Transformers *****

Zwykle jest to tak, że gigantyczna hollywoodzka produkcja promowana jest przez tony figurek zabawkowych dla dzieci, jednak z “Transformerami” jest odwrotnie- to najpierw był szał na roboty dla dzieci, które mogły się zmieniać w samochody, boom-boxy, czy telefony komórkowe. Teraz po ponad dwudziestu latach od debiutu wysłużonych zabawek mamy film, który czerpie z nich inspirację. Na temat produkcji, procesu jej powstania, formowania się scenariusza i pierwszych koncepcji i pomysłów, można by napisać pokaźną pracę magisterską. Ponieważ jednak zakładam iż nie wszyscy czytelnicy mogą być fanami Transformersów , przejdę do recenzowania omawianego filmu.
Za reżyserie produkcji wziął się Michael Bay- kinowy spec od wielkich i spektakularnych produkcji, twórca m.in. “Armageddonu” (bardzo w sumie podobny film do “Transformers”) i “Pearl Harbor”. Jednym z producentów wykonawczych z kolei jest Steven Spielberg. Jego chyba już przedstawiać nie trzeba. Od czasu pełnometrażowej animacji made in Japan o walkach Autobotów i Deceptikonów (pierwsze to te dobre, a drugie to złe roboty) minęło już 24 lata i trzeba przyznać, udało się zrealizować film w odpowiednim momencie i na tyle dobry, aby przekonał także tę cześć publiczności, którym nazwa z jego tytułu nic konkretnego nie mówi.
No więc w filmie podobnie, jak i w owej animacji trwa właśnie wojna pomiędzy dwoma rasami robotów z kosmosu, której teatr działań przenosi się nieoczekiwanie na Ziemię, na której ma się znajdować Wszechiskra- ogromny sześcian naładowany czystą energią, który jest w stanie uaktywnić wszystkie urządzenia elektroniczne świata. Autoboty chcą ją zniszczyć, ponieważ nie chcą aby kość zasiała zniszczenie wśród Bogu ducha winnych ziemian. A Deceptikony pragną dla odmiany ją odnaleźć, bo kiedy przejmą stery nad całą elektroniką świata, będą mogli go podbić.
Współrzędne miejsca, w którym znajduje się Kość, wyryte są na okularach prapradziadka Sama Witwickiego- głównego bohatera filmu (Shia Labeaouf). Dla niego sytuacja ta będzie dość nietypowa, w końcu typowy amerykański nastolatek myśli głównie o problemach szkolnych, toczy bezkrwawe boje z rodzicami, szuka dziewczyny i marzy o ładnym samochodzie. Ten ostatni właśnie dostaje od ojca za trzy piątki w szkole. Problem jednak, kiedy okazuje się, że jego pierwsza bryka jest w rzeczywistości jednym z Autobotów…
Jest to produkcja czysto rozrywkowa, typowa komercha dla multipleksów. I tu nie powinniśmy być pobłażliwi tylko każdy możliwy błąd wyłapywać. Wszystko, co mogłoby przeszkodzić w oglądaniu. Stąd też takie filmy zwykle dostają tak niskie oceny krytyków. Mógł Bay ten film schrzanić całkowicie. Roboty mówiące po angielsku, bohater, który ratuje świat, żołnierze biegają po ekranie, dość patetyczna muzyka. Do tego tempo na 300 procent, efekty specjalnie dominują film. Ale nie tym razem. To, o czym napisałem oczywiście jest, jednak od czasów “Armageddonu” reżyser wreszcie nauczył się jak kręcić tego rodzaju widowiska, aby nie wyszło głupkowato.
Uratował Bay “Transformersów” przed totalną żenadą zmieniając wszystkie możliwe wady w zalety. Główny bohater jest zabawny i charyzmatyczny, co jest zasługą głównie Shai LaBeaufa, który wykrzesał z siebie tyle energii i humoru, że Bruce Willis z “Armageddonu” to przy nim stary nudziarz. Bay patos podlewa humorem, który jest dostosowany do różnych kategorii wiekowych (różni widzowie w różnym wieku reagują inaczej w różnych miejscach i nie zawsze śmieją się z tego samego). Nie jest prawdą, że “transformers” to film przeznaczony dla 13 letnich chłopców. Byłem w kinie i widziałem jak wspaniale bawili się na nim także całkiem dorośli faceci, a ich żony wcale nie mniej.
Bo największą żenadą jest właśnie takie traktowanie tego filmu. Że żenada, beznadzieja o robotach dla małych dzieci etc. A wystarczy odrobina dystansu do tego, co oglądamy. I można się bawić przez całe 138 minut. Bo tu nie chodzi o mądry, logiczny, superinteigentny film z scenariuszem na miarę filmów Bergamana. Liczy się niesamowita akcja, zapierające dech w piersiach walki, niesamowite efekty specjalne. Reszta musi być tutaj funkcjonalna. Pozbawiony badziewnego gadania o śmierci wielkich miast, wszystkich tandentych przywar katastroficznych produkcji, “Transformers” jest dynamiczną produkcją, która wszystko co pokazuje, pokazuje z przymrożeniem oka. Bay sam naśmiewa się tu z “Armageddonu” , czy “Wyspy”. Wreszcie wie, że kręcenie filmów w tym gatunku, musi być zrobione w odpowiedni sposób, musi wiedzieć jak uniknąć beznadziejnej kiczowatości.
Jeśli ma się nawet ochotę można się doszukiwać tutaj takiego prostego przesłania: zawsze warto mieć coś w sobie z dziecka. Zawsze warto wierzyć w niesamowitą przygodę, w której stajemy się bohaterami wielkich wydarzeń. Podczas “Tranformersów” widz siedzi wpatrzony w ekran i nie potrafi się oderwać. Zachwyt nad stroną techniczną, podziw dla zgrabnego scenariusza, który unika jak może szybkich przeskoków czasowych, tak że ma się wrażenie produkcji , której akcja rozgrywa się w czasie rzeczywistym. Rozliczne wątki spójnie prowadzone są do końca i tworzą jedną ładną mozaikę. Nie ma za dużo “pieprzenia od rzeczy”, gdzie trzeba są dialogi, gdzie nie trzeba ich nie ma.
Tyle tam takich cudeniek, wspaniałości i smaczków, że trzeba by recenzji na 10 stron A4 i było by mało by je wszystkie wymienić . Spójrzcie na kolorystykę zdjęć jakby żywcem wyjęta z klimatu “Łowcy Androidów”. Zresztą tamten film to najlepszy film s.f. w historii kina ambitnego. Od teraz “Transformers” rządzą rozrywką w tym gatunku.
szymalan
lipiec 15, 2008 @ 9:33 pm
Wiem swietny film. Polecam ci do obejrzenia Iron Mana, bo trzyma poziom Transformersow
lipiec 29, 2008 @ 8:52 pm
Komercha pełną gembą, ale jaka komercha. Idealny film na chłodny, letni wieczór. Po prostu relaks.