Uaktualnienia od maj, 2008 Ukryte wątki | Klawiaturowe skróty

  • Mumia 

    szymalan 22:41 on 31 May 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

    ***

    Bohaterką tej przygodowej produkcji jest pewna niezdarna, ale mądra bibliotekarka, zafascynowana Starożytnym Egiptem. Natrafia na ślad starej legendy dotyczącej przeklętego miasta umarłych, które ponoć kryje w sobie wielki skarb, a którego strzegą potężne czary. Chce się tam dostać, ale potrzebuje przewodnika, a ten akurat siedzi w więzieniu i jest chwilę od wykonania kary śmierci. Oczywiście udaje się jej go uratować no i w ten sposób zaczyna się wielka wyprawa (dołącza do niej jeszcze brat bohaterki i człowiek, który za odpowiednią cenę-udziału w zyskach z wyprawy- ułaskawił skazańca).

    Ten film pokazuje, że aby w Hollywood nakręcić widowisko za grubą kasę, wystarczy nawet największa bzdura. Mamy tu wszystko: magiczne księgi i zaklęcia, mamy mumie chodzące jak żywe trupy z filmów G. Romero, mamy zagadki typowe dla kina przygodowego, mamy mnóstwo mniej lub bardziej efektownych efektów specjalnych, mamy romans rozegrany jak na poziom przedszkolaków, mamy nawet wszystkie plagi egipskie powtórzone po kolei…Trudno w tym hałaśliwym lunaparku, pełnym wrzasków i pojękiwań, znaleźć cokolwiek wartościowego. A już nie pewno nic tu nie ma oryginalnego. Całość jest nielogiczna i niespójna, wlecze się nie wiadomo ile, z samego finału można było wyciąć dobre 15 minut.

    Oczywiście film ma pewne wielkie chwile, ale czym one są wobec tej ciągłej nudy? Poza tym, ja ciągle uważam, że to tylko kolejna podróbka filmów o prof. Henrym Jonesie i tyle. A podrabianie czegoś co jest dobre, to niestety bad idea.

    No wiem, niektórym się ten film podobał nawet bardzo. Zacytuję tu kogoś z filmwebu: “Wy zobaczyliście gówniany film, my świetny- i kto na tym lepiej wyszedł?” Dobra, dobra…Zobaczymy jak wyjdzie sequel.

    szymalan

     
  • Skarb narodów 

    szymalan 17:54 on 31 May 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

    ***

    Mam zaufanie do Hollywood jak twórców znakomitej rozrywki, zwłaszcza jeśli chodzi o megabudżetowe blockbustery, które przeżywają dziś złoty wiek. Lubię jednak produkty świeże (w miarę), uczciwie rozliczające się w widzem. Aha i żadnej nudy! To nie wchodzi w grę. Jak jest ze “Skarbem Narodów”?

    Najpierw fabuła. Ben Gates (Nicolas Cage) chce rozwiązać zagadkę skarbu Templariuszy, zanim nie zrobi tego cyniczny rywal, wcześniej towarzysz Ian Howe. Skarbu tego szuka od 6 pokoleń rodzina Gatesów, jednak kolejne wskazówki, prowadziły tylko do kolejnych wskazówek. Gatesowie stracili reputację. Nikt nie wyda tak po prostu Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonyc facetowi z takim nazwiskiem. Na pewno nie zrobi tego piękna archiwistka Dr Abigail Chase (Diane Kruger znana z “Troi”). Więc wraz z pomocnikiem, geniuszem Rileyem,, Ben musi wkraść się po Deklarację, bo na jej odwrocie znajduje się rzekomo mapa do skarbu narodów.

    Jest tu parę niezłych tekstów, jest parę świetnych rozwiązań w scenach akcji, ale całość robi niestety wrażenie tylko poprawnego rzemiosła. Nicolas Cage, jako nowy Indiana Jones jest być może największym zgrzytem filmu. Ani nie ma poczucia humoru, ani nie jest wiarygodny w scenach pościgów. Diane Kruger głównie statystuje, Sean Bean nie za bardzo wie chyba, w czym bierze udział, nawet Jon Voight rozczarowuje. Największą bolączką filmu jest niestety jednak scenariusz. Film zaczyna się wolno, zanim cokolwiek zaczyna “się dziać”, musimy odsłuchać tony niepotrzebnych dialogów, zobaczyć coraz bardziej idiotyczne miny NIcolasa Cage’a i zobaczyć kilka niezbyt pociągających stylistycznie miejskich pejzaży ( i nie tylko miejskich, co nic nie zmienia).

    A przecież nie od dziś wiadomo, że jeśli chce się odebrać widzowi uwagę od początku, trzeba od razu zrobić łomot, tak jak to było w trylogii o “Indianie Jonesie”. Dalej jest trochę lepiej, cała sekwencja z kradzieżą Deklaracji Niepodległości dostarcza sporo napięcia i nuda ustępuje. Potem jednak znów kanał i kolejna spora porcja dennego dialogowania. Za bardzo całość chce być “Indianą Jonesem” Spielberga, a za mało się stara czerpać z niego co najlepsze. Scenarzysta bez umiaru mnoży zagadki które tylko prowadzą do kolejnych zagadek i finał niestety nie prowadzi do niczego.

    Wielkie to rozczarowanie, ale znowu czego się spodziewać po produkcji Jerrego Bruckheimera, który sam się przyznał, iż wyłożył kasę na ten projekt, bo panowała akurat moda na książkę “Kod Leonarda da Vinci”, a film był w drodze. Więc nakręcił na szybko i bez specjalnego przemyślenia coś podobnego. Więc z połączenia “Indiany” i “Kodu” mamy “Skarb Narodów”, co już ociera się o groteskę. jak powiedziałem: Hollywood Ok, ale jeśli układ jest uczciwy. Ten niestety nie jest, bo nie tylko nie grzeszy oryginalnością, ale też korzysta jawnie z konkretnych produktów POPkultury bez cienia ironii.

    szymalan

     
    • J.Ryder 21:33 on 31 maj 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Nie zgadzam sie z ocena autora. Film byl po prostu swietny. Scenariusz, gra aktorow, efekty specjalne po prostu marzenie. Dla mnie 10/10 :-)

  • szymalan 21:53 on 29 May 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

    Opowieści z Narnii: Książę Kaspian *****

    Pierwsza cześć “Opowieści z Narnii”, która w Polsce miała premierę 6 stycznia 2006 roku była zgrabnym kinem familijnym na zasadzie “dla każdego coś miłego”. Nikt nie miał prawa się nudzić, bo było śmiesznie, strasznie, z nerwem, patosem, prostą batalistyką i infantylnym humorem dla dzieci. Toteż wydawało się, że ani konstrukcyjnie (bo takie opowieści zwykle opierają się w kolejnych kontynuacjach na tym samym schemacie fabularnym), ani emocjonalnie, “Książę Kaspian” nie wniesie nic nowego. No do całego gatunku nie wniósł, ale to tylko dlatego, że powstał w latach 2001-2003 Lord of the Rings, który pokazał wszystko co można, ale to już inny temat. Za to jeśli chodzi o sam cykl oparty na powieściach C.S. Lewisa, to to jest to rzecz zupełnie świeża.

    Fabuła tego filmu jest w zasadzie “nieopowiadalna”, można jedynie zarysować ogólną sytuację. No więc początkowo dowiadujemy się o tym, iż teraz w Narnii, żyją Telmarowie. Tacy źli ludzie, którzy przejmują władzę i dążą do ostatecznego wyniszczenia wszystkich magicznych stworzeń i potworów, zamieszkujących krainę. Ogólnie w Narnii jest już ponuro, wszystko co żywe, magiczne, niemal obumarło, z Ker-Parawel została kupa kamieni i jakieś ruiny, a Aslan biega sobie po lesie, z dala od tego wszystkiego. Jednak jest ktoś, a raczej pięciu ktosiów, którzy mogą jeszcze zjednoczyć Narnię i zaprowadzić pokój: czterech dobry znajomych, czyli rodzeństwo Pevensie (Łucja, Zuzanna, Piotr i Edmund) oraz nowa figura w opowieści: Książę Kaspian, prawowity dziedzic tronu w Narnii, po tym jak rodzeństwo opuściło Dwór na 1300 lat. W tym czasie w ich życiu minął zaledwie rok, a wszystko zaczyna się kiedy czekają na pociąg podwożący ich do szkoły. Następuje magiczne: PYK! i …..dalej już zobaczycie w kinie.

    Kompletnie mnie ten film zaskoczył. Jest on zupełnie inny, niż spodziewali się tego zapewne widzowie i krytycy. Przez jakiś czas film zachowuje się podobnie jak ten pierwszy swoim tempem opowiada co dzieje się z rodzeństwem, jednak już wtedy wyraźnie szala wagi przechyla się wyraźnie w stronę kina…politycznego. A kiedy zaczyna się pierwsza scena batalistyczna “Księcia Kaspiana”, zaczyna się naprawdę niezła jazda. Nie da się więc tego filmu oceniać na zasadzie: Lepszy czy gorszy od oryginału? Bo on jest po prostu inny. Składa się z niekończącej się serii taktyczno-strategicznych dialogów i coraz większych rąbanin, w pewnym momencie uwierzyłem, że oglądam kino wojenne w czystej postaci. Kogo wyraźnie rozczarowało finałowe starcie “Lwa, Czarownicy i Starej Szafy”, dla niego “Kaspian” będzie 145 minutowymi przeprosinami. Szczerze mówiąc scen bitewne, przebijają nie tylko poprzednią “Narnię” o kilkakroć, nawet takie “Królestwo Niebieskie” nie było tak spektakularne. Kto jednak oczekuje humoru, skomplikowanej fabuły i skomplikowanej psychologii, wyjdzie z kina niezbyt szczęśliwy. Ja tam się bawiłem doskonale, film świetnie trzyma w napięciu, napieprzające się rycerze i reszta bajkowej hałastry, potrafią dostarczyć radochy.Tym bardziej, że efekty specjalne nareszcie wyglądają w Narnii na serio porządnie.

    Oczywiście trochę niestety ucierpiała na tym cała magia Narnii, jako świata. Ale czyż nie tak miało być? Czyż właśnie nie mieliśmy zobaczyć ponurej epopei o świecie, który utracił wiele ze swej dawnej urokliwości i koloru? Większość bohaterów opuściła wiara w czary i magiczne stworzenia, więc także nie wierzą, że powrót dawnej Narnii jest możliwy. Naiwnie nie wierzą we wszystko co usłyszą, ale rozważają, mają wątpliwości. Również wątek miłosny nie ma nic wspólnego z rycersko-baśniową konwencją: potraktowany bez przesady, z humorem i umiarkowaniem. Cały film zresztą przenika dramatyzm nienachalny, ale dający się we znaki, czający się na twarzach bohaterów. W ich relacjach więcej prawdy niż pięknej bajki.

    Jeśli chodzi o nawiązania biblijne, które tak wyraźnie rysowały się w ‘jedynce’ (Judasz zdrajca, kusiciel szatan, poświęcający się Chrystus i wstający potem z martwych), tutaj przybierają po prostu bardziej nowożytną formę: wygląd tych Złych, to tacy niewierni jakby trochę przypominający Persów Starożytnych, a co za tym idzie mieszkańców regionu Irak- Iran(ciężko to w sumie rozstrzygnąć, równocześnie to trochę najemnicy z południa z połączaniem piratów, zresztą o ich wyglądzie nie ma ani słowa w książce, także mamy do czynienia z niesamowitą inwencją twórców kostiumów i charakteryzacji). Lewis zawsze był zwolennikiem kościoła, a ten odwdzięcza mu się aprobatą jego powieści, a teraz także filmów Andrew Adamsona. Aslan jest tu nie tylko królem, jest też duchowym przewodnikiem, mędrcem, który troszczy się o swój lud w sposób nieskazitelnie szlachetny. Kiedy połączy się to z motywami antycznych tragedii, greckiej mitologii oraz renesansowych dramatów dostajemy opowieść uniwersalną: czyli idealnie skrojoną dla dzisiejszego widza.

    Nie wiem czy jest to film dla dzieci. Nie że brutalny- ale chyba to co dla mnie może być świetną zabawą, dla małego brzdąca może okazać się zbyt męczące. Warto to przemyśleć, przed wycieczką do kina. To zupełnie inny rodzaj rozrywki, niż nasz niedawny świeży wciąż hit Spielberga “Indiana Jones i Królestw Kryształowej Czaszki”- gdzie przygody sporo, a humor autoironiczny niemal na każdym kroku. Tutaj jest coś innego, w zupełnie innym nastroju: celebracyjne wyciąganie mieczy, spektakularne pojedynki i bitwy, archetypiczna przypowieść o przyśpieszonym dorastaniu i nieustannej ucieczce od nieuchronnej dorosłości do świata wyobraźni, który też okazuje się miejscem nie zawsze bezpiecznym. Dzieciństwo to stopniowe poczuwanie się do odpowiedzialności za siebie i i innych, a także oswajanie się z koniecznością śmierci. A dorosłość to odpowiedzialność. Ale nawet kiedy jest się dorosłym, czasem można stanąć na dworcu, czy gdziekolwiek indziej, wypowiedzieć w myśli magiczne zaklęcie i znaleźć się w krainie swojej wyobraźni. Tak na chwilę dla nas, choć tam może minąć wieczność.

    szymalan

     
    • kazulka 15:46 on 29 czerwiec 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Naprawdę jestem pod wrażeniem Twoich zgrabnych i obiektywnych recenzji. Podoba mi się jak wplatasz czasem swoje ironiczne dygresje ;] Bardzo się cieszę, że nie zatraciłeś swej pasji filmem i rozwijasz się w tym kierunku. Mam nadzieję, że w przyszłości, tak jak i teraz, będę mogła się pochwalić prawdziwym profesjonalistą w gronie znajomych. Pozdrawiam serdecznie ;)
      Wiesz kto :P

    • szymalan 22:15 on 29 czerwiec 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      przykro mi, ale ani po stylu wypowiedzi, ani po nicku nie jestem w stanie stwierdzić kto to….. ponoć najtrudniej dostrzec to co mamy tuż przed oczami :) mimo to dziękuję za uwagi i miłe słowa :) bardzo serdecznie pozdrawiam

    • kazulka 09:35 on 30 czerwiec 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      No jak to kto :D Jedna z Twoich ulubionych koleżanek z gimnazjum ;] Pamiętasz nasze filmowe plany? Z:*

    • szymalan 10:55 on 30 czerwiec 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      i już wszystko jasne :) dzięki, że do nas wpadasz aby poczytać wypociny…. co do naszych filmowych planów to nigdy nie mówi nigdy…właśnie biorę się z Adikiem za cykl dokumentów…. zobaczymy co nam z tego wyjdzie ….
      Pozdrowienia :)

  • (1937) Towarzysze broni 

    szymalan 18:29 on 28 May 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

    ****

    Niewiele powstało w historii kina filmów, których akcja miała miejsce w czasach I wojny światowej. Nie była ona tak atrakcyjna pod względem militarnym dla masowego widza, jak druga wojna, trwała nieco krócej, ale walki toczyły się głównie w okopach, toteż jakichś wymyślnych fabuł wymyślać nie sposób nie wiadomo jak długo. Na szczęście dla kina Jean Renoir nakręcił “Towarzyszy broni” – film, który mocno przypomina współczesne, czy chociażby pewne kultowe opowieści, ale mówiące o II wojnie światowej. Stąd film ma wyraźnie coś w sobie bardzo uniwersalnego. Francuski reżyser sam walczył w katach 1914-18, a swój mundur wykorzystał w “Towarzyszach…”.

    Historia, jak napisałem, dosyć mocno przypomina wiele podobnych tylko że z czasów II wojny. Grupka francuskich pilotów zostaje schwytana przez Niemców i trafiają do obozu w niewolę. Tam od początku myślą tylko o ucieczce, niczym Franek Dolas i jego początkowa kompania, podkopują się przez ścianę. Jednak szybko i niespodziewanie zostają przeniesieni do innego obozu, w zupełnie innej miejscowości. Tam ponawiają plan.

    Wojna to jak wiadomo nie od dziś, a ostatnio najciekawszym ‘filmowym’ potwierdzeniem tej tezy był eastwoodowski dyptyk o bitwie o japońską wyspę Iwo Jimę, zderzenie się dwóch kultur. Wszystkie maski spadają,spotykamy osoby innych narodów, płci, stanu majątkowego, poglądów i religii, ale na froncie liczy się tylko ojczyzna. Liczy się kraj, świadomość granic, świadomość przynależności. I tak też w tym filmie rysuje się taki przekrój społeczeństwa, ludzi którzy spotykają się na wojnie, choć na co dzień nie mają ze sobą nic współnego. Do końca pozostają solidarni.

    Kino to proste jak budowa cepa, przesłanie jak widać, podane jak na tacy. Czy warto poświęcić 115 minut, które i tak chwilami się chwilami dłużą? Miłośnicy kina wojny z pewnością docenią pieczołowitość w realizacji, miłośnicy kina w ogóle- docenią aktorki warsztat Jeana Gabina, Pierre’a Frresnaya, a przede wszystkim słynnego z roli majora von Rauffensteina, Ericha Vo Stroheima. A poza tym, to jakoś mnie ten film nie zwalił z nóg…

    Może to wina “Nietolerancji” i “Narodzin Narodu”, które w batalistyce i kinie wojennym na razie rządzą, jeśli chodzi o nasz przegląd najważniejszych filmów w dziejach kina?

    szymalan

     
  • (1934) Atalanta 

    szymalan 14:47 on 26 May 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

    ****

    Oglądamy zaraz na samym początku, jak młode małżeństwo wychodzi prosto z kościoła, akurat po przyjęciu sakramentu ślubu. Jednak zamiast kierować się na wesele i imprezować do białego rana, udają się do miasteczkowego portu L’atalante, aby wyruszyć w spokojny małżeński rejs. Na Atalancie jednak kapitanem jest człowiek bardzo dziwny: ekscentryk, wyglądający jak prosto z rynsztoka, nieogolony (ogólnie nie zadbany o siebie), infantylny do granic wytrzymałości i natrętny. Podobnie jego majtek. Zaczyna się niepokojąca gra psychologiczna pomiędzy ludźmi na statku, która powoli sięga granic wytrzymałości.

    Pytania prostackie jak nic, rzucają się podczas seansu: No czego pragną świeżo upieczeni małżonkowie? Czy naprawdę dobre jest rozbuchane wesele, przedtem gromada ludzi stojąca i krzycząca przed kościołem? Lawina życzeń i prezentów, uścisków, pocałunków, podawania rąk etc.? Czy naprawdę tego oczekują? Bohaterowie tego filmu najwyraźniej nie za bardzo, więc uciekli od tej maskarady. Jednak pośród delikatnie szumiącej naokoło wody i względnej ciszy na pokładzie, spotkali niestety jak by to powiedział Osiołek ze “Shreka” – “taką niezręczną ciszę, co nie?” Tak naprawdę tutaj już na świeżo ich małżeństwo, miłość i zaufanie, zostało przetestowane. Kobieta: daje się zabawiać obleśnemu nieco kapitanowi. Mąż w ogóle się nie zainteresował swoją żoną podczas rejsu, choć ciągle jej obiecuje wielkie i pełne spokoju voyage. W tym nieustannym poczuciu niespełnienia i rozczarowania, jakie dała im próba stałego związku, próżno szukać romantyzmu. A jednak film potrafi zauroczyć. Przede wszystkim film jednak dostarcza sporo napięcia i emocji.

    Szkoda, że nie dane nam było zobaczenie ewentualnych kolejnych dzieł reżysera “Atalanty” Jeana Vigo, który zmarł jeszcze nawet przed premierę tego filmu. Było to też jedyne długometrażowe dzieło Vigo- którego jest także autorem scenariusza. No i choćby przez osobę reżysera, warto podtrzymać pamięć o tym filmie. Ja polecam!

    szymalan

     
    • Tusia 20:36 on 26 maj 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

      Drogi Szymalanie nie przepadam za filmami starszej produkcji tymbardziej francuskiej aczkolwiek coś w tym filmie jest takiego intrygującego. Co do muzyki, osobiście mnie się nie podoba czegoś tam brakuje podobno piękno jest w prostocie…Moim zdaniem w filmie wykorzystano za dużo instrumentów dętych mimo, iż nadają “klimatu to odciągają nieco skupienie widza a poza tym bardzo dokładnie słychać przerywane przejścia między tatkami co personalnie psuje mi nieco odbiór całego dzieła. Pozdrawiam

  • (1934) Młody las 

    szymalan 19:37 on 24 May 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

    ****

    Jest rok 1905. Ziemie polskie pod zaborem rosyjskim. Uczeń Jan Walczak sprzeciwia się swojemu nauczycielowi, który twierdzi że największym wodzem był Suwakow. On wraz z klasą twierdzą, że największym był Napoleon. Grono pedagogiczne podejmuje decyzję, że jeśli uczeń nie przeprosi publicznie i nie uzna Suwakowa za największego wojownika, to zostanie usunięty ze szkoły. Szantażują go jego ciężko pracującą matką, która liczy, że syn się wykształci i dojdzie do czego w życiu.

    Staroświecki film, ale bardzo ważny z punktu widzenia historii. Pamiętacie taki nowy film Jędrka Wajdy “Katyń”?- obydwa mówią o tym samym. O postawionym pod ścianą narodzie, który musi wybierać pomiędzy osobistym życiem i szczęściem, a patriotyzmem. Ten jednak, czarno biały film z zarywającą się taśmą, ma coś więcej- mówi o sile słowa. Sile słowa, które może zadziałać mocniej niż huk dział armatnich i świst kul z karabinów maszynowych, zwłaszcza w ustach młodego człowieka, który nie patrzy na siebie, ale patrzy na cały naród.

    Warto zobaczyć, chociaż życzę powodzenia w szukaniu tego filmu. :D

    szymalan

     
  • Cassandra’s Dream/Sen Kasandry. 

    pumex 12:57 on 24 May 2008 Bezpośredni odnośnik | Odpowiedz

    Manifestacyjne hasło widniejące na plakacie: Najlepszy film Allena, to czysta prowokacja. Po ostatnich dziełach: ujmującym Wszystko gra (Match Point) i kontrastującym mizernym obrazkiem Scoop, Allen tworzy dzieło umiejscowione gdzieś na pograniczu…

    Sen Kasandry to pejzaż różnych odwołań kulturowych, które nabierają uniwersalizmu. Woody Allen tworzy miks motywów czy to mitologiczno-profetycznej wizji Kasandry, czy dostojewszczyzny jako pewnego pretekstu, które znajdują swoje odbicie w realiach współczesnych. W klimacie czysto angielskim, znanym już nam, osadza braci Ian’a (Ewan McGregor) i Tierry’ego (Colin Farrell), którzy problemy finansowe starają się załatwić, po jak najmniejszej linii oporu, decydując się na oczyszczające z zarzutów wujka (Tom Wilkinson)… morderstwo.

    Najnowszy film Allena, to wtórne bawienie się tą samą zabawką, bardzo zbliżoną konwencją, co ostatnio. Nie bez powodu ostatnie filmowe trio można postawić zaraz obok siebie. Allen pokazuje inny wątek, otoczony tą samą wizualizacją, a nawet i pewnym schematem, przez co film staje się na pół przewidywalny. Taka koncepcja raczej nie idzie w stronę zachwytu i podziwu, a znużenia wykorzystywaniem pewnego niezmiennego klucza. Parafrazując: to tak jakby przez tydzień jeść ciągle zupę pomidorową, tyle, że urozmaicać sobie nowy obiad nowym dodatkiem. Banał.

    Twórca “Snu Kasandry” nie tworzy miernego obrazu, przeciwnie przedstawia dopracowaną i sumienną wykładnię moralno-filozoficzną, która całkiem skrzętnie zostaje ujęta na podstawie historii dwóch braci. Tworzy z odbiorcą pewną dysputę. Dobrze wie, że inteligentny odbiorca zrozumie jego postulaty. Ale to nic nowego. Nie tworzy rewolty, ani rewolucji w moralności ogólnoludzkiej. Świadomość podejmowania pewnych decyzji wraz z konsekwencjami (niekiedy niebagatelnymi) jest u każdego, rozumnego człowieka. Dodatkowo stawia pytania o naturę ludzką: Do jakiego stopnia człowiek może się posunąć w kwestii realizacji swoich celów? Gdzie jest granica człowieczeństwa? I tak dalej…

    Allen połknął pewien haczyk, którego chyba nie chce puścić. Match Point, utorował sobie drogę, jako coś nowatorskiego, wykorzystującego naleciałość dostojewszczyzny. I na tym powinno się zakończyć. Jednorazowy błysk, który na długo pozostaje w pamięci. Aniżeli babranie się ciągle w tej samej konwencji i podobnym smakiem – naiwność.

    Historia jaką widzimy w filmie, to walka człowieka samego w sobie, walka człowieka ze swoją naturą, ze swoimi wyrzutami sumienia (Ian), czy z góry przesądzeniu o katastrofie (Tierry). Wewnętrzne rozterki, dylematy moralne dwóch przeciwstawnych duchów braci wypadają całkiem zgrabnie. McGregor i Farell wypadają poprawnie i bez zarzutów ze swoim zadaniem.

    Ten allen’owski dydaktyzm – mocny i bezpośredni, dodatkowo podjudzany przez hipnotyzującą ścieżkę dźwiękową, to dopracowane dzieło zasługujące na uwagę, choć bez nadmiaru podniecenia. Szczerze mówiąc, nie tworzy nic nowatorskiego. W znany płaszcz ubiera inną historyjkę. Już Kochanowski w Odprawie posłów… o tym mówił. Jako film – bardzo dobry, gdyby pociągnąć dalej Allen tworzy kontrapunkt do Match Point, w którym puentą było: ludzie bogaci mają więcej szczęścia, tu: biednemu zawsze wiatr w oczy wieje. Czy aby nie prawdziwe?

    Ocena: 7/10

    (pumex)

     
c
compose new post
j
następny post/następny komentarz
k
previous post/previous comment
r
odpowiedz
e
edytuj
o
pokaż/ukryj komentarze
t
go to top
l
go to login
h
show/hide help
esc
anuluj