcy w rodzaju Lisbeth, Marka Zuckerberga, Benjamina Buttona, czy  Roberta Graysmitha – to ludzie, którzy nagle znajdują w sobie taką pasję, że definiuje ich aktualne życie. Salander i Blomkvist z “Dziewczyny z tatuażem”  łączą siły i umiejętności, aby rozwikłać kryminalną zagadkę,  którą (jak się wydaje) tylko oni sami będą w stanie doprowadzić do rozwiązania. Trudno powiedzieć, że robią to dla jakichkolwiek większych korzyści (choć tak jak zarabiający na swojej książce o Zodiaku Graysmith, Blomkvist otrzymuje w finale miły bonus w postaci odbudowania swojej reputacji) – zdecydowanie bardziej pochłania ich sama pasja poszukiwania i zagłębienie się w miliard detali tworzących szaloną układankę o jeszcze bardziej szalonej rodzince Vangerów.

Fincher ten proces (jest to kluczowe słowo filmów tego reżysera, nadające im ton oraz dyscyplinujące styl montażu) fetyszyzuje wręcz do granicy śmieszności (ale jej nie przekracza nawet w chwili Bardzo Znaczącego Ściągania Okularów przez Bardzo Skupionego Daniela Craiga) . Sterylne zdjęcia high definition (najlepiej do oglądania w kinowej wersji cyfrowej),  obsesyjne przywiązanie do detalu i klimatu sceny (Fincher słynie jako twórca , który potrafi 26 razy przestawić o parę centymetrów ławkę w parku, żeby pasowała do jego ściśle sprecyzowanej wizji) i ambientowy soundtrack Trenta Reznora i Atticusa Rossa (chybiony tylko w jednej scenie, przez całą resztę projekcji perfekcyjnie ustawia rytm filmu i ułatwia skupienie się na procesie śledztwa). Dla Finchera nie liczy się w całej tej opowieści finał (tak jak zresztą w samej książce, która nie powala rozwiązaniem zagadki) , ale sposób, w jaki bohaterowie do niego docierają: jak jedna wskazówka prowadzi do drugiej , jak druga do trzeciej, a trzecia do czwartej.

“Dziewczyna z tatuażem” to w istocie pociachany na setki ujęć patchwork, który działa jak sprawny mechanizm –  kryminalne widowisko,  w którym nawet scrollowanie setek pamiątkowych zdjęć w folderze drogiego MacBooka,  działa niczym  najlepszy możliwy efekt specjalny w filmie Michaela Baya.  Fincher staje zresztą na głowie, aby swój spektakl na różny sposób uatrakcyjnić: fruwające ujęcia z góry na dół za plecami Lisbeth, stosowanie równoległego montażu z niezmienną muzyką, znaczące najazdy w chwilach ważnych odkryć (aż ciarek dostałem, gdy Henrik wprowadził Mikaela do pokoju z gablotką roślinek). Twórca “Siedem” sprawił, że dzięki swej reżyserskiej wirtuozerii , nie musi poświęcać czasu na to, aby pogłębiać postacie:  on przede wszystkim opowiada ciekawą historię, a personalne cechy głównych bohaterów wychodzą z ich czynów, z procesu, jaki podejmują, aby coś wykonać (sposób, w jaki przyrządzają jedzenie, sposób w jaki podróżują, sposób w jaki znajdują kolejne wskazówki, czy – last but not least – w jaki wyglądają i prezentują się na ekranie).  W ten sposób Fincher pichci dwie pieczenie na jednym ogniu, a film nie trwa przy okazji 6 godzin.

Poza tym wszystkim, w filmie mamy chyba najlepszą czołówkę, jaką oglądałem (z genialnym coverem utworu Led Zeppelin, który z automatu nadaje seksowny, gotycko mroczny ton całemu filmowi) , sporo kapitalnego drugiego planu (Christopher Plummer no! ), świetne napisane dialogi (chwilami zresztą bardzo dowcipne) i – co mnie cieszy – bardziej szwedzki zimowy klimat niż u samych Szwedów. Jeżeli szukamy wad, to te będą raczej obligatoryjne, z którymi wiele nie dało się zrobić: albo wynikają już z samej książki (nie-filmowa struktura, choć i tak Fincher zrobił wszystko co się dało zrobić w tej kwestii), czy oprócz tego Daniel Craig, który  trochę za bardzo kojarzy się z twardym Bondem, żeby uwierzyć, że z jakiejkolwiek desperacji nie uda mu się wyjść (choć sam w sobie jest świetny i tworzy z Marą przedziwny rodzaj ekranowej chemii).

A,  no i co chyba najważniejsze i trzeba to ogłosić – film dzieli motywy  z problemami przemocy wobec kobiet (w filmie mamy brutalną aż do zemdlenia scenę gwałtu, przez którą film dozwolony jest na świecie od lat 18), korupcji, czy nazizmu, ale przy  takiej ilości wątków ściśniętych w jednym filmie, nic ani głębokiego, ani odkrywczego z tego wszystkiego  nie wynika (zresztą powieść Larssona też idzie gdzieś bardziej obok tych wątków, choć chyba nie aż tak zgrabnie jak scenariusz filmu Finchera).  ”Dziewczyna z tatuażem”  to ostatecznie wciąż tylko rozrywkowy thriller, ale thriller tak piekielnie wciągający i do tego stopnia profesjonalny, że mógłby być traktowany jako lekcja tworzenia filmów danego gatunku. Gdzieś przeczytałem określenia: jest to śledztwo śledztwa, kryminał o kryminale, thriller na temat filmowego thrillera. Sam bym tego nigdy lepiej nie ujął.

szymalan