Krótki film o zabijaniu (1987,Krzysztof Kieślowski)

Krótki film o zabijaniu ****

Prawdopodobnie najbardziej przejrzysty moralitet (choć nie lubię tej populistycznej etykietki “kino moralnego niepokoju”) w historii polskiego kina. Surowy, magnetyczny, zimny: ten film mógłby składać się tylko z dwóch scen, a zachował by cały swój sens i charakter intelektualnej prowokacji.

Rozszerzona wersja piątej części ‘Dekalogu” (całkiem słusznie nazwana w kinowej wersji jako “Krótki film o zabijaniu”) opowiada o młodym warszawskim chłopaku (Baka) , który zdaje się nie do końca dobrze rozumieć z własnym otoczeniem. Naburmuszony, włóczy się całe dnie po mieście nie mając niczego interesującego do roboty poza wkurzaniem szarych obywateli. Jego krótki rajd przez miasto kończy się w momencie, kiedy wsiada do pierwszej, lepszej taksówki, zleca dojazd na Dolny Mokotów i tuż przy samym końcu trasy postanawia zwyczajnie zamordować taksówkarza i to w wyjątkowo bestialski sposób.

W tym samym czasie inny młody człowiek (Globisz) wydaje się, że pożytkuje swój czas znacznie lepiej: oczytany, inteligentny i mający skonkretyzowane poglądy, chłopak właśnie ukończył wieloletnie,  trudne studia prawnicze i został adwokatem sądowym. To właśnie jemu przyjdzie  bronić wspomnianego mordercy, który -  jak dowiemy się w tempie błyskawicznym – ostatecznie został skazany przez polski sąd na karę śmierci. W więzieniu tuż przed egzekucją odbywają krótką rozmowę; skazany wspomina przykre zdarzenie z dzieciństwa i próbuje wykazać choć odrobinę woli życia.

Film Kieślowskiego jest niezłą manipulacją: większość tutejszych scen to tak naprawdę niewiele znaczący rozciągacz, który ma jedynie uśpić naszą uwagę; zahipnotyzować malarską pokazówką ponurego miasta w oku Sławomira Idziaka, zaaranżować quasi-napięcie demoniczną muzyką Zbigniewa Preisnera (film sprawia wrażenie od początku świadomego własnego fatalizmu: przygotowanego  na swój tragiczny finał od samego początku), zasiać zamęt w naszym myśleniu o bohaterze,  prezentując jak odsłuchuje dziarskiej dziecinnej piosenki w samochodzie tuż po dokonanej zbrodni czy uśmiecha się do dziewczynek z kawiarni, czy wreszcie zaskoczyć zupełnym brakiem procesu sądowego (a co za tym idzie: mów obrońcy, mów oskarżyciela, punktu widzenia zbrodniarza).

Kieślowski niby wprowadza młodego obiecującego prawnika próbującego dyskutować z profesurą o karze śmierci, a  jednak żadne zasadnicze argumenty tu nie padają. Niby próbuje w finale nieco zhumanizować głównego bohatera,  wprowadzając dziecinne traumy i ludzki krzyk o zachowanie życia, a jednak nic nie wybiela, z niczego nie rozgrzesza. “Krótki film o zabijaniu” tak naprawdę nie opowiada się a zatem po żadnej ze stron. Kieślowski celowo obdarł film z całej warstwy psychologicznej, nie mamy pojęcia ani o motywie zbrodni, o powodach takiego a nie innego zachowania bohatera na mieście, ani o tym dlaczego społeczeństwo czuje się w obowiązku odebrania życia w ramach, no właśnie czego – kary? zemsty? przykładu?

Kluczem do zrozumienia całości  okazują się więc tylko dwie,  najważniejsze, kulminacyjne sceny całego filmu: morderstwo i finałowa egzekucja. Obydwie tak bezlitośnie długie, drobiazgowe, wstrząsające i okrutne w swej bezwzględnej surowości, że naprawdę przykre w oglądaniu (kierowca taksówki jest stopniowo dobijany, bardzo długo cierpi w mękach nim ostatecznie zginie, błaga oprawcę o litość nim ten miażdży mu głowę ciężkim kamieniem; skazany chłopak w finale płacze, krzyczy “ja nie chcę”, wyrywa się funkcjonariuszom policji, histeryzuje, wcześniej zaś oglądamy szczegółowe przygotowania miejsca egzekucji).

Te dwie sceny ustawiają nam cały film: i w nich zawiera się wszystko, co można z niego wynieść.  Kieślowski pokazuje jedną rzecz wprost i bez ogródek: nie zależnie od intencji, usprawiedliwiania, przyzwolenia prawa, chęci, humoru i społecznej słuszności, ZABIJANIE drugiego człowieka jest zawsze strasznym, przykrym, okrutnym aktem, na który patrzy się z olbrzymim niepokojem i który nie może pozostawić oglądającego je z bliska nieporuszonym. Zabijanie nie koniecznie musi przecież od razu rodzić zabijania, a  równocześnie trudno powiedzieć, że jest też w stanie załatwić dany problem: ważne, że zawsze jest straszne.

I to właśnie tak ja odczytuję przesłanie Kieślowskiego z tego filmu: dopiero kiedy zdamy sobie sprawę z tego, czym jest w istocie zabicie drugiego człowieka, dopiero wtedy możemy podjąć ewentualną  poważną dyskusję w sprawie kary śmierci. Mądre to i słuszne.

szymalan