Gwoemul (2006, Joon-ho Bong)
The Host Potwór *****

Pierwsza scena z tego filmu wydarzyła się naprawdę: w roku 2000 w Seulu, stacjonujący w Korei amerykańcy żołnierze rzeczywiście wypuścili do rzeki Han spore ilości zapasów formaldehydu . Nielegalnie, wbrew jakimkolwiek protokołom i rzecz jasna, z dużą nieostrożnością i zagrożeniem poważnego skażenia środowiska. Co robią amerykańcy ignoranci w koreańskim filmie katastroficznym(?))? Dlaczego najazd kamery na stół z butelkami formaldehydu zaczyna się dłużyć w nieskończoność a w końcu też i bawić (ile to będzie tych butelek w końcu – tysiąc, milion?)?
Ten groteskowo wręcz komediowy horror polityczny, szybko przeradza się w dalekiego prawnuka największego klasyka gatunku monster movie w historii – “Godzilli: Króla Potworów” (1954) . Oglądamy fantazję na temat ekologicznych skutków skażenia, czyli mogło zrobić się z małej kijanki, która najwyraźniej pożarła spore ilości wspomnianej substancji z rzeki i przez kilka ładnych miesięcy zdążyła porządnie wyrosnąć. Teraz, zmutowana poczwara ma jakieś 10 kończyn, dobre 10 metrów długości i paskudny pysk, który lubi połykać ludzi, zaczynając wpierw od tych odpoczywających spokojnie na brzegu rzeki i rzucających na początku weń puszki z colą na znak dobrej zabawy.
Historię niespodziewanego ataku na obywateli koreańskiej stolicy oglądamy w tym – zdumiewającym z każdą chwilą – filmie z perspektywy dysfunkcjonalnej, ekscentrycznej i przy okazji kompletnie rozbitej rodziny, przypominającej bohaterów nominowanego do Oscarów “Little miss Sunshine” z tego samego roku. Podobnie jak tamci bohaterowie, nasi kochani Koreańczycy muszą się porozumieć i zjednoczyć właśnie przez wzgląd na najmłodszą kobietę w rodzinie: juniorka została bowiem porwana przez potwora i brutalnie uprowadzona do jego małej siedziby: ponurego kanału, w którym tytułowy bohater przytrzymuje co lepsze kąski na później.
Będę brutalny: ten film to dla mnie kamień milowy w światowym kinie grozy. Pokazany w Cannes i na innych festiwalach, ukoronowany wysokimi notami przez krytyków (ponad 90% na ZgniłychPomidorach), a jednocześnie box officowy hit wszech-czasów w samej Korei. Nowatorski monster movie, który udowadnia, że w obrośniętej już dawno pajęczyną konwencji filmów o wielkich potworach jest miejsce na energię, oryginalność i wzięcie widza przez zaskoczenie. Koreański reżyser, Joon Ho-Bong, miesza tu rzeczy kompletnie nie pasujące do siebie. Najpierw daje nam scenę samobójstwa w spowolnionym tempie jak z wystylizowanych artystycznie produkcji Kim Ki Duka, a za moment wkręca nas w historię codziennego życia filmowej rodzinki zrealizowanej w konwencji realizmu społecznego w stylu kina Kena Loacha (praca w kiosku, kibicowanie siostrze w zawodach łuczniczych, komentowanie społecznej sytuacji Korei z jej biurokratyzmem i bezrobociem dla magistrów): widz dosłownie zapomina co w ogóle ogląda, a mimo to dalej wszystko się klei.
A przecież chwilę potem pojawia się potwór: nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co, po raz pierwszy widziany przez mieszkańców z brzegu, kiedy dyndał wisząc na sporym moście. Nagle cięcie i słyszmy przeraźliwy krzyk grupki ludzi – spokojnie, to tylko nasza familia przed telewizorem emocjonująca się losami swojej łuczniczki na zawodach. Jeszcze się nic nie stało. Do czasu, kiedy Z ZUPEŁNEGO ZASKOCZENIA widzimy jak kilka ujęć później potwór wparowuje prosto na wybrzeże i masakruje większość tego, co znajduje na swojej drodze. Cała sekwencja ataku na ludzi , opłakiwania zmarłych i wreszcie brawurowa, przezabawna splapstickowa ucieczka ze szpitala to absolutny majstersztyk. Joon Ho Bong lawiruje pomiędzy gatunkami, stylami i konwencjami z łatwością zmieniania kanałów na pilocie, potrafi płacz nad zmarłą zakończyć turlaniem się bohaterów po podłodze albo pokazać jak śpią przy ważnej przemowie seniora rodu czy zachowują się nieprzyzwoicie w sytuacji ogólnego kryzysu (choć dają się polubić i można im kibicować). Zazdroszczę: jakim cudem to wszystko w tym filmie działa?
Dla Ho-Bonga monster movie (skonwencjonalizowany gatunek, przeżarty przez obciachowe niskobudżetówki i komercyjne idiotyzmy w rodzaju “Projekt Monster” ) to tylko punkt wyjścia – to puste naczynie, do którego można nalać co się komu żywnie podoba i mieszać do woli (polityka? satyra wymierzona w Amerykanów i obłudne media? dramat rodzinny? kino akcji? nie ma problemu) . Film jest przezabawny i trzymający w napięciu, piękny i obrzydliwy (kapitalna scena wymiotowania potwora) , poważny i robiący sobie jaja, ale przede wszystkim szybki, gdzie trzeba przejrzysty, gdzie trzeba to chaotyczny i także perfekcyjny w realizacji (efekty specjalne zrobione są z dużą klasą, zdjęcia i aktorstwo są bezbłędne na każdym polu, do tego muzyka jest szokująco dobra – ma w sobie i napięcie, i ironię).
To jeden z tych filmów, które należą do ostatniego łańcucha filmowej ewolucji: nie da się powiedzieć, czy to jest bardziej rozrywka do piwa lub popkornu, czy artystyczne widowisko z wysublimowanymi pomysłami fabularnymi. To kino istniejące tylko i wyłącznie po to, aby zahipnotyzować widza ruchomym obrazem, porwać w szalony nurt swojej akcji. No i oczywiście przestrzec: pod żadnym pozorem nie wlewajcie żadnych świństw do rzeki! Idzie Halloween, jeżeli nie wiecie co oglądać w tę noc, to teraz już wiecie. Naprawdę warto.
szymalan


ajar 16:40 on 15 Październik 2011 Bezpośredni odnośnik |
No, w takim razie ja się na kinie nie znam wcale. Ten film oceniłem na 3/10 (patrz http://arkadija.bloog.pl/id,330335305,title,Potwor,index.html). Jeśli chcesz wiedzieć, które filmy oceniam wyżej to zapraszam do mnie.
szymalan 18:47 on 15 Październik 2011 Bezpośredni odnośnik |
Nie wiem co to znaczy ‘znać się na kinie’, ale na pewno nie da się tego stwierdzić na podstawie jednego filmu :) A na bloga Twojego zaglądam, zaglądam. Każdy ma “swoje kino” i o to w końcu chodzi, o ten subiektywizm;) pozdrawiam!