Uaktualnienia od czerwiec, 2008 Ukryte wątki | Klawiaturowe skróty

  • Piraci z Karaibów: Na krańcu Świata 

    szymalan 23:39 on 29 June 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

    Piraci z Karaibów: Na Krańcu Świata ******

    I rozbrzmiała piracka pieśń. Logo Walta Disneya, zielona autostrada oznaczająca filmy Jerry’ego Bruckheimera i rozpoczynamy seans. Na tle pochmurnego nieba widzimy stryczek. Za chwilę zawiśnie na nim mały chłopiec. Piraci rozpoczynają ponurą pieśń- wezwanie członków pirackiego Trybunału Braci do połączenia sił przeciwko zagrażającemu piratom całego świata lordowi Cutlerowi Beckettowi, wysłannikowi Kompanii Wchodnioindyjskiej, który ma na swoich usługach Władcę mórz: Davy’ego Jonesa. Aby piraci byli zdolni pokonać ich przebiegłego wroga, muszą wezwać do pomocy dawno zaklętą na Trybunale boginię Kalipso, która teraz zaklęta jest w ludzkiej formie. Aby to zrobić z kolei należy wykonać rytuał wraz z 9 talarami, których posiadaczami są piraccy Lordowie z całego świata. Niestety jeden z nich znajduje się aktualnie gdzieś na krańcu świata- w Luku Jonesa. Tia Dalma najpierw przywróciła życie kapitanowi Barbossie, teraz jest szansa na uratowane Jacka Sparrowa. Trzeba tylko znaleźć załogę (w Singapurze), statek (w Singapurze) oraz kapitana (w Singapurze- w osobie majestatycznego Sao Fenga). I już można ruszyć do Luku i ruszać do Zatoki Rozbitków na zgromadzenie Trybunału. Ale w filmie zrealizowanym za 300 milionów amerykańskich dolarów, nie wszystko może okazać się tak łatwe.

    Głównym motorem napędzającym fabułę jest zdrada. Wszystkich możliwych wariantów zdrady w tym filmie nawet nie da się policzyć. Chwilami widzowie mniej uważni, nie będą wiedzieć kto aktualnie staje po czyjej stronie i dlaczego. Dzięki temu film, którego akcja dzieje się na morzach karaibskich, który kręcony był na Bahamach, robi się szalenie ciekawy i intrygujący niczym polityczny thriller. W zasadzie tak od 30 minuty możemy się dać porwać trzecim “Piratom” praktycznie w całości, ciałem i duszą. To najlepsza jak dotąd część trylogii. Skondensowano w niej wszystko co było znakomite w tej sadze, zmieniono lub dodano to czego brakowało. W pierwszej części brakowało efektownych zdjęć, w drugiej kapitana Barbossy, w obydwu nie było porządnej bitwy. A w trzeciej bitw jest w cholerę, w tym tytaniczna pod sam koniec. Do tego w jedynce nie było Davy’ego Jonesa, Tii Dalmy, Cutlera Becketta i Sao Fenga. Tutaj jest wszystko to, co dotychczas wymieniłem w ilościach niemożliwych do objęcia rozumiem, a nawet jest dużo dużo więcej (sam czas trwania: 161 minut!) . Powrócił Jack Sparrow (choć dość późno tym razem, ale za to nawiązką, bo w kilkunastu wersjach). do tego mamy klimaty azjatyckie, do tego mamy łomot w deszczu, zabawny ślub, a nawet kołysanie statku, który trzeba obrócić do góry pokładem.

    W zasadzie musiałbym zamiast tej recenzji napisać list dziękczynny dla Gore’a Verbinskiego i jego ekipy. Nie potrafię pisać recenzji filmów, które uwielbiam, podczas których w ogóle nie zwracam uwagi na jakiekolwiek wady, czy błędy. No bo po jaką cholerę mam sobie psuć niezłą jazdę? W zasadzie takich filmów być może w ogóle nie powinno się krytykować, albo po prostu stwierdzić jak napisałem przy “Skrzyni Umarlaka”- albo film jest porywający i prześliczny, albo film nudny i odpychający. “Piraci” zawsze będą należeć do tej drugiej kategorii u mnie. Nie ma słów, które opiszą to co dzieje się z widzem kiedy widzi się kolejne salwy kul armatnich podczas bitwy, wszystko uświetnione wspaniałą nutą Hansa Zimmera, prawdziwego mistrza od kinowych widowisk. Nie ma słów, które opiszą piękno zachodów słońca, które komponuje się z falami morza w żywy obraz tuż przed nami. Za te 15 złotych, czy kilkadziesiąt jak ktoś kupił na DVD. 300 mln dolców budżetu, zaledwie 10 miesięcy produkcji (tyle wynosi różnica pomiędzy premierami dwójki i trójki) i cała ekipa, która stawiła się jak na rozkaz. Widać, że Ci ludzie kochają kino. Widać to w każdej scenie.

    szymalan

     
    • kazulka 09:32 on 30 czerwiec 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Nie widziałam jeszcze tego filmu, jednak sprawiłeś, że chętnie się do niego dobiorę :P Zapewne Twoja ocena nie jest chybiona. Czekam na kolejne perły geniuszu ;] Pozdrawiam :*

    • szymalan 13:41 on 30 czerwiec 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      kazulko najlepiej 22 w nocy,zasiąść i oglądać……przez 3 godziny zabawa wyśmienita.”na krańcu świata” to jeden z moich najskuteczniejszych poprawiaczy humoru…aha i koniecznie zobacz z polskimi napisami, niech lektor polski nie zepsuje Ci atmosfery;)

    • krecik 14:15 on 1 lipiec 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      dlaczego twierdzisz, że lektor może zepsuć zabawę?
      ale tak nawiązując do recenzji, mnie chyba też dość skutecznie przekonałeś do obejrzenia tego filmu. Ale nie tylko tej części, ale pozostałych także.
      Tak powinno być, żeby aktorzy czuli scenę i kino, aby tworzyli naprawdę sztukę dla sztuki, a nie badziewie dla kasy. To trzeba mieć we krwi. :)

      Pozdrawiam Cię serdecznie,Szymalanie.

    • szymalan 15:03 on 2 lipiec 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      odpowiem na Twoje pytanie kreciku: miałem okazję zobaczyć kiedyś ten film lektorem: to był koszmar….w bitwach nie było w ogóle słychać dialogów, do tego częściej od tego co mówią bohaterowie, zabawniejsze jest to, jak mówią. A jak to odczuć oglądają z polskim lektorem, który na dodatek opóźnia dialogi? Nie wspomnę już o licznych pomyłkach, o utracie magii, i o tym, że dla nas, maturzystów, obcowanie z językiem angielskim, jest na wagę złota.
      co do drugiej części Twojego komentarza: wystarczy zobaczyć dokumenty z dodatków do wydania DVD “Piratów”, aby zobaczy, jak wyglądała praca, jak skrupulatnie i rzetelnie przyłożyli się poszczególnie członkowie ekipy do powstania tego filmu. A choćby się miało budżet nie 300,a 400 mln- ważne jest ile się poświęci siebie dla danego projektu.
      Kreciku, ja również bardzo serdecznie Cię pozdrawiam :)

    • ly. 18:39 on 3 lipiec 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      wreszcie skomentuję coś co widziałam :D
      z recenzją zgadzam się całkowicie, film porywa i to jest niezaprzeczalne. wszystkie trzy części. palce lizać (żeby nie powiedzieć oczy, bo to wydać by się mogło niemożliwe) :P

  • szymalan 23:02 on 28 June 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

    Piraci z Karaibów: Skrzynia Umarlaka *****

    “Piraci z Karaibów: Skrzynia Umarlaka” to nie tylko rozbuchany spektakl, kinowy hicior dla popkornnowej publiki z przed dwóch lat. To w zasadzie czołówka kina rozrywkowego ostatniego dziesięciolecia. Przy tym energicznym, prześlicznym obrazie, z gamą tak ulubionych nam postaci, taka “Mumia” to puste, bezbarwne nudziarstwo.

    Jack Sparrow (Johnny Depp), niepoprawny łotr, niegdyś kapitan Czarnej Perły, musi spłacić swój dług, który 12 lat temu zaciągnął u wilka morskiego, potężnego i złowrogiego Davy’ego Jonesa(Bill Nighy). Teraz nadszedł dzień jego spłaty. Jones wysyła przeciw Jackowi legendarnego odrażającego potwora mórz i oceanów- Krakena. Jack ma szansę przejąć kontrolę nad poczynaniami Jonesa (a co za tym idzie zmusić go do odwołania bestii), musi tylko odnaleźć Skrzynię Umarlaka, która kryje serce jego przeciwnika. A na razie Jack dysponuje jedynie rysunkiem klucza do tej skrzyni. Ma jednak też kompas, który wskazuje co, czego człowiek najbardziej na świecie w danej chwili pragnie. Jack nie może się wybrać sam do Jonesa po klucz, bo skończyło by się to dla niego mega wpadką na całe życie.

    Tak się akurat składa, Will i Elizabeth (Bloom, Knightley) zostają zatrzymani przez Cutlera Becketta (tom Hollander) , wysłannika Kompanii Wschodnioindyjskiej, który zarzuca im uczestniczenie w piractwie, za co mają zostać skazani na śmierć. chyba, że Will odnajdzie busolę Jacka, która również ma doprowadzić Becketta do skrzyni umarlaka, bo przecież dzięki niej Kompania będzie zdolna panować na tamtych wodach.

    Awantura rozkręca się bardzo szybko, my w zasadzie nie mamy czasu, ani powodu aby się nudzić. Co się udało? Udało się zrobić lepszy film niż “Klątwa Czarnej Perły”- bardziej luzacki, efektowniejszy wizualnie, jeszcze bardziej wciągający. Zwykle jest to tak z sequelami takich blockbusterów, że niemal powtarza się fabułę oryginału, poprzez powielenie schematu. Tutaj wszystko jest oryginalne, przemyślane tak, abyśmy nie odczuli jakiegokolwiek deja vu. Owszem znajome motywy się tam zjawiają, ale często służą tu humorystycznie niż mają cokolwiek wspólnego z popychaniem fabuły do przodu.

    W zasadzie na temat filmu “Control” rozpisałem się sporo, podobnie innych filmów, ale o “Piratach” w sumie nie mam co. Po prostu: albo macie ochotę zobaczyć kolejne dwie i pół godziny przygód postaci takich jak Jack Sparrow czy Will Turner albo nie macie. To nie jest film do oceniania, bawienia się w jakiekolwiek analizy. Albo jest nudny i brzydki, albo jest przepiękny i porywający. Tu nie ma, że “dobry film albo zły”- nie podobała się jedynka, masz dość, to nie Twój gatunek- to daj sobie spokój z tym.

    Mnie oglądając ten film już chyba 15 raz, dał kolejny raz tyle zabawy i radości, że nie umiem sobie wyobrazić, że jakikolwiek inny mógłby być w tym lepszy. Sama kolorystyka tego filmu, potęgowana wyrazistymi zdjęciami Dariusza Wolskiego, który umiejętnie wykorzystuje to, co dzieje się na planie- nie można oderwać wzroku od tych dopracowanych do perfekcji kadrów. Dla samego patrzenia czasem warto włączyć ten film, dla takich czysto estetycznych wrażeń. Zobaczcie jak kolor ognia świec komponuje się z mrokiem nocy, a także z zielenią, czerwienią,

    Za efekty specjalne film skasował Oscara. Zasłużenie. Nie chodzi nawet o te wszystkie krakeny o wielkości godzilli, nie chodzi o statki wyłaniające się z mórz. Chodzi o wymyślenie przez zespół z Industrial Light and Magic sposobu kręcenia w taki sposób, aby efekt był taki sam jak przy motion capture (w ten sposób ożywiono na ekranie Golluma z “Władcy Pierścieni”) tyle, że wszystko odbywało by się od razu na planie (tak, tak te wszystkie naście kamer od razu na planie filmowym). Udało się i to wspaniale. Davy Jones i jego załoga “Latającego Holendra” wyglądają na ekranie jak żywi.

    Cała ta niebanalna, daleka od mainstreamu Hollywood, historia rozgrywa się w niesamowitych plenerach. Liczbę zdjęć w cyfrowych pokoikach ograniczono do minimum. Cały film praktycznie nakręcono na Karaibach. Wiem, że sporą część zrobiono na wyspie Dominice, gdzie zbudowano do tego celu mnóstwo dróg, a Verbinski musiał aby dostać się wysoko w góry w dżungli, wynająć pana z maczetą, który robił mu przejście do celu. Zresztą bardzo polecam zobaczenie dodatków do tego film z płyty 2DVD, która wyjaśnie proces tworzenia niemal całej produkcji, szczegółowo omawiając problemy które stały na przeszkodzie. Na przykład sporo czasu poświęcono kłopotom finansowym, które miały wręcz przerwać fazy przedprodukcyjne i w ogóle cały projekt miał upaść.

    Do tego dopiszmy jeszcze świetną od pierwszej do ostatniej sekundy muzykę Hansa Zimmera (“Kod da Vinci”) i mamy film, który można oglądać w kółko. Mnie się on chyba nigdy nie znudzi. To wspaniałe, że możemy dziś iść do kina i tam choćby na 2 godziny zapomnieć o otaczających nas sprawach i przeżyć tak wyjątkową, prawdziwą przygodę. Uwierzcie, że film działa na wyobraźnię. Każdy marzy chyba, aby znaleźć w samym środku takiej opowieści. Albo przynajmniej przypratrywać się jej z boku. Bitwy morskie, pomysłowe pojedynki, trochę horroru i komedii w jednym- czego chcieć więcej. Chyba więcej tego samego.

    Aby dobrze bawić się na tym filmie, nie licząc na palcach błędów i nie wyłapując problemów z logiką, czy fizyką akcji, czy scen pojedynków, trzeba po prostu….być. I mieć wyobraźnię.

     
  • Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły 

    szymalan 12:59 on 28 June 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

    *****

    Wchodzisz do kina lub włączasz DVD i z kinowej sali lub swojego pokoju opływasz na Karaiby, konkretnie na Karaiby XVII wieku, okresu największej świetności działalności piratów morskich. Fabuła “Piratów”, filmu równie długiego i pociągającego jak jego tytuł,jest w gruncie rzeczy mało streszczalna, budowana z setek wątków, które bardzo zgrabnie łączą się w spójną całość.

    Spokojne życie w Port Royale, wielkim handlowo-portowym ośrodku zakłócają dwa wydarzenia: przyby osławionego kapitana Jacka Sparrowa (Johnny Depp) oraz następujący chwilę potem atak pirackiego okrętu Czarna Perła, który miał niechlubną sławę. Załoga okrętu dokonuje masakry w mieście.

    Zanim to jednak nastąpi, mieszkańcy zajęci będą wielką uroczystością: mianowania Jamesa Norringtona na komodora (Jack Davenport), zaciekłego przeciwnika pirackich obyczajów. Norrngton chce poślubić do pełni szczęścia piękną kobietę, córkę gubernatora Port Royale, Elizabrth Swann (Keira Knightley) na co ona przystaje niechętnie, bo w duchu podoba się miejscowy “nikt”- kowal William Turner (Orlando Bloom), którego poznała parę lat wcześniej, kiedy jeszcze jako dziecko uratowała małego Willa przed śmiercią zatajając przed ojcem i Norringtonem, że chłopiec którego znaleziono na morzu samego jest piratem (miał piracki medalion, ale czy faktycznie był piratem nie wiadomo na razie).

    I stało się: na wysokim klifie komodor oświadcza się naszej gubernatorównej, która nie mogąc złapać oddechu z powodu ciasnego gorsetu wpada do wody. I ratuje ją: łotr Jack Sparrow. I nie ważny jest ten jeden dobry uczynek: Sparrowa za piractwo czeka stryczek. Wskutek jednak małego zamieszania Jack ucieka śmierci, w ucieczce spotyka Willa, który również chce go powstrzymać, co się po pewnym czasie udaje (choć to duże uproszczenie co teraz piszę), Jack trafia do lochu.

    I tu zaczyna się moment napadu pirackiej Czarnej Perły. Elizabeth zostaje porwana, a jedyną osobą, która może wiedzieć gdzie dokuje Perła jest ..Jack Sparrow, jej poprzedni kapitan. Ech, wszyscy wkrótce wezmą udział w krwawym rytuale, który ma zdjąć klątwę z piratów, która powoduje że są nieśmiertelni, ale nic nie odczuwają. Wszystko przez jakieś złoto Azteków.

    Ech, dużo by pisać, trzeba by osobno napisać recenzję, osobno samo streszczenie. Na szczęście jest dosyć spójne, zawężone odpowiednio, aby nie przeładować nas samymi dialogami, a te trzeba przyznać są dobrze rozpisane.

    Filmy o piratach w gruncie rzeczy wymarły jakieś 50 lat temu, kiedy powstawały ostatnie nadające się do oglądania filmy przygodowe z tego gatunku. Gore Verbinski dokonał niejako wskrzeszenia romantycznej legendy pirackiej i to wszystko widać spasowało, bo nie wiem czy można było przewidzieć taki sukces.

    A ten wg mnie to zasługa właśnie doboru tematu i takiego przystawania go do potrzeb współczesnego widza (od nastoletniego do tego bardzo zaawansowanego wiekiem). Nawet krytycy bili brawa po seansie “Klątwy Czarnej Perły. Może największą zasługą jest tak naprawdę to, że twórcy wyszli z ciasnych pomieszczeń studyjnych i ruszyli w teren. Może właśnie to nas urzekło- przygoda realna, namacalna, czujemy wiatr, powiew morskiej bryzy, oglądamy bajeczne widoki i majestatyczne statki- wszystko tuż przed naszym oczami na dużym|małym ekranie.

    Nie ma tu przeładowania efektami, mimo iż chwilami prezentują wysoki poziom. Do tego mamy bardzo sympatyczne postacie, które chcemy oglądać: Jack Sparrow, który sam jeden podnosi wartość tego filmu, plus mój ulubieniec kapitan Barbossa, grany fenomenalnie przez Geoffreya Rusha (najlepiej grana postać całej trylogii Verbinskiego). Zresztą nie ma tu chyba ani jednego 100% łotra, a i szlachetne postacie mają swoje większe lub mniejsze grzeszki i zdrady na koncie.

    Trzymające w napięciu spektakularne kino przygodowe, wraz z humorem, grozą, znakomicie wykonane na dużą skalę, to film który już kto miał zobaczyć, to już zobaczył. Jednak jeśli ktoś jeszcze nie próbował radzę to zrobić jak najszybciej. Kiedyś to będzie wstyd powiedzieć, że “ja nie widziałem ani jednego filmu z kapitanem Jackiem”.

    szymalan

     
  • Shrek Trzeci 

    szymalan 16:47 on 26 June 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

    ****

    Spore rozczarowanie, bo “Shrek trzeci” jest tylko…dobrym filmem. Ale niczym więcej. Gdyby “Shrek trzeci” powstał jako pierwszy epizod serii, można by mówić o arcydziele- ale niestety: nie po to przecież robi się kontynuacje, aby były gorsze od poprzedników, nie ważne choć nie wiem jak tamte byłby doskonałe, jak doskonały, ba ,genialny był “Shrek” i jego kontynuacja niemal mu równa “Shrek 2″. Z drugiej strony: Shrek to zawsze Shrek, a zbyt wiele tu udanych pomysłów, aby mówić, że reżyser Chris Miller zarżnął serię.

    Jest to film miły i sympatyczny jak poprzednie części, fabularnie dość podobny do poprzedniej części, jednak z OGRaniczoną liczbą scena akcji. Tym razem film zaczyna się dość smutno. Umiera król Zasiedmiogórogrodu, Harold i teraz ktoś musi zasiąść na jego tronie. Jest tylko dwóch prawowitych dziedziców: Shrek oraz znajdujący się daleko od królestwa Artur, szkolne popychadło, którego nikt nie traktuje na serio. Sam Shrek do korony się nie pali, bo w końcu jedyne na czym zależy to na spokojnym, odizolowanym życiu (byle z Fioną) na swoim bagnie. Rusza więc wraz z swoimi zwierzęcymi przyjaciółmi- osłem i Kotem w Czapce (pamiętacie ten tekst Shreka z dwójki: “Ty patrz, kot w czapce!” hahaha)- nie no, Kotem w Butach, na wyprawę do …gdzieś tam za morze, aby przekonać Artiego, żeby zasiadł na tronie Zasiedmiogórogrodu. Tym bardziej, że zły Książę z Bajki szykuje zamach, w czasie kiedy królestwo pozbawione będzie monarchy.

    Fabuła powalająca nie jest, nie porywa bez reszty jak poprzednie części. W sumie schemat można streścić: jadą, gadają, wracają, gadają, atakują, walczą, wygrywają. Klasyczne spielbergowsko-lucasowskie dobre zakończenie jest tu obowiązkowe i dosyć przewidywalne w sumie. Pod tym względem film dość rozczarowuje. Ale, ale- nie ma co panikować. Przede wszystkim “Shrek trzeci” ma jedną niepodważalną zaletę: wciąż genialne dialogi. Chwilami bawiące do łez, choć szkoda, że ich ilość pochudła jakby od ostatniego spotkania z zielonym ogrem i jego kompanią. Ale wierzcie mi na słowo, że parę dialogów długo nie zapomnicie, a najlepszy chyba tekst w całym filmie, pada podczas sceny śmierci Harolda- paradoks?

    Co jednak dla mnie ma wartość najwyższą w tym filmie jako dla recenzenta? No nie samym humorem widz żyje, także cieszy mnie bardzo istotne założenie twórców scenariusza: film ma być kontynuacją nie tyle fabuły (choć jest spokojnie), ale kontynuacją rozwoju postaci głównego bohatera. Twórcy konsekwentnie z części na część uczą Shreka, a co za tym idzie młodych widzów tego filmu, dorastania do odpowiedzialności. Shrek najchętniej zamknąłby się na bagnie i nigdzie nie wychodził, wiódł by pustelnicze życie samotnika, który całymi dniami oddawałby się swoim ulubionym fizjologicznym czynnościom życiowym. To dla mnie największy plus całej serii, nauka: nie zamykaj się, musisz być odpowiedzialny, wyjść do świata, poczuć się do czegoś powołany. I to film realizuje. Bo ogr w “Shreku trzecim” nie tylko dorasta do odpowiedzialności za mieszkańców królestwa, ale też do ojcostwa, które przychodzi do niego wraz z niespodziewaną (!?) ciążą Fiony. Shrek wciąż uczy się akceptacji siebie samego. To zresztą też drugi ważny temat tego filmu, który również ciągnie się przez cały cykl: nie oceniaj ludzi po pozorach. Bo ktoś niski, gruby, śmierdzący, brzydki, czy wyzywany od frajerów też może być zdolny do wielkich szlachetnych czynów. Każdy może, jeśli tylko zaakceptuje siebie.

    I choćby przez to wszystko- “Shrek” pozostał wciąż inteligentną, mądrą, bardzo wiarygodną na wielu płaszczyznach animacją, która może owszem, jest ciut przereklamowana, ale trzyma poziom porządnego kina. Efektownie wyglądają nawiązania do “Dziecka Rosemary” Polańskiego.

    Może zresztą oceniłbym ten film na 5 lub 6 gdyby nie poziom poprzedników.

    Wszak jedna rzecz mnie niepokoi: czy uda się jeszcze cokolwiek wycisnąć z tej historii? Na ogra, osła i resztę zawsze miło popatrzeć, ale czy aby planowanie już dziś czwartego i piątego epizodu to nie lekka przesada? Cóż, jak to było: nie oceniajmy po pozorach.

    szymalan

     
    • LD Manaroth 17:07 on 26 czerwiec 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Mnie tam ten film zawiódł i to bardzo. Dialogi moim zdaniem nie udane, a niekiedy mnie odpychały. Mogę tu szczerze powiedzieć że ani razu porządnie sie nie roześmiałem. Co do fabuły mogłaby być lepsza.
      Nie dorasta do pięt I i II.

  • Control 

    szymalan 20:18 on 25 June 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

    ****

    Nie wiem po co ja właściwie bazgrolę tą recenzję, skoro tak naprawdę w mniemaniu fanów tego, o czym i o kim “Control” mówi, nie byłbym tego godny. Nie jestem, nie byłem i nie wiem czy kiedyś będę fanem grupy Joy Division, z której pochodzi Ian Curtis, bohater tego filmu. To po prostu nie moje czasy (całe 70.) i nie mam styczności z Joy Division na co dzień w jakichś masowych ilościach, aczkolwiek z tego słyszałem na filmie, nie powiem całkiem nieźle się ich słucha. Iggy Pop, Sex Pistols, David Bowie, The Doors- te zespoły miały największy wpływ na karierę Curtisa i w ogóle wielu innych młodych ludzi mu podobnych. Dlatego właśnie założył wraz z kumplami zespół, którego nazwa początkowo brzmiała nam dość swojsko- Warsaw(!).

    Film to biografia o bardzo dokumentalnym zacięciu. Porządnie zriszerczowany, nakręcony ze sporym artyzmem, w czarno-białej oprawie, która ma dodać klimatu i upiększyć niezbyt atrakcyjny krajobraz. “Control” opowiada o początkach kariery zespołu aż do momentu, w którym Curtis popełnia samobójstwo, wieszając się na dzień przed zaplanowanym koncertowym tournee po Ameryce. Nie znam prawdziwej historii Iana Curtisa, do profesor Wiki też nie miałem jeszcze czasu zajrzeć, stąd nie wiem co tak naprawdę jest w tym filmie prawdą, a co nie. Wiem za to, że film został oparty na wspomnieniach żony Curtisa- Deborah. A obraz wyreżyserował Anton Corbijn, fotograf i autor klipów Depeche Mode, U2, Nirwany, czy Metalliki, więc z środowiskiem jest zapoznany dosyć dobrze. No i to widać, bo Anton jak może, tak stara się przekroczyć konwencję standardowego filmu biograficzno-muzycznego. I chwilami wychodzi mu to nieźle.

    Film na przemian łączy paralelnie trzy nie tyle wątki, co jakby tematy, motywy związane z postacią Curtisa. Często jest tak, że pokazuje się śmierć tragiczną artysty i w jej cieniu przedstawia się cały życiorys. Tutaj śmierć oczywiście się pojawia jednak, nie za bardzo wiadomo, co tak naprawdę pchnęło bohatera do popełnienia samobójstwa. Ja jako kompletny laik z dziedziny Rocka (postaram się nadrobić zaległości) byłem zdumiony takim zakończeniem tego filmu. Wciąż nie potrafię tego zrozumieć. Wg mnie trochę trywialnie brzmi, że zabił się, bo miał żonę, z którą nie czuł się w ogóle szczęśliwy, że czuł się beznadziejnie żałosnym ojcem (zresztą ożenił się i spłodził dziecko właściwie jako jeszcze nastolatek) ,a powodem tego wszystkiego była na boku gdzieś między koncertami poznana kochanka.

    Drugim wątkiem filmu jest oczywiście muzyka. Bardzo szybko (powoli?) rozwijająca się kariera młodych ludzi, którzy zapatrzeni (raczej zasłuchani) w Bowiego i SexPistols marzyli o wielkiej sławie i karierze. Czasem szło gładko. 400 dolarów na wynajęcie studia, do tego znalezienie menadżera, bo trafił się im po czasie naprawdę świetny gościu od tej roboty, do tego liczba fanów ciągle wzrastała, bo Curtis obdarzony był niezwykłym, przejmującym głosem, jakby kreował swój team na najbardziej depresyjny zespół świata. Wszystko to film podlewa sporą dawką alkoholowych i narkotykowych ekscesów plus bójki w trakcie koncertów.A sama muzyka? Oczywiście jest, można się w filmie jej zasłuchać.

    Trzeci wątek? – sentymenty, sporo sentymentów. Do rodzinnego miasteczka, paskudnego Macclsfield, gdzie cała droga się zaczęła. Droga niemalże po równi pochyłej dla młodego Iana. Droga pełna licznych upadków i prób wzlotów do nieba. Przecież w ostatniej rozmowie z swoją żoną, nawet podejmuje próby uratowania małżeństwa, jednym słowem całego statecznego życia. Ale życie gwiazdy rocka, niemal ikony popkultury, nie może tak wyglądać. To spełnianie oczekiwań tłumów.

    Można , jeśli się ma ochotę, analizować sobie do woli ten film, pisać analityczne prace magisterskie, wszystko jedno. Nie dla mnie to. Ja mam za małą wiedzę w tym temacie. Jako recenzent mogę tylko wiedzieć, że w miarę film ogląda się przyjemnie, zrobione to jest dosyć dobrze, a grane jest po prostu świetnie. PYtanie tylko: Czy film tworzy mity, czy je obala? Czy mówi prawdę czy próbuje zrozumieć tylko legendę? O czym jest tak naprawdę ten film?

    szymalan

     
    • Kasia 18:32 on 30 czerwiec 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Muzyka Joy Division jest dość specyficzna. Troche melancholijna, nostalgiczna. Ale czy mogła brzmiec inaczej skoro wzorowała sie na tych na których wlasnie sie wzorowała? Mysle, ze nie.
      Przez obejrzneiem takiego filmu dobrym pomysłem byłoby zahaczenie o biografie przedstawianej postaci. Wtedy łatwiej zeryfikowac na czym film polega. Chetnie bym go obejrzała, oczywiscie po przeczytaniu faktow z zycia Curtisa przy dzwieku jego głosu. Wtedy mozna nawet odniesc wrazenie, ze poznaje sie wnetrze czlowieka..

  • Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj 

    szymalan 22:51 on 24 June 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

    *****

    Dobra, powiem od razu: ten film nie zasługuje na piątkę obiektywnie. Na mocną czwórkę owszem. Ale ja nie potrafię mu postawić tylu gwiazdek, ja nie mogłem sie od niego oderwać. Dla mnie to jedna z najciekawszych premier mijającego półrocza.

    Fabuła jest muszę przyznać dość dziwna. Dwóch niemalże zawodowych killerów na zlecenie (Colin Farrell, Brendan Gleeson) , po dość wyczerpującej “robocie” mają jechać na przymusowe wakacje do belgijskiej Brugii, gdzie mają czekać na telefon od szefa (Ralph Fiennes), dodajmy miłośnika tego miasta. Obydwoje nie potrafią sobie znaleźć zajęcia(mimo mnogości miejsc do zwiedzania), turyści z nich żałośni, jednak udaje się im być może dzięki temu nawiązać nić przyjaźni. Kłopot zaczyna się w momencie, kiedy w końcu dzwoni szef- jeden z nich musi zabić drugiego. A czemu? Do ten drugi przy swoim pierwszym zadaniu popełnił błąd niewybaczalny- zabił niewinnego chłopca. Przez przypadek. I musi za to zapłacić swoim własnym życiem- właśnie w Brugii, gdzie ma się cieszyć ostatnimi chwilami wśród średniowiecznych budynków i uliczek. Tam, gdzie odzywa się dopiero jego sumienie. I właśnie ma zostać zabity przez chyba najbliższego mu tam człowieka.

    Szybko głównymi antagonistami tej komediowo-kryminalno-dramatycznej historyjki zostają szef i wykonawca zlecenia (Gleeson), co jest zresztą bardzo dziwne: z nie mogących się porozumieć mimo wszystko dobrych kumpli, robi przyjaciół, a przyjaciół robi wrogów. Żaden z nich tak naprawdę nie chce tu zabić, nawet nie chce (choć wydaje się, że bardzo chce, udaje tak) ten młody , grany przez Farrella chłopak. Nikt tu nie chce bez przyczyny pociągać za spust. Do samego końca wszyscy sprawiają wrażenie aktorów grecko-szekspirowskiego dramatu, który musi zostać perfekcyjnie rozegrany do ostatniej sceny ostatniego aktu. I tak się dzieje, jakby postacie tego filmu dokładnie wiedziały co zrobić, aby dramat został rozegrany jak trzeba. Czy nie może irytować? Taka zegarmistrzowska precyzja- wręcz wystudiowanie całego filmu? Mistrzowsko jest też film zagrany- wszyscy jak jeden mąż, grają role tak światowej klasy, że aż po seansie prosi się o oklaski i to głośnie ,i długie. Farrell to rola można by rzecz Oscarowa- on nie musi zbyt dużo mówić, aby pokazać paletę emocji na swojej twarzy. Rozbawić, przerazić, wzruszyć widza- on nie gra, on jest daną postacią, jest fenomenalny od pierwszej do ostatniej sekundy. Po za tym świetny Gleeson, agent od zadań specjalnych na drugim planie zwykle, tutaj z gracją sekunduje Farrellowi- gra człowieka zmęczonego życiem, pogodzonego ze światem, ale wciąż chcącego coś dla niego zrobić dobrego, mimo zła jakiego się w przeszłości dopuszczał. No i wreszcie wielki Ralph, urodzony czarny charakter, zresztą kto widział “Harrego Pottera”, czy “Listę Schindlera” wie jak on potrafi zagrać bad guya. Jak dla mnie tych trzech mogło by przez dwie godziny grać w karty i opowiadać anegdoty, a już bym się bawił setnie na takim filmie.

    Najbardziej mnie cieszy robota reżysera, który nieco zakpił i wywyższył się ponad gatunek, w jakim zrobił swój film- głupawą komedyję o dwóch nieudacznikach (trzech?), którzy robią z siebie połtoragodzinne pośmiewisko. O, nie. Tu wyszło zabawnie, ale z klasą, do tego mrocznie. No i kto ma ochotę może się do tego doszukiwać moralnego przesłania.

    szymalan

     
    • J.Ryder 08:11 on 4 sierpień 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Dla mnie ten film to dno. Moze byly 2 smieszne momenty, ale tylko tyle. Za Farella moge dac jedynie 4/10.

  • Superhero 

    szymalan 21:46 on 23 June 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

    **

    Nie ma sensu się rozwodzić na “Superhero”. Jest to film taki sam, tak samo zbudowany, tak samo zrobiony i tak samo pokręcony jak wszystkie inne “Straszne filmy”, czy “Wielkie kina”. Tyle że tym razem, twórcy przedrzeźniają filmowych superbohaterów. Oczywiście najbardziej jadą po “Spider Manie”. Zamieniono tylko bohatera z Człowieka Pająka na Super-ważkę (bo ugryzła go oczywiście zmutowana ważka). Reszta to fabularne idiotyzmy, które w ogóle nie mają ani sensu, ani spójności. Humor? No..jest. Chwilami udaje się obnażyć pewne słabości kina komiksowego (które i tak wcale nie przeszkadzają w odbiorze tych filmów), jednak 90% gagów jest żenująca, kompletnie nieśmieszna, przeznaczona dla uciechy nastolatków o niskich wymaganiach, lubujących się w produkcjach typu “American Pie”, czy “Supersamiec”. Najlepiej wypadają jeszcze z całego morza idiotyzmów dowcipy z Leslie Nielsenem- sama jego obecność stanowczo podnosi tą mizerną wartość tego obrazu. “Superhero” jest też chwilami dosyć efektowny wizualnie, łudząco przypomina parodiowane produkcje. Ogólnie rzecz biorąc, gdyby wyciąć wszystko to, co jest tu niesmaczne, bardzo nie na miejscu (dowcipkowanie nawet z papieża!) i dla nastolatków, mielibyśmy bardzo lekką, efekciarską i świetnie oglądającą się komedię na upalne wieczory, kiedy nie ma się co ze sobą w domu zrobić. Wolę więc od parodii filmy parodiowane i do nich wracam czym prędzej.

    szymalan

     
c
compose new post
j
następny post/następny komentarz
k
previous post/previous comment
r
odpowiedz
e
edytuj
o
pokaż/ukryj komentarze
t
go to top
l
go to login
h
show/hide help
esc
anuluj