Lincz (2010, Krzysztof Łukaszewicz)

Lincz **

Najpierw był żenujący zwiastun “Linczu”, w którym nie tylko straszyła apokaliptyczna chóralna muzyka (jakbyśmy mieli do czynienia z finałem 12 częściowej sagi o nastolatku ratującym świat od Złego), parodystyczny w stosunku do hollywoodzkich produkcji montaż, ale też notka jakoby film był najnowszym dziełem  producentów takich arcydzieł jak chociażby “Różyczka” czy “Galerianki”. A jakby tego było i mało to jeszcze przed właściwym trailerem pojawia się na ekranie wielki Sławomir Sikora i reklamuje “Lincz” chwaląc się ile spędził dni w więzieniu (ale za co, że zatłukł człowieka na śmierć to już nie), że był  inspiracją dla “Długu” Krauzego (już samo zestawienie wybitnego dzieła Krauzego z tym szitem wzbudza we mnie autentyczne zdumienie) i że bla bla bla ta historia może się każdemu przydarzyć… (serio, każdy może stać się mordercą i tak po prostu skopać człowieka na śmierć? Każdy?).

Strach mi było oglądać ten film po takiej zapowiedzi, ale się w końcu przemogłem (przygotowywując się psychicznie do tego wyczynu kilka miesięcy). No i obejrzałem.

“Lincz” jest dokładnie tak żenujący jak jego trailer:  już sama warstwa etyczna tego – opartego na prawdziwej historii samosądu we Włodowie -  filmu powoduje u mnie gęsią skórkę. To , mówiąc w dużym skrócie, paskudnie cyniczna, jednostronna i skrojona pod publiczkę agitka dla tych którzy wzruszają się na programach w rodzaju “Sprawy dla reportera”, którym najpewniej  za mało adrenaliny w życiu i własnych problemów i którzy rozumują mniej więcej prosto: trzeba zajebać tego, co nam przeszkadza w życiu. Co tam prawo, co tam sądy, sprawiedliwość musi być i tak po naszej stronie i tym podobne. Człowiek ogląda taki film i czuje, że patrzy w ochłań: czy naprawdę mamy do czynienia z krajem, w którym ludziom nie potrzebne są instytucje państwowe, w którym gloryfikuje się samosądy i usprawiedliwia zaplanowane morderstwa? (w filmie padają doskonałe kwestie prokuratora o tym, że trójka rosłych facetów wcale nie musiała zabić, wystarczyło by im sił, aby dziadka po prostu obezwładnić – no ale reżyser do końca filmu trzyma jednak stronę dzikich, żądnych krwi wieśniaków)

A co poza tym nas jeszcze czeka w filmie? Zupełnie partacka reżyseria (i ochydny zaciemniający montaż w pakiecie). Łukaszewicz najwyraźniej nie kręcił “Linczu” w stanie pełnej świadomości, albo zrobił sobie z widzów i krytyków jaja: film próbuje być i horrorem w stylu “Teksańska masakra Piłą Mechaniczną” i prowincjonalną telenowelą na poziomie “Rancza”, jak i gazetową notką o Bardzo Ważnym Społecznie Wydarzeniu z Kraju. Nietrudno się zapewne domyślić co z takiego rozdęcia może wynikać: dziennikarz relacjonujący wydarzenia w złotym łańcuszku, skórzanej kurtce i t-shircie (wiem, sam nie wierzyłem, dopóki osobnik nie pojawił się na ekranie drugi raz w tej samej postaci), kompletny brak spójnego stylu (udawnana elegancja i budowanie nastroju w scenach przesłuchań, rozdygotana kamera w scenach aktów przemocy, brak prawdopodobieństwa w postaci “dlaczego mieszkańcy, którzy są tak przeżarci strachem,  nie zamykają w domu własnych drzwi na noc?”).

Ten brak skupienia się na jednym z dwóch pomysłów na film (poważne kino społeczne i tani eksploatacyjny horrorek na halloweenowy wieczór) powoduje, że próbujący mówić ważne rzeczy film, i zmuszać do ważnej dyskusji moralnej (jak Dług, po którym nie szło się opędzić od myślenia tygodniami nawet po 5 seansie) trzyma się jednoczesnie schematów tanich slasherów, w których bohaterowie to tylko typy (Nielogiczne Zło, Lokalna Społeczność, Zatroskany o Rodzinę Ojciec,  Bezduszny Policjant na Lokalnym Komisariacie, Złe Prawo Krajowe). nakręcony w zawstydzającej skali 1:1, pozbawiony świadomości, nawiasu, lub z drugiej strony subtelności, smaku i stylu, film jest cynicznym, wyliczonym marketingowym wydarzeniem, wobec którego jeżeli można okazać w ogóle litość, to tylko przez wzgląd na fantastycznego Wiesława Komasę (w roli Złego Dziadka z maczetą), który jest naprawdę świetny i autentycznie w swojej roli  villaina przerażający. I tylko dla niego ta dodatkowa druga gwiazdka, bo żeby było jasne – sam film oceniam jako dno doskonałe. Szkoda czasu na takie kinowe  kurioza. 

szymalan