****

Nie należę do miłośników musicali, bo jest to gatunek z góry skazany na pewne uproszczenia, miałkość fabuły, dłużyzny czasowe. Nie udał się ostatnio “Sweeney Todd” bo nikt tam nie potrafi śpiewać, nie udał się również “Across the Universe”, bo scenarzyści nie mieli pomysłu na scenariusz, a pani reżyserka przeładowała film efektami specjalnymi. Do kin trafił jednak musical o niebo od tamtych lepszy- bez gwiazd, bez rozgłosu, za marne psie pieniądze, niemal amatorski. Od tamtych dwóch odróżnia go jednak przede wszystkim to, że ładuje widza energią. Sam Steven Spielberg powiedział, że się nią “naładował” na cały rok.
Uliczny grajek z Dublina i młoda dziewczyna- imigrantka z Pragi, marzą o nagraniu własnej płyty. Obydwoje pięknie śpiewają i grają: on na gitarze, ona na pianinie. Nie poznaliby się, gdyby nie fakt on potrafi naprawiać odkurzacze w warsztacie swojego ojca.
I tyle. Cała fabuła. Wystarczy mi. Bo przecież nie o jakieś górnolotne scenopisarstwo tu chodzi, ale o proste emocje i o muzykę. I na tych polach film jest rzeczą pierwszorzędną. Może kamera robić jakieś dziwne ruchy, może zdjęcia i montaż trącą nieco amatorką, może potraktowanie fabuły jest trywialne dla kogoś. Tu jednak gra o inną stawkę się toczy. Nie jest to musical ckliwy, wzruszający jakoś mocno: operuje prostymi uczuciami. ja wręcz nie widzę w tym “Once” miłości- to przyjaźń. Ulotna, nostalgiczna. Podobnie jak w “Co wydarzyło się w Madison County”.
Fabuła zmierza nieustannie w kierunku (film dość krótki: 85 minut) gorzkiego finału. Główny bohater ma zamiar wyjechać do Londynu na stałe. Naprawić stosunki z swoją byłą dziewczyną i ustatkować swoją muzyczną karierę. Wtedy jego czeska znajoma ma również pogodzić ze “swoim byłym”. I tak mają żyć wszyscy długo i niby-szczęśliwie. Ona wydaje się, że boi się miłości do swojego muzycznego partnera, on nieustannie daje jej do zrozumienia, że chce czegoś więcej od niej.
Czy więc finał prowadzi do niczego? Nie- bo oto irlandczyk zyskuje szacunek w oczach ojca, który mówi “mama byłaby z Ciebie dumna”- słowa, które dla bohatera wiele znaczą. Uda mu się wreszcie dorosnąć- bo przecież wyprowadzi się z domu ojca, wróci i wybaczy swojej zdradliwej miłości z Londynu. Nie jestem jednak pewien co z naszą żeńską bohaterką. Może jej też się uda w życiu wszystko pukładać.W końcu ona miała już dość statecznie życie.
Ostatnia scena pokazuje nam jedno: wielka siła drzemie w muzyce i miłości. Warto “once” zobaczyć, ale tylko może once, a potem już tylko wrócić do soundtracku z świetnymi piosenkami, z genialnym oscarowym “Falling Slowly” na czele, które w filmie wykonane jest po mistrzowsku.
szymalan

ly. 17:52 on 11 kwiecień 2008 Bezpośredni odnośnik |
Musical to mój ulubiony gatunek filmowy, a o tym jeszcze nic nie słyszałam. Przyznaję, że recenzja brzmi zachęcająco :]
AniuNIA- mala feministka 00:42 on 19 sierpień 2008 Bezpośredni odnośnik |
zastanawialam sie jaką recenzje skombinowales dla tego filmu…;p kazde jej slowo jest zgodne z prawda;) kamera chwieje sie, obraz chwilami rozlewa ale czy to wazne zeby kazde ujecie bylo wyprofilowane jak w modzie na sukces?? obraz “krzywy” ale uczucia proste;) naprawde swietny film- musical- chociaz zwolenniczka takowych nie jestem. piosenki z filmu do tej pory przesluchuje, nie tylko falling slowly;) i jedna rada- film warty, aby obejrzec go w samotnosci i zaglebic sie we wlasne uczucia. sentymentalne?? moze;p ale muzyka mowi sama za siebie;) polecam babeczkom oczywiscie;)