Tatarak *****

Tatarak *****

Clipboard01

Chyba polski film roku. Dawno żadna rodzima produkcja tak mnie nie poruszyła. Fakt- film zrobiony jest z pewnego dystansu, jednak porusza coś zupełnie innego- odwaga bohaterów tej produkcji: Andrzeja Wajdy i przede wszystkim wybitnej Krystyny Jandy. Nie robiący w polskim kinie szumu “Tatarak’ , nie ściągający tłumów do kina i nie zachwalany szczególnie przez krytyków i internautów, to jednak film prawdziwie niezwykły.

Już same wywiady jakie udziela Janda i reżyser w mediach, robią kolosalne wrażenie. Szczere, wylewne, ale jednocześnie z zachowaniem klasy, profesjonalizmu, pozbawione ckliwości, szczere jak tylko mogą być, a nie ekshibicjonistyczno-narcystyczne. Odsłania się nam i charakter tych ludzi, i old-schoolowy profesjonalizm. Cóż wobec tak zgranego, rozumiejącego się duetu, biorącego na siebie taki ważki temat, może taki młody , prosty recenzent jak ja zrobić? Co najwyżej nisko się ukłonić.

Oczywiście na początku był po prostu pomysł Wajdy na zrobienie ekranizacji opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza “Tatarak’, które dla reżysera jest arcydziełem. Jednak zrobić z tak krótkiej formy film kinowy nie było możliwe. Tak pojawił się pomysł aby „ufilmowionego” Tataraka uzupełnić, czy raczej włożyć w ramę czegoż znacznie większego- w życie, w autobiograficzne wątki aktorki, Krystyny Jandy.

Janda gra więc w tym filmie dwie role. Na planie oczywistym- Martę, żonę Doktora z małego miasta. Małżeństwo żyje beznamiętnie, ona chora jest na nowotwór, nie wiadomo jak długo przeżyje, najwyraźniej zmierza w kierunku przedwczesnej śmierci. Jednak pewnego dnia na brzegu płynącej w okolic rzeki, porośniętej tatarakiem poznaje Bogusia- prostego, niewinnego 20-letniego chłopaka. Szybko znajomość przeradza się w dziwną fascynację, także fizyczną. Niestety los zadaje Marcie straszliwy cios- chłopak ginie podczas wspólnej kąpieli i poszukiwania tataraku na obchody pożegnania wiosny.

Tyle Iwaszkiewicza. Jednak Krystyna Janda gra tutaj też aktorkę, samą siebie. Gra w filmie Andrzeja Wajdy (który osobiście pojawia się na ekranie) pod tytułem “Tatarak”. Historia z opowiadania i historia z życia Jandy splatają się w jedno, podczas seansu. Film jest zadedykowany zmarłemu na raka płuc mężowi aktorki- Edwardowi Kłosińskiemu (był operatorem filmowym). O jego chorobie i ostatnich dniach, a nawet chwilach życia dowiadujemy się z przejmujących, wręcz przeszywających monologów Jandy.

Aktorka znajduje się w przyciemnionym pokoju i (teraz ważna informacja)- recytuje monolog, gra samą siebie. W żadnym wypadku nie można tego pomylić z dokumentem. To się nie dzieje naprawdę , to jedna wielka mistrzowsko ujęta kreacja. Obydwa światy, obydwa tory filmu idą równolegle i przeplatają się miedzy sobą. Puntem kulminacyjnym jest tutaj scena w rzece, kiedy Janda podczas kręcenia filmu dobrowolnie wychodzi z roli i ucieka z planu filmu Wajdy po aby w kostiumie kąpielowym i przy ulewie złapać pierwszy lepszy autostop i odjechać nie wiadomo gdzie.

Już samo opowiadanie Iwaszkiewicza mówi o śmierci, przemijalności, bólu i stracie. Jednak ten film dodaje coś więcej- zwątpienie w oczyszczającą moc sztuki. Aktor nie powinien przenosić życia prywatnego do teatru lub na plan. Tu jednak to się właśnie dzieje. I dlatego Janda ucieka- nie potrafi sobie poradzić z emocjami zaczyna robić sobie wyrzuty. “Jak mogłam zagrać w ten dzień?” – mówi o czasie, kiedy Edward umierał, a ona przecież pracowała. Musiała pracować, odegrać swoją rolę.

Zycie samo w sobie nadaje nam wiele ról, nie dotyczy to tylko świata kultury. Chcemy czasem być kimś zupełnie innym, by zapomnieć o złu, żenadzie, wyrzutach i cierpieniu. A jednak te role są niczym innym jak pustą pozą, balem maskowym. W życiu są sprawy znacznie głębsze i ważniejsze od kina, sztuki i wszystkiego co można wyreżyserować. Trzeba zadbać samemu, aby nie wymknęły nam się z rąk.

Piękny, nagrodzony w Berlinie za “wyznaczanie nowych perspektyw w sztuce kinowej” , film- niespieszny, przyzwyczajonych do hollywoodzkich teledyskowych błyskotek zmęczy i znudzi. Ale dla konesera to prawdziwa perełka. Niby widza sprawa ta nie dotyczy, niby tematy śmierci i przemijania kino poruszało już setki razy na wszystkie sposoby. A jednak “Tataraka” nie sposób po seansie wyrzucić ot tak, z głowy.

szymalan