
Dylematy, to nieodłączny element naszego życia. Zdajemy się na pewne decyzje, biorąc pod uwagę konsekwencje tychże wyborów. Kroczymy pewnymi drogami, czasem nie doceniając życia, niekiedy będąc gdzieś obok tego, co się ma. Główny bohater - Święty Jimmy (Andy Garcia) właśnie staje przed ważnym, jak nie najważniejszym dylematem: Czy żyć, czy kochać i umrzeć? Czy uciec od tego, co nieuniknione, czy stanąć twarzą w twarz z wyrokiem?
“Rzeczy, które robisz w Denver będąc martwym”, to wykorzystanie konwencji filmu gangsterskiego i moralistycznej otoczki - na pozór elementy powodujące pewien zgrzyt. Kondensacja w stylu Fleder’a wypada całkiem skrzętnie.
Historia faceta, który zrywa z brudnym interesem na rzecz zwykłego życia opierającego się na małym biznesie. Jimmy - umożliwia ludziom, którzy są śmiertelnie chorzy, pożegnać się z najbliższymi, dokonać rachunku sumienia, spojrzenia w przeszłość, udzielić innym rad, wedle własnego doświadczenia. Pomaga im stworzyć audiowizualny testament. Całą pozorność normalnego życia burzy decyzja eksszefa, który siłą ściąga go, by posłużyć się nim do wykonania teoretycznie prostej akcji. Jimmy zbiera ekipę. Wszystko układa się po myśli, do momentu, aż komuś odwala…
Jest to film zrobiony prawie w duchu takich mistrzów jak Coppola czy Tarantino, choć stwierdzenie “prawie” jest na dobrym miejscu. Fleder tworzy kino ambitne, bezpretensjonalne, wymagające, gdzie za obsadą ustawia same wybitne osobistości (Buscemi, Walken, Lloyd, Forsyth) oraz dwie sprawdzające się aktorki (Anwar, Balk). Całość domyka Andy Garcia, który jest odpowiedni do roli z jednej strony bezkompromisowego, z żelaznym sercem gangstera, jak i szarmanckiego i dostojnego uwodziciela. Jak widać wcześniejsze doświadczenie w “Ojcu Chrzestnym” nie poszło na marne.
Wszywanie moralistycznego guzika na płaszczu gangsterskiego thrillera nie idzie w eter. Nie ulatnia się po pierwszym obejrzeniu. Głębia filmu i pewnego rodzaju refleksja wbija się mocno w głowę i pozostaje na długo. To film wymagający od widza wytrwałości i skupienia za sprawą powolnej, ociężałej akcji przyprawionej dramatyzmem, czarnym humorem i czymś tam jeszcze… Widz po syndromie “pierwszego razu” nie przechodzi katharsis. Dostaje za to mały pstryczek w nos na pobudzenie i zastanowienie się nad swoim nie(d)ocenionym życiem…
Ocena: 8/10
(pumex)