Listopad z Rolandem Emmerichiem -part 1

Pojutrze ****

Clipboard01

“Pojutrze” to pół świetnego filmu- wręcz zaskakującego świetnego i finezyjnego, jak na tego reżysera. Ale niestety druga połowa już nie daje rady się wybronić.

Emmerich znakomicie od początku buduje nie tylko napięcie, ale przede wszystkim nomen omen klimat filmu. Może poza produkcjami o Antakrtydzie i “Coś” Carpentera, nie spotkałem się wcześniej z tak sensualnym przeżyciem meterologicznym w kinie. Zdjęcia są tak sugestywne, że można poczuć zimno, wilgoć i cały fatalizm opowieści, w której tym “złym” jest natura- niemożliwa do powstrzymania, bezlitosna. Niestety to też jest największa wada filmu. Kino takich niezniszczalnych przeciwników nie lubi, bo “pojedynek” z nim traci sens, a więc napięcie szybko siada. Tak jest i tutaj. Początkowe zmiany pogodowe moga przyprawić o dreszcze, ale własnie w drugiej połowie wszystko się psuje. O bohaterów się już nie boimy, żas film zamiast zagęszczać atmosferę i rozwijać rozmach widowiska- robi dokładnie na odwrót. Toteż właśnie wszystko co ciekawe dzieje się w pierwszej godzinie, druga to maraton nudy. I też, niestety, nielogiczności. Owszem wymagać aby w science fiction było więcej science to idiotyzm. ale też znowu jak można patrzeć bezczynnie jak bohaterowie obawiają się czy ogrzać się paląc ksiązki , choć są w pokoju wypchanym meblami?

Nie mniej udało się Emmerichowi dokonać dwóch rzeczy: zrobić pierwszorzędne widowisko (niepozbawione humoru, z świetną muzyką) z kapitalnymi efektami specjalnymi (to trzeba widzieć, a nie pisać o tym) oraz podjąć temat globalnego ocieplenia w wakacyjnym blouckbusterze. Nie głupio, może łopatologicznie, ale nie od dziś wiadomo, że wiedza o klimacie może być naprawdę słaba wśród tzw. mas. Jak zobaczycie na własne oczy jak tornado rozpieprza w 3 minuty całe miasto , to zobaczycie, że działa na wyobraźnię – bardziej niż żenujące science-videoarty w rodzaju “Home SOS Dla Planety” zrealizowane z potrzeb polityczno-agitacyjnych niźli prawdziwej pasji i miłości do kina. [6/10]

Dzień niepodległości ***

Clipboard01

To chyba jak dotąd najbardziej znane filmidło Rolanda. O tym jak to źli kosmici napadli na biednych Amer….przepraszam, Ziemian. Rozmach i efekty specjalne potrafią tu oczywiście wgnieśc w glebę- zwłaszcza pojawienie się chyba największego statku kosmicznego w dziejach kina (może się aż w głowie zawrócić na sam widok) i pierwszy “koncert eksplozji”- kiedy alieny zaczynają manifestować swoją wyższośc nad homo sapiens. Nawet Michael Bay nie wyczarował czegoś podobnego te 13 lat później w “Transformersach”.

Tylko, że to jest jedna scena, a reszta? Generalnie, nie wiem po co to w ogóle oglądać. Poszatkowana na milion postaci fabuła nie utrzymuje napięcia, zaś kiedy Will Smith zaczyna strzelać dowcipami w trakcie brawurowuch scen walk, zaczyna panować atmosfera obozu nastoletnich harcerzyków. Jest tu Ameryka, jest amerykański prezydent (dzielny i rozsądny) , są najlepsi na świecie amerykańcy żołnierze i naukowcy, jest amerykańskie poczucie humoru, amerykańska flaga, a pompatyczna muzyka Davida Anrolda mogłaby spokojnie posłużyć za hymn USA.

Jak to się wszystko potoczy i jak zakończy, przewidzieć można naprawdę szybko, zaś gdyby przyjrzeć się fabule “z góry” – zobaczymy, że przez długie 2,5 godziny nic szczególnego się nie wydarzyło. Bo co z tego, że oglądamy jak tysiące ludzi w jednej chwili umiera, skoro “Dzień niepodległości” kończy się tak banalnym i oczywistym happy endem, że aż zbiera się na wymioty? [5/10]

Na razie to tyle. Kolejne recenzje filmów Emmericha już wkrótce, a na koniec podsumowanie twórczości.

zwiastuny filmów recenzowanych :

i oczywiście hollywoodzkiej premiery miesiąca: