Spider- Man 3 *****

Kino stuprocentowo komercyjne i rozrywkowe rzadko dostaje u mnie aż pięć gwiazdek, ale tym razem stawiam je bez wahania. Widziałem “Spider Mana 3″ już chyba ze 4 razy i za każdym razem daję się porwać jego nietuzinkowej fabule.
“Spider Man 3″ to oczywiście trzeci odcinek kinowego serialu o życiowych i bohaterskich- jeśli można tak powiedzieć- rozterkach, Petera Parkera, który został ongiś ugryziony przez jakiegoś super zmutowanego pająka i od tamtego dnia, a) pozbył się okularów b) nabrał nadludzkiej siły c) jego ciało zachowuje się jakby był pająkiem- skacze, wypuszcza sieć, chodzi po fasadach budynków. Wszystkie trzy filmy serii jak dotąd wyreżyserował jeden człowiek- Sam Raimi. Również prawdziwy superbohater- na ogół kręci nieoglądalne horrory w stylu “Boogeymana”, a czasem jak zrobi nam kolejnego “Pajączka” to wszystkim szczęki spadają na ziemie z hukiem. Takie jego alter ego(?). Udało mu się zresztą dokonać rzeczy prawie niemożliwej: poziom artystyczny filmu wzrasta z każdą częścią.
W trzeciej odsłonie przygód człowieka pająka, najlepszej jak dotąd, Peter Parker na samym początku po kilkunastu nieudanych wcześniejszych próbach, wreszcie odnajduje równowagę pomiędzy obowiązkami należącymi do superbohatera Nowego Yorku (może wymyślą nową kategorię Oscarową- najlepszy film, którego akcja rozgrywa się w Nowym Yorku? ), a miłością do Mary Jane Watson. Jak jednak dobrze jest, tak w jeden wszystko się rozsypało. MJ dostaje fatalne recenzje jako aktorka Broadwayu, na horyzoncie pojawia się rzekomo prawdziwy morderca wujka Bena Parkera, w redakcji “Daily Bugel” (niech mnie ktoś poprawi, jeśli le zapamiętałem nazwę magazynu) zjawia się Edward Brocks, który zamierza usunąć w cień dotychczasowego fotografa Spider Mana, Petera Parkera, a na dodatek Harry Osborn przypomina sobie o zaprzysiężonej pomście za ojca, którego również rzekomo zabił jego przyjaciel- Peter Parker. Nic dziwnego, że wszystko to razem powoduje, że życie Petera Parkera zmieni się w pasmo nieustannych decyzji, mających wpływ na jego relacje z najbliższymi, ale też i na cały NY CITY.
Kto by pomyślał, że z tej pajęczynki uda się utkać jeszcze coś tak zniewalającego? W pierwszym “S-M” bohater był harcerzem o szlachetnej osobowości, który wszystko co robił, to dla czyjegoś dobra. W drugiej ukazał się nam bohater z wątpliwościami. W trzeciej odkrywa on mroczne pokłady swojej psychiki. W pewnym momencie staje się zły na wskroś, jest gotów posunąć się bardzo daleko. Raimi pewną ręką prowadzi tych interesujących, jak na kino komiksowe, bohaterów. Scenariusz bardzo precyzyjnie i spójnie sprzedaje nam wszystkie wątki filmu, których jest trzeba przyznać, dosyć sporo jak na taki hollywoodzki film. Nic jednak nie wydaje się niepotrzebne, nie ma tu dłużyzn akcji i dialogowych. Na zmianę dostajemy sceny akcji ze scenami dialogów popychających fabułę. I choć akcja wcale nie pędzi na przód w dzikim tempie (“Transformers” przy nim to jak Kubica przy Webberze), to z wrażenia można zapomnieć że jest się tylko….w kinie.
Jest to jak dotąd najdroższy film w historii kina. Budżet wynosił ponoć 250 mln dolarów. Więcej niż “King Kong” i “Superman Powrót”. I rzeczywiście, trudno się tu czepiać strony plastyczno- wizualnej tego filmu. Z pewnością kto ma wprawione oko, zauważy rozliczne “szwy” w efektach specjalnych podczas skoków Człowieka-Pająka między wieżowcami. Zabieg to jednak bardzo celowy- film musi sprawiać wrażenie ekranizacji komiksu, nawiązywać do jego stylistyki, pamiętajmy, że komiksy to opowieści opierające się na założeniach umowności- i ta umowność jest tutaj widzowi podsuwana. Jednak znakomicie animowany Sand-Man (który się człowiekiem z piasku, na wskutek przemieszczenia się jego cząstek elementarnych podczas bardzo nierozważnego naukowego eksperymentu, którego przez przypadek stał się uczestnikiem) to już nie żadne umowy- on po prostu miażdży. Film ma też o wiele więcej atrakcji wizualnych. I nie chodzi tu o czysto komputerową brawurę.
Film nie jest jednak jedynie pokazem efektów specjalnych . wiarygodnie wypada całe love story Parkera, jego stosunki z otoczeniem i całego przemiana dokonująca się gdzieś w połowie filmu.
Na temat aktorstwa to w sumie powiem tyle, że główne role się nie zmieniły: Tobey Maguire jak był świetnym Parkerem tak jest, doskonale pasująca do niego Kirsten Dunst jest dalej, a do trójkącika wchodzi oczywiście James Franco- tradycyjnie emocjonalnie najbardziej pomieszana postać z całego filmu. Na drugim planie perełki: J.K. Simmos jak zwykle rozwalający na łopatki, Rosemary Harris jako potulna ciocia Marry też wypada milutko jak zawsze, Thomas Haden Church jako Flint Marko\SandMan i bez charakteryzacji wygląda jak nie z tej ziemi. Na deser zostawię Bruce’a Campbella, który dosłownie zmiótł Maguire’a niczym mistrz na aktorskim ringu w scenie we francuskiej restauracji. Jest tego znacznie więcej oczywiście.
Wszystko jasne. Film nie zawiódł oczekiwań- najlepsza część serii, tak jak być powinno. Zabawa jest znakomita, nie dla starych nudziarzy. Z chęcią zobaczę jeszcze Spider Mana na dużym ekranie.
szymalan