I półrocze 2009


Filmowe półrocze 2009


g-13

Pierwsze 6 miesięcy w kinie już za nami. Także teraz czas na krótkie podsumowanie. A zatem:

5 NAJLEPSZYCH FILMÓW-PREMIER

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Coraz wyżej szedł DaviD Fincher na wyżyny swoich możliwości w gatunku filmowego thrillera- „Zodiak” okazał się bezbłędny i nie było chyba opcji, aby zrobić coś jeszcze lepszego w tej materii. Musiał on więc poszukać nowej ścieżki- i tak oto mamy tą prawdziwą perełkę. Ktoś powie: po co kręcić film trwający 3 godziny, jeśli reżyser nie ma w nim nic ciekawego do powiedzenia? Na szczęście Fincher miał i to sporo- ukrytków sensów i znaczeń jest w tym filmie całe multum i zupełnie nie na miejscu jest wymienianie ich w recenzjach: to film dla tych co po prostu…żyją. Nie trzeba nic więcej- tylko mieć wspomnienia, wrażliwość, ciekawość (nie świata z dokładnością do budowy jądra atomu –ale ludzi), są zdolni wysłuchać czyjejś opowieści, choćby trwała nawet 3 godziny. I może nawet szczęśliwie się złożyło, że medialno-oscarowa otoczka ominęła „Benjmanina Buttona”. A po co film powstał? Odpowiem Wam jak prawdziwy ślązak: po psinco. Wielkie dzieła powstają po nic. Są wielkie same w sobie. Film roku na razie.

Anioły i Demony

Jakkolwiek tytuł ten brzmi dziwnie na liście TOP, to jednak z pełną odpowiedzialnością, szczerością i bezwstydnie stwierdzam, że na „Aniołach i Demonach” Rona Howarda bawiłem się najlepiej w tym roku podczas kinowego seansu. Poczytałem potem książkę. Wnioski powstają same: Dan Brown po raz kolejny był zainteresowany głównie prowokacją do dyskusji. Wloką się tam dysputy i wykłady na kilkadziesiąt stron. Rona Howarda zainteresował wymiar najniższy: akcja. I w ten sposób wygrał. Teraz nikt już nie może się przyczepić (chyba że malkontent) –bo film jest kosmicznie szybki, dobrze zagrany , a zrobiony tak że szczena opada (wybuch! Początkowe sekwencje w CERNIE! –wbijają w fotel)-zaś cała otoczka religijno-naukowa to jedynie sztafaż. Aha, no i jeszcze jedno: Ave Hans Zimmer!

Człowiek na linie

Zaskakujący mamy ostatnio wysyp ciekawych dokumentów do obejrzenia („Home”, Walc z bashirem”, „Spotkania na krańcach świata” „W górę Jangcy” itd.) , jednak czegoś takiego jak „Man on Wire” jeszcze nie było. To film, który odrywa widza od ziemi. To film, który fascynuje, przytłacza skalą wydarzenia, o jakim mówi. Niesamowita energia, którą przekazuje od nas jeden człowiek stojący przed ekranem: główny bohater całego widowiska. Człowiek po prostu niezwykły w pełnym znaczeniu tego słowa. To obraz o nieprawdopodobnym szaleństwie, niesamowitym wyczynie, który powinien powinien się zapisać w historii Nowego Jorku. To rzecz o pełnym poświęceniu dla swojej pasji. Pasji na pograniczu samobójstwa.

Frost Nixon

I znów Ron Howard . Żeby docenić ten film, trzeba się do niego odpowiednio przygotować. Trzeba wiedzieć co to była afera Watergate, kto to jest Richard Nixon i czym było w latach jego prezydentury telewizyjne dziennikarstwo. Ten film opowiada o wywiadzie telewizyjnego satyryka z Nixonem- wywiadzie, który zmienił wszystko: politykę, telewizję, świadomość Amerykanów i całego demokratycznego świata. Od czasów genialnego „Monachium” Spielberga to najlepszy film polityczny –rozegrany po mistrzowsku, z precyzją szwajcarskiego zegarka. Ron Howard jest jednak wielki, choć tutaj cały show należy do Franka Langelli. Prawdziwy ekrany gigant.

Droga do szczęścia

Zazwyczaj słyszałem, że to film o obaleniu mitu american dream, albo o amerykańskim konformizmie. Tymczasem to nie jest film ani o jednym, ani o drugim. Choć Mendes się po tych tematach jakoś prześlizguje. „Droga do szczęścia” to choć film gotujący się od emocji- to jednak te emocje to zasługa aktorów (Winslet bezbłędna i Oscarowa, Leo Di Caprio nie chce być gorszy i równie się stara). Mendes wyreżyserował film precyzyjnie i chłodnie. I to co tu ważne, nie mówione jest wprost- ale to, co rozgrywa się jakby poza światem widzialnym, poza pięknie wymalowanym i umeblowanym domkiem- najważniejsza akcja dzieje się w głowach bohaterów. Cała ta kotłowanina ambicji, pożądania, miłości, nienawiści, oczekiwań, marzeń i rozczarowań- to po prostu uczta kinomana. 2 h umysłowej ekstazy!

5 NAJGORSZYCH FILMÓW –PREMIER

  1. Nienarodzony
  2. Szybcy i Wściekli
  3. Dziennik Nimfomanki
  4. Idealny facet dla mojej dziewczyny
  5. Dragonball Ewolucja

Tytuł knota roku otrzymuje na razie „Nienarodzony”. I mam nadzieję, że tak już pozostanie. Film zabójczo głupi, że aż do śmiechu. Choć pod tym względem to lepiej wypada „Dragonball”- nie często się zdarza, aby główny zUy bohater nazywał się Picollo, a okrzykiem wojennym było „Kame Ha Me!!!”. Reszta dzieł na liście mają tytuły mówiące same za siebie. Tak- w nich naprawdę nie ma nic więcej.

3 NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIA WŚRÓD PREMIER

  1. Transformers. Zemsta Upadłych
  2. Che: Rewolucja
  3. Slumdog. Milioner z ulicy

Co do „Che” to może znowu nie aż taki rozczar, bo recenzje krajowe były z góry bardzo negatywne. Jednak kompletnym zaskoczeniem na minus są dwa pozostałe filmy. Najpierw film Boyle’a.

„Slumdog. Milioner z ulicy” to dokładnie taki sam przygodowy film jak Transformers ,tylko bez robotów. Kamera fruwa po planie, muzyka huczy z głośników, a montaż 70 ujęć na minutę pozoruje tempo strusia pędziwiatra. Niestety realizacja to ciut za mało. Jak na film , który zdobył 8 Oscarów (niektórzy chyba nie zdają sobie sprawy jak to dużo) to film jest zaskakująco słaby i bezsensownie pomyślany. Nie tylko zabrakło aktorów, bez których ta lokomotywa pędzi, ale raczej stojąc w miejscu, ale przede wszystkim nie ma tutaj za dużo fabuły. Bez sensu jest wymyślać cyrk z teleturniejem, skoro na początku przykleja się info, że bohater dotarł już do 11 pytania. I gdzie tu jakieś napięcie i emocje? Reżyser skacze po scenach, nie trzyma klimatu. Dannny Boyle to ciekawy facet bo nie zamyka się w sztywnych klamrach i konwencjach. Jednak jest nie tylko nierówny, ale przede wszystkim nie posiada własnego charakteru pisma- czegoś rozpoznawalnego jako tylko jego. „Slumdog” to potwierdza: jest raczej zbitką tego, co modne i „cool” niż autorskim filmem prawdziwego artysty.

No a „Transformers” to już jest lekki szok. Po tym, jak pierwsza część dosłownie powaliła mnie idealnym wyważeniem wszystkich składników mikstury- ciekawej historii, sympatycznego bohatera (granego charyzmatycznie przez Shaię LaBoeufa) , świetnej , nomen omen „roboty” wizualno-dźwiękowej, tak „Transformers. Zemsta upadłych” to jest kilka zdecydowanych kroków w tył. Bez sensu jest sympatycznych i energicznych bohaterów-nastolatków zamieniać na zabłąkanych statystów, którzy biegają po planie, ale chemii po między nimi brak. Bez sensu jest filmować sceny akcji tak, że nie wiadomo o co w nich chodzi (wykadrowanie robotów w tym filmie to po prostu estetyczny szajs chwilami) . Bez sensu jest ciągnąc te idiotyczne walki nie wiadomo jak długo, skoro widz nie ma powodu aby się nimi cieszyć: nic w nich nie widać, słychać za głośno (nie żartuję: po raz pierwszy z kina wyszedłem z bólem głowy!!) , a napięcia nie utrzymują. Dlatego bez sensu jest kręcić taki film, w którym nie ma scenariusza, a dba się jedynie o to, aby wysadzić w powietrze całą scenografię. Genialna scena w Shanghaju, potem kilka żartów z rodzicami Sama (70% żenujących-30% udanych) , a potem poziom filmu stacza się po równi pochyłej. Na ekranie coraz więcej transformersów (zupełnie nie wykorzystanych jak: Devastator), co raz więcej klozetowych gagów, coraz mniej sensu i logiki. Końcówka puszczona sama sobie, że poczułem się żenująco siedząc w kinie z tymi wszystkimi pożeraczami popkornu i oglądając ten nie kończący się pokaz eksplozji. Jak dla mnie to największa wtopa Baya w karierze.

FILMY NIEOBEJRZANE OBOWIĄZKOWE DO ZALICZENIA:

1. Star Trek

2. Watchmen

3. Antychryst

4. Terminator Ocalenie

5. Wojna Polsko Ruska

6. Gran Torino

7. Generał Nil

8. Tatarak

9. Spirit duch miasta

10. Gomorra

I to już koniec. Więcej się dzisiaj rozdrabniał nie będę. W styczniu podsumowanie całego filmowego roku. Jeszcze wszystko może się zdarzyć. Przed mną nowy Tarantino, nowy Pixar, 6 cześć Harrego Pottera, a także w grudniu „Avatar” oraz mnóstwo innych filmów- będzie się działo-

oby!- czego życzę Wam i sobie :)

szymalan