Łowca Androidów

Łowca Androidów- ostateczna wersja reżyserska *****

Na początku było słowo, czyli powieść Philipa K. Dicka “Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”. W niej Dick opisał świat futurystyczny, w którym po nuklearnej katastrofie ludzie zastąpili zwierzęta domowe -psy, koty, konie, owce- ich sztucznymi kopiami. Ludzie wytworzyli pozaziemskie kolonie, gdzie zatrudnili niemal identyczne kopie samych siebie. CI zaś wszczęli bunt (bo mają tylko 4 lata życia, bo mają przeprowadzane jakieś idiotyczne psychologiczne testy..), który po cichu stłumić mają specjalnie wyszkoleni do zabijania androidów tak zwani Blade Runner- Łowcy Androidów. Jednym z nich jest detektyw Rich Deckerd (Harrson Ford)- główny bohater filmu. Otrzymuje zlecenie załatwienia 4 replikantów. Jednak im dłużej z nimi przebywa i ich poznaje, tym bardziej wątpi w sens swojej pracy. Rozmaite rozmyślania prowadzą do paradoksalnych wniosków na temat istoty człowieczeństwa.

“Łowca Androidów” to naprawdę niezwykły film. Bo niezwykłe jest też jego droga do dzisiejszej ostatecznej wersji reżyserskiej, która niedawno ukazała się w polskich sklepach na DVD. Pierwotnie reżyserem miał być Martin Scorsese, jednak dość szybko wycofał się z projektu. Prawa do ekranizacji książki Dicka wykupił mało znany ambitny aktor Hampton Fancher, który wręcz uparł się, aby “Blade Runnera” wyreżyserował Ridley Scott. W 1979 roku ukończony był już scenariusz filmu, budżet 28 milionów dolarów (dosyć sporo jak na tamte czasu)zamknięty, jednak zdjęcia ruszyły dopiero dwa lata później.

Film zrealizowano trzeba przyznać w ciężkich bólach. Reżyser wyobraził sobie jak powinien wyglądać ten obraz, kiedy kiedy w latach 70. włóczył się po HongKongu, podpatrując narkomanów w dzielnicy portowej. To tam odnalazł mieszankę zła i szaleństwa, potrzebną w takim filmie jak “Łowca Androidów”. Wg Scotta, film miał być bardzo oryginalną, awangardową wizją w formie bardzo mrocznego, klimatycznego komiksu -kryminału okraszoną licznymi walorami wizualnymi. Te koncepcje, tak często krytykowane potem przez recenzentów, przyczyniły się do powstania filmu niebanalnego , pozbawionego uproszczeń, o co ciągle wołali producenci filmu, który wiedzieli iż w tamtym czasie najlepiej sprzedawały się produkty łatwe i lekkie. Amerykańska widownia zachwycała się “Gwiezdnymi wojnami”, “E.t” i “Star Trekiem”, podczas gdy “Łowca Androidów” -poruszający dylematy egzystencjalne, z poważnymi dialogami i poważnymi pytaniami bez prostych odpowiedzi, stał się finansową klapą.

Było niemal pewne, że “Łowcę Androidów” czeka śmietnik ambitnych porażek, skoro film zwrócił się tylko w połowie i nie był chętnie oglądany przez widzów. Taki los jednak spotkał niemal wszystkie filmy, które po latach okrzyknięto arcydziełem. I tak jest w tym przypadku. Nagle, po latach, ludzie zaczęli zachwycać się filmem Ridleya Scotta. Analizowali, rozmyślali podczas rozlicznych pokazów telewizyjnych i seansów na wideo. Film powoli urastał do rangi kultowego. Nagle z pustego, trudnego widowiska wyłoniła się niejednoznaczna, mroczna i poetycka opowieść poruszająca tematy rangi dośc wysokiej. Filozoficzne pytana o naturę człowieka, czy też religijne metafory relacji człowieka z Bogiem. Scott otrzymał od widzów mnóstwo uwag na temat pierwszej kinowej wersji filmu i zaproponowano mu przemontowanie obrazu i pokazanie widzom wersji reżyserskiej. Skończyło się na pokazaniu wersji roboczej, która wszelkich zmian nie uwzględniała. W roku 1992 weszła na ekrany kin i stała się wielkim hitem.

No więc dlaczego dopiero po latach film zyskał status kultowego? Ano odpowiedź jest prosta:wykreowana w nim wizja wyprzedziła epokę. Nie pasowała do w miarę spokojnych lat 80. kiedy o wszelkich cyber-zagrożeniach przyszłości nikt jeszcze nie myślał. Dziś mamy XXI wiek, wszystko opanowały niemal komputery i mechanizacja. Taka wizja idealnie wpasowuje się właśnie akurat teraz. Do tego jeszcze  mamy czasy kryzysu religijnego, ludzie zadają sobie pytania o naturę człowieka. “Łowca Androidów” robi się wręcz przerażający w swojej wymowie.

“Widziałem rzeczy, w które wy, ludzie, nie bylibyście w stanie uwierzyć(…).Wszystkie te chwile przeminą bezpowrotnie, porwane strumieniem czasu, jak łzy w strugach deszczu…Czas Umrzeć…”- czy takie słowa mógłby wymówić umierający Bóg? Czy jego śmierć przyniosłaby odkupienie tym, którzy wydali nań wyrok, mylnie uznając za demona zniszczenia? Czy byłoby to zamknięcie ostatecznej szansy na poznanie wiedzy o istocie dycha, który zdolny jest zamieszkać nawet w maszynie? Czy stworzona przez Dicka na podobieństwo człowieka emanacja Boga miała nam uświadomić, że dar wolności nieskończonej i podobieństwo do Stwórcy oznacza również odpowiedzialność za to co sami tworzymy?

Ridley Scott zadaje pytania o istotę człowieczeństwa. Jeżeli wyobrazimy sobie oś, na której mamy zero-oznacza materię nieożywioną, a nieskończoność oznaczać będzie absolutnie najwyższy poziom uporządkowania- Boga, człowiek musi znajdować się gdzieś pośrodku skali. Co nas różni od androidów, skoro i one zdolne do uczuć, marzeń? Czy w sferze duchowej w ogóle cokolwiek nas dzieli? Jaka jest różnica między człowiekiem a Bogiem? Przecież to właśnie te maszyny myślące, nadają nam status Stwórcy. Wszystko to pytania bez odpowiedzi, co jest rzeczą najwspanialszą w tym filmie.

Scott nakręcił zatem film absolutnie genialny, przełomowy. Owszem, nie powiem, oglądałem pierwszy raz i chwilami mnie trochę przynudzał. Jednak im dłużej o nim myślę, tym wydaje się jeszcze doskonalszy. Takie filmy najbardziej docenia się po którymś tam dopiero seansie. jednak co najważniejsze: mamy chyba najbardziej wyrafinowany wizualnie film s.f w historii kina. Mroczny, gdzieś tam pokapuje deszcz, dziesiątki neonów oświetlają mroki ulic. Zresztą nie ma o czym mówić. To znaczy jest, ale tyle, że lepiej włączyć film i zobaczyć. To niesamowite połączenie futurystyki z klimatami Los Angelem plus motywy azjatyckie, a nawet starożytnego Egiptu. Ale film jak udowodniłem już wcześniej, nie jest jedynie pokazem wyprzedzających epokę efektów specjalnych i klimatu zawieszonego między zdegradowaną przeszłością, a zdehumizowaną przyszłością. Scott udowodnił, że fantastyka też może się do czegoś przydać, nie tylko do kreowania nowych światów. Może też być dziełem na poważnie. Stawiającym odważne, ważne pytania światu widzialnemu.

szymalan

Jedna odpowiedź do “Łowca Androidów”

  1. kazulka mówi:

    Szczerze mówiąc “Łowca Androidów” nie należy do mojego ulubionego gatunku. Jednak po przeczytaniu Twojego tekstu jestem skłonna być może to zmienić? Gratuluję lekkości “pióra” (klawiatury) ;) Zwinny komentarz i tyle wystarczy:D Nieczęsto zdarzają się filmy wyprzedzające swoją epokę… Tak jak poeci genialni jak Norwid - a to spory komplement ;) pozdrawiam i czekam na kolejne literackie dzieło:D

Napisz odpowiedź