*****

Nie ma ten film najlepszej podstawy: opowieść o japońskich gejszach została nakręcona z udziałem chińskich aktorek, w całości w studiu produkcyjnym w USA, twórcy to amerykanie, a wszyscy w filmie niemal mówią po angielsku. Totalny zgrzyt jak to się słyszy. Kiedy jednak przebrnie się przez ten stek kuriozum, można wyciągnąć z tej opowieści całkiem sporo wrażeń. No estetycznych na pewno…
Historia opowiedziana w tym filmie jest bardzo długa, rozległa i można by długo opowiadać. Wszystko zaczyna sie w roku 1929 kiedy Chiyo i jej siostra zostają sprzedane do Kioto, do domu gejsz. Jednak tylko właśnie Chiyo o nietuzinkowej urodzie (te oczka!), ma szansę zamieszkać w dzielnicy bogaczy i rozrywki ,Gion i co za tym idzie, zostać gejszą. Nie żadną dziwką, jak niektórym się wydaje, ale kobietą do towarzystwa, chodzącą muzą, uosobieniem piękna i sztuki. Jednak aby do tego doszło, młoda dziewczyna skazana jest na lata ćwiczeń i edukacji. Trzeba wyćwiczyć nawet klękanie i wstawanie. Zaś make-up to jeden cholernie długi rytuał, zresztą wszystko co robi gejsza powinno być jak kolejny obrządek.Nie jest to łatwe. Czekają ją poniżenia i cierpienia, przede wszystkim ostra rywalizacja z konkurentkami.
Pewnego dnia mała Chiyo spotyka na moście Pana Prezesa…..jednak gejsza nie ma prawa do prawdziwej miłości..nigdy….
No cóż. Może zacznę od tego, że film trwa 140 minut, żeby nie było, że nie ostrzegałem. Jest wolny, niemal chwilami medytacyjny. Niektórym to przeszkadzało i się nie podobał im film. Mnie nie. Dałem się urzec tym fantastycznym, bajecznym chwilami zdjęciom. Podziw budzi scenografia i bogactwo dekoracji, jeszcze nigdy azjatyckie krajobrazy miejskie nie wyglądały w amerykańskim filmie tak cudownie. Można się w tym zanurzyć, niemal dotknąć ekranu i przejść na drugą stronę: poczuć śnieg, poczuć ciepło domu herbacianego, kiedy za oknem pada deszcz. Wszystko w tym filmie olśniewa wizualnie. Przecież te wszystkie kostiumy, makijaże..och, ach, jakie boskie!
Zadecydowanie bardziej problematyczny jest tu scenariusz. Albo ktoś zaakceptuje koleją bajkę o kopciuszku, kolejną wersję etosu zakazanej miłości – albo nie. Z drugiej strony film ma tez niestety parę istotnych błędów:do końca nie wiemy co się stało się z siostrą Chiyo, film ma wiele zbyt szybkich przeskoków czasowych (nie mówiąc już o tym, że niektóre postacie fizycznie się tu w ogóle nie starzeją), zakończenie zalatuje tanim, hollywoodzkim happy-endem. Cała ta wielka miłosna opowieść jest więc z góry przesądzona, jej koniec mocno przewidywalny. Dlatego też do najlepszych momentów należą te z pierwszej połowy seansu, kiedy Chiyo poznaje i wchodzi etapowo w świat gejsz. Można się sporo dowiedzieć ciekawego, dać się porwać tym wszystkim rytuałom i również zachwycić się urodą aktorek, odtwórczyń głównych ról (szczególne wrażenie robi świetna Gong Li).
Ja jednak, tak jak do w ogóle to kultury wschodu, mam słabość do tego filmu. Mimo, że taki amerykańsko-chiński o Japonii, że długi, że zbyt prosto rozegrany chwilami. Pozostaje on jednak do końca epicką opowieścią o dziewczynce, której odebrano życie, siostrę i rodzinę. Wreszcie też miłość. Ale i jest w tym też tło Japońskiej kultury i historii. Wzruszające to i bardzo eleganckie.
szymalan

kurak 17:30 on 2 maj 2008 Bezpośredni odnośnik |
Na screenie wygląda powalająco, trzeba przyznać. Ja słyszałem jednak, że obecnie dostępna wersja Metropolisu to mocno przerobiony efekt ingerencji kolejno władz nazistowskich, radzieckich i amerykańskich. Prawda li to czy plotka?
szymalan 18:13 on 2 maj 2008 Bezpośredni odnośnik |
to znaczy: kiedy powstał “Metropolis” w 26 roku, trwał trzy-bodajże- i pół godziny. Później część filmu zaginęła. Zostało jakieś dwie i pół godziny. Później powstawały kolejne wersje, a w każdej coś zabierano lub na nowo wkładano w film. O tym, że władze kolejnych systemów miały wpływ na te zmiany, nie słyszałem, ale to bardzo możliwe. Choćby właśnie ze względu na to jak żywo na ten film zareagował sam Hitler.