Watchmen ****


Watchmen. Strażnicy ****

g-23

Ekranizacji komiksów ciąg dalszy. Po gigantycznym sukcesie „Mrocznego Rycerza” w tym roku przy chodzi pora na komiks, który znawcy nazywają jednym z najlepszych w historii- na „Strażników”. Za kamerą stanął twórca „300”- Zack Snyder. Efekt jest podobny- raczej przerost formy nad treścią.

Rok 1985. Ameryka po wygranej wojnie w Wietnamie atakuje Afganistan, a Richard Nixon po raz trzeci zasiada w Białym Domu. Atomowy konflikt ze Związkiem Radzieckim może wybuchnąć w każdej chwili. W USA obowiązuje tzw. Ustawa Keene’a, zakazująca działalności zamaskowanym mścicielom. Dawni superbohaterowie przeszli na emeryturę, niektórzy jednak wciąż działają w konspiracji. Jeden z nich, Rorschach (Jackie Earle Haley), prowadzi prywatne śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci Edwarda Blake’a (Jeffrey Dean Morgan). Wszystko wskazuje na to, że mężczyzna został zamordowany. Przed laty Blake był jednym z superherosów. Po zdekonspirowaniu zaczął pracować dla rządu. Rorschach postanawia ostrzec starych znajomych, że natrafił na ślad intrygi, w której stawką są losy całego świata.

Ci, którzy komiksów nie znoszą i nie dobrze czują się oglądając bohaterów w maskach i pelerynach niech sobie odpuszczą- „Strażnicy: trwają bowiem 163 minuty. Nie przetrwają nawet 20-stu. Mnie jako miłośnika „Batmanów” i podobnych, film chwilami mocno zmęczył- mam wrażenie, że Snydera przerosły ambicje: chciał nakręcić najlepszą ekranizację komiksów w historii. Stąd zrobił wszystko, aby film odróżnić od typowej adaptacji powieści graficznych: jest bardzo brutalny, ma niesamowity klimat (niestety do czasu), kapitalnie dobrany soundtrack (czołówka z Bobem Dylanem po prostu rzuca na kolana, dalej: “Unforgettable”, “Hallelujah” Cohena, “Koyaanisquatsi” Philipa Glassa!)) , wyraziste aktorstwo i ciężki klimat rozsypującej się Ameryki i zbliżającej się zagłady. Jednak film szybko traci energię. Nie miałbym nic przeciwko mrocznej historii w klimatach noir z pokapującym deszczem, spokojnymi dialogami itd.-wiadomo o co chodzi.. Jednak scenariusz Strażników naćkany jest tak wieloma retrospekcjami (opowiadającymi przeszłość bohaterów), że tempo siada zupełnie. Kryminalna zagadka traci na znaczeniu, a wszelkie sceny akcji dosłownie przeszkadzają całości. Ilość bohaterów i wiążących ich wątków jest ogromna i nie dość, że można się w tym zagubić- to na dodatek nie ma jakby to powiedzieć- „emocjonalnej ciągłości”- film nie trzyma w napięciu, nie chwyta za gardło niczym „Mroczny Rycerz”, który nie odpuszcza aż do końca. „Watchmen” to film , który się ogląda- czasem się spojrzy w sufit, czasem się człowiek rozejrzy po pokoju- nic ma tutaj czegoś, co by przyciągnęło uwagę na dłużej, co by nie pozwoliło odwrócić się od ekranu. Jest spokojnie, sennie no i czasem nudnawo.

Z pewnością „Strażnicy” mieli być obaleniem mitu o obrońcach Ameryki. Miał być filmem o upadłych superbohaterach- niechcianych, odrzuconych przez społeczeństwo. Jednak wszystko w tym filmie się w dziwny sposób rozmywa. Dlaczego z tego obrazu pamiętam czołówkę, muzykę, kilka pomysłowych inscenizacji scen (spadające w dół logo Strażników- uśmiechnięte słoneczko), parę dobrych ciętych tekstów? Gdzież ta nostalgia, gdzie ten dramatyzm? W to wszystko Snyder wplątuje jeszcze jakiś dziwny wątek romansowy. Zabrakło emocji- trudno utożsamić się z bohaterami, często są niesympatyczni albo napisani taką kreską, że niewiarygodni.

Dlaczego więc taka wysoka w sumie ocena? Ano dałem się ponieść przez długi czas niezwykłej wizji, film zahipnotyzował mnie, pierwsza godzina to istna uczta, a i później zdarzają się również momenty cudownie olśniewające. „Watchmen” to mimo wszystko, produkt oryginalny i niekonwencjonalny .Nie stanowi dla mnie rozczarowania- wiem, że tak to musiało wyglądać, bo to w końcu ekranizacja komiksu. Choć naszła mnie pewna wątpliwość: skoro, jak mówią znawcy, jest to aż tak rzecz wierna oryginałowi, że niemal kadr w kadr się pokrywa- to ileż tak naprawdę wykazał tutaj inwencji reżyser?

Kto ma czas i nie odstrasza go żółwiowe tempo- i tak polecam.

szymalan