Bracia Karamazow ****

Clipboard01

Nowy film Petra Zelenki to nie komedia- ale i nie dramat. Nie do końca film- ale i nie spektakl. Zrodził się jednak z pasji zarówno do kina, jak i do teatru, ale także do twórczości Dostojewskiego. Ciężko nazwać ostateczny kształt „Braci Karamazow” jednym słowem, jednak na pewno jest to obraz, który warto zobaczyć.

Zaczyna się jak typowy czeski film- nikt nie jeszcze o co chodzi, ale wszyscy mają uśmiechnięte mordki i jest wesoło i sympatycznie. Czeska grupa teatralna przybywa do Krakowa, do Nowej Huty, aby na terenie słynnej z mszy Karola Wojtyły i przemówień Lecha Wałęsy huty, przeprowadzić próbę do spektaklu- adaptacji dramatu Fiodora Dostojewskiego „Bracia Karamazow”. Sztuka opowiada o ojcobójstwie, w które zamieszani są wszyscy synowie denata. Jest to opowieść o psychologicznych rozterkach synów, portretuje ich emocje, dylematy i motywacje- ale jest to także uniwersalna dyskusja w sprawach najważniejszych dla ludzkości, jak pytanie o istnienie Boga.

Lwia część obrazu Zelenki to właśnie ów spektakl, a raczej niemal nieustanna próba (choć biorąc pod uwagę niemal zerową ilość pomyłek, to ogląda się to jak show premierowe). Rozegrany w brzydkiej scenerii hutniczej teatr, budzi respekt nad reżyserskim i aktorskim kunsztem. Rzecz wspaniale została sfilmowana i zmontowana (spójrzcie na wykadrowanie postaci), reżyser ma pieczę nad każdą linijką scenariusza i nie gubi się w natłoku różnych scen. Muzyka Jana A.P. Kaczmarka również świetna.  Zaś aktorzy odgrywają Dostojewskiego po mistrzowsku- film to sztuczność, teatr to sztuczność, a teatr w filmie to już sztuczność o rozmiarze słonia. Czescy artyści udowadniają, że nic to dla nich- wszyscy na czele z zjawiskowym Ivanem Trojanem, grają na pełnych obrotach, cudownie kradnąc widzowi emocje.

Mnie jednak przegadana adaptacja Dostojewskiego ciut zmęczyła, a znacznie bardziej zaintrygował bohater planu drugiego: Polak pracujący w owej hucie, milczący stróż, grany przez Andrzeja Mastelarza. Tydzień przed próbami jego syn miał wypadek w hucie i aktualnie walczy o życie w szpitalu. To jego wątek właśnie sprowadza tę historię na zupełne nowy tor- film, a właściwie spektakl robi się autotematyczny. Pomiędzy aktorami, a Stróżem zanika granica , która jest pomiędzy aktorem a widzem a teatrze. Linia pomiędzy sztuką, a prawdziwym życiem i jego dramatami jest dosyć płynna.

Reżyser wprowadza podskórne napięcie, burzy właściwy rytm filmu i szarpie nasze nerwy. W ostatnim ujęciu sztuka i życie niemal nakładają się na siebie, granica znika na dobre. Ciekawy to wątek, choć po cichu liczę, że „Tatarak” Wajdy opowie mi o tym samym w sposób o wiele bardziej fascynujący. Bo sam kontekst jest tam o wiele ciekawszy. „Bracia Karamazow” nie są filmem, który mnie specjalnie pochłonął i nie podzielam ogólnych zachwytów. Zgadzam się- rzecz oryginalna jak na czeskie kino, to całkiem interesujący eksperyment. A jednak trochę zmęczył. Chyba jednak za mało tu kina w kinie.

szymalan