Pociąg do Darjeeling
kwiecień 10, 2008 autor szymalan
***

Jedni się tym filmem zachwycili, inni dostali mdłości, a ja jak zwykle w takich przypadkach stoję bezradnie gdzieś pośrodku, nie wiedząc w którą stronę zrobić krok. Mamy tu do czynienia z modnym ostatnio gatunkiem kina drogi, gdzie bohaterowie odkrywają w trakcie podróży i kolejnych dziwnych i niebezpiecznych doświadczeń, coś o sobie samych, przeżywają wewnętrzną przemianę, czy godzą się z sobą, czy światem całym. Jednak tutaj owa wewnętrzna przemiana dokonuje się tutaj tak wielkimi literami, tak oczywiście, nachalnie, tak bezczelnie podaje nam się pod nos sedno filmu, że włos się jeży na głowie, a od poziomu irytacji zaczynamy się miotać na fotelu. Jednak: do tego wcale nie musi dojść w przypadku każdego widza!
Głównymi bohaterami “Pociągu” są trzej bracia. Tak się akurat złożyło, że po trzyletnim milczeniu i braku jakichkolwiek kontaktów spotkali się w pociągu indyjskim, w którym mieli odnaleźć sens życia i pojednać się na dobre. Jeden z nich wszystko zaplanował i spisał’: mają zwiedzić licznie hinduskie świątynie mądrości i spokoju, gdzie poddani medytacji i duchowemu oczyszczeniu odnajdą i szacunek, i zaufanie do siebie samych i siebie nawzajem. Początkowo wszystko (powierzchownie) zgodnie z planem. Potem bywa już gorzej, a w pewnej chwili wszyscy zostają wyrzuceni z wagonu gdzieś w szczerym polu.
Wes Anderson słynie z filmów o bardzo dziwnym charakterze pisma, więc i tym razem da się to wyczytać bez problemu i pomocy grafologa. Bardzo dziwna stylizacja przede wszystkim widoczna jest w pociągu. Tu ukłony za scenografię i jej zdjęcia. Bogactwo szczegółów; mnóstwo rekwizytów, które miało by się ochotę sprawdzić, dotknąć, czy sprobować. Ściany wagonów na zewnątrz i wewnątrz pokryte są pstrokatymi kolorkami: to niebieski, to pomarańczowy, to żółty, to czerwony. Nie inaczej jest z sceneriami miast indyjskich, a w tym świątyń. Dołączmy do tego bardzo dziwne poczucie humoru: nie wszyscy polubią.
Film jest bardzo dobrze grany i bardzo dobrze reżyserowany. Znakomity Adrien Brody w kolejnej zaskakującej roli, zaskakująco dobra partia Owena Wilsona a także Jason Schartzman w roli ostatniego z braci. Co więc jednak najbardziej mnie jako recenzenta irytuje w tym filmie, że rzuciłem w niego zaledwie trzema gwiazdkami? Straszna chwilami psychologia. Nie rozumiem dlaczego w ogóle była potrzeba była ta cała maskarada, cały ten big-trip, po co to całe dziwaczenie, robienie z siebie głupka, pajaca (etc), nie wiem tam kogo. Czy nie można takich braterskich problemów załatwić jakoś prościej, bez “duchowego oczyszczenia”, będącego w istocie tylko pustym hasłem?
Od początku jest pewne, że bracia się pogodzą, od początku jest pewne że podróż się zakończy jakimś tam sukcesem. Na końcu pokazuje nam się niemal identyczne ujęcie jak na początku filmu. Czyżby nie warto było się godzić, bo i tak znów wszystko może zacząć się od nowa? Może cały ten film to tylko przepełniona symboliką dziwaczna droga donikąd? Jest można mu zaliczyć mu na plus: bohaterowie w tym ujęciu pozbywają się swoich bagaży, które na początku filmu wnosili ciężko do pociągu. Bagaży swoich problemów. Trzeba zobaczyć!
trochę “zeschizowany” Szymalan
Jak trzeba zobaczyć, to chyba poproszę o kolejny film na płytkę
To wszystko przez to, że tak ciekawie te recencje piszesz! ;]
Bez podlizywania się, proszę!
Hej Pumex! Co to mi tu za “wonty” do mojej koleżanki… Odrobina wazeliny nikomu nie zaszkodzi